Nagrywaliśmy w studiu, które zasadniczo specjalizuje się w rejestracjach muzyki klasycznej, jazzu oraz ścieżek dźwiękowych. Studio to zlokalizowane jest w niewielkim miasteczku w Toskanii. Kiedy przybyliśmy na miejsce, zaparkowaliśmy naszego vana przed budynkiem i... zapomnieliśmy o nim zupełnie na czas procesu nagraniowego. Jedyna ekstrawagancja, na którą mogliśmy sobie wtedy pozwolić, to spacery ze studia do małego sklepu spożywczego nieopodal i z powrotem do studia, a po pracy do wynajętego w okolicy mieszkania, złapać nieco snu i nabrać siły na ciąg dalszy. Dzięki temu mogliśmy w pełni skoncentrować się na pracy nad materiałem, bez jakichkolwiek rozpraszaczy naszej uwagi.
Poza tym, nasz inżynier dźwięku, Ivan Rossi, to prawdziwy profesjonalista, który współpracował z szeregiem włoskich popowych zespołów (mówię o bandach, które grają naprawdę koszmarną muzykę, sprzedają płyty w milionowych nakładach i w związku z tym dysponują bajecznie wysokimi budżetami). Szczęśliwie, on sam słucha takich rzeczy jak, między innymi, OvO i innych równie mało popularnych tytułów, w związku z czym zgodził się współpracować i z nami (po preferencyjnych stawkach, rzecz jasna!). Do typowego dla nas chaotycznego entuzjazmu Ivan wniósł swoje nieocenione doświadczenie. Przykładowo, codziennie rozpoczynaliśmy pracę wcześnie rano i kończyliśmy późnym popołudniem. Takie były reguły gry, nie ma przebacz. Z początku czuliśmy się dziwacznie pracując w dzień, nie w nocy, ale wkrótce poczuliśmy, że dzięki takiemu a nie innemu systemowi jesteśmy nieporównanie bardziej skoncentrowani na tym, co robimy, nie gubimy się w niepotrzebnych eksperymentach. Lenistwo było zakazane. Zarejestrowaliśmy dokładnie to, co miało zostać zarejestrowane, ani minuty mniej, ani minuty więcej. To świetna rzecz, móc pracować w tak profesjonalny sposób.