Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Amos Williams (Tesseract)

Amos Williams (Tesseract)

Jeśli wciąż nie wiecie czym jest djent, zapraszamy do rozmowy z Amosem Williamsem basistą Tesseract.

Cześć Amos! Jak się masz? Na początek przedstaw się nam oraz opowiedz krótko o zespole.


Hej! U mnie wszystko w jak najlepszym porządku. Więc tak: Nazywam się Amos Williams, jestem basistą w zespole Tesseract. Niektórzy z Was mogli już słyszeć tą nazwę, ale może faktycznie warto się przedstawić. Jest nas piątka, jesteśmy z Londynu i gramy progresywny metal, ewentualnie jak ktoś woli - djent. W zespole oprócz mnie gra Ackle, gitarzysta szerzej znany z grupy Fellsilent, świetny kompozytor i fantastyczny kolega, Dan Tompkins na wokalu, James Ponteis na gitarze i Jay Postones na bębnach. Łatka djent, to taki synonim progresywnej muzyki. Ot, tyle.


Cały ten djent to coś zupełnie nowego dla metalheads. Jaki jest twój stosunek do djentu? Z czym to się je? (śmiech).


Wiesz, masz rację, jest to coś nowego, i historia tego gatunku nie jest zbyt długa. Wszystko zaczęło się, kiedy Frederik Thordendal (gitarzysta Meshuggah - przyp.red.) grał sobie swoje rzeczy i zapisywał je na papierze. W pewnym momencie, okazało się, że zapis fonetyczny jego grania to właśnie ''d-j-e-n-t''. Zatem za twórcę nurtu uważamy Szweda. Dalej poszło z górki, ponieważ Misha Mansoor wraz z innymi gitarzystami na forum internetowym wymieniali się pomysłami na utwory właśnie z wykorzystaniem tego specyficznego akordu jakim jest djent. W ten sposób muzyka sama zaczęła się rozwijać, a sam Frederik zaczął obserwować to, jak muzycy pokroju Mansoora czy Ackle'a tworzą coś zupełnie nowego. Od pewnego czasu djent jest stabilnym nurtem, to cieszy. Wielu ludzi lubi zarówno nas jak i Periphery, może z racji tego, że częściowo my (a bardziej Ackle) i Misha byliśmy pierwszymi, którym udało się spróbować zdefiniować djent. Chociaż, muszę przyznać, że tego typu muzyka nie różni się zbytnio np. od tego, co gra Textures. To po prostu kolejny krok w rozwoju progresywnego metalu. Oczywiście, djent z jednej strony pozwala nam grać co chcemy - bo nie ma ścisłej definicji tego gatunku czy nurtu, a z drugiej - chcąc nie chcąc dążymy do unifikacji tej łatki i muzyki włącznie. Swoją drogą, wydaje mi się, że samo słowo djent jest po prostu śmieszne. Nie mniej jak metal czy punk.


Kontynuując rozważania o djencie samym w sobie, myślisz, że ten gatunek może być przyszłością metalu?


(chwila namysłu)... Z wielu względów myślę, że tak. To bardzo ciekawa, intrygująca muzyka, która jest otwarta na coraz to nowe pomysły - spoza metalu. Widzisz, w przeciągu dwóch ostatnich dekad słuchaliśmy... mówiąc najprościej wiele kopii, bądź też alternatywnych wersji Metallica, Slayer i podobnych. To fantastyczna muzyka, kocham ja, Slayera zwłaszcza, a tym bardziej lubię kiedy ma ona w sobie to ''coś''. Ale teraz to nie ma już takiego znaczenia. Djent jest bardziej ''open minded''. Widzisz w djencie na całe szczęście jest tak, że dany zespół sam sobie ustala granice. I dla przykładu pomimo że wraz z Periphery gramy djent, ostatecznie tworzymy zupełnie inne dźwięki. My lubimy bardziej atmosferyczne granie, przestrzenne, mocno osadzone na klasycznej melodyce i harmoniach. Wynika to między innymi z tego, że jesteśmy zafascynowani muzyką z lat 70, choć może tego nie słychać na pierwszy rzut oka - a nawet i ucha (śmiech). A będąc dokładnym na nas ma wpływ cała muzyka eksperymentalna, którą potem chcemy przenieść na djent, przy okazji zachowując własną tożsamość. Wiem jak to brzmi, ale tak jest. Widzisz, ponownie przytoczę tutaj przykład Textures, którzy są według mnie jednymi z lepszych tego typu zespołów. Oni też mają swój unikalny styl, nie tak złożony i matematyczny jak Periphery, ale łączy nas to samo.


Zastanawiam się jak djent może wpływać na metalową scenę w ogóle. Czy bardziej klasyczne nurty metalowego grania mogą zaczerpnąć coś z tej stylistyki?


Wiesz to, możliwe. To dzieje się zawsze gdy pojawia się coś nowego, zwłaszcza gdy nowy gatunek czy tam podgatunek zdobywa popularność. Przykładem zespołu, który podążył za modą jest Machine Head, który od thrash metalu przeszedł na bardzo popularny wtedy nu-metal, by potem znów dołożyć do pieca w starym stylu. To, co może okazać się pomocne dla innych zespołów, to bardziej połamane metra, czy wykorzystanie czystych dźwięków - tak jak robimy to my. To się będzie działo czy tego chcemy czy nie. Zresztą, spójrz na Meshuggah - istnieją ponad 20 lat, a dopiero od kilku lat mają tak POTĘŻNY wpływ na scenę w ogóle. To oni zaczęli grać na 7 i 8 strunowych gitarach, przez co wyklarowali zupełnie nowe brzmienie. I jeszcze użycie polirytmii. To zdecydowanie rewolucja na miarę blastów. Ale nowa w metalu, a nie w muzyce w ogóle, bo jak pamiętamy jazz jest oparty na takich zabiegach.


Kiedy słuchamy i obserwujemy takich muzyków jak Misha Mansoor, Tosin Abasi czy Paula z Chimp Spanner, djent może wywoływać wrażenie, że to muzyka dla wirtuozów.


Poniekąd masz rację, ale byłbym bardziej ostrożny w ujmowaniu tego w ten sposób. Oczywiście, mówiąc o Tosinie Abasi - śmiało można mówić o wirtuozerii, to jeden z najlepszych gitarzystów jakich było mi dane słyszeć w całym moim życiu, i coś czuję, że długo się to nie zmieni. To co ten człowiek wyprawia przechodzi moje skromne pojęcie, a nawet Steve Vai wyraził swój szacunek do jego twórczości. To samo tyczy się Paula z Chimp Spanner, obaj są wirtuozami - bez dwóch zdań. Ale z drugiej strony masz nas. Na ''One'' są co najwyżej dwie solówki. Więc jak widzisz, jakoś specjalnie się w tym aspekcie nie wyróżniamy. Mamy swoje do zrobienia - i to wymaga skupienia, opanowania, a przede wszystkim pamięci, gdy naraz gra się kilka zupełnie odmiennych motywów w różnych metrach. Nie chcemy pokazywać jak bardzo zaawansowani technicznie jesteśmy, gramy z serducha, a że w rezultacie tworzy to bardzo złożone kompozycje - nie pozostaje nic innego jak tylko się cieszyć. Jest jeszcze coś, prócz umiejętności, ważny w tej muzyce jest sprzęt.


Wszystko to jest ważne - zgadzam się, ale wydaje podstawą do tego by grać w zespole ''djent'' trzeba być po prostu kreatywnym. A o tym już nie wspomniałeś.


Zgadza się. Trzeba być niezwykle zmotywowanym, ciągle próbować nowych rzeczy - i nie wmawiać sobie, że się czegoś nie potrafi. Poprzez ćwiczenia i słuchanie, a może przede wszystkim próby zrozumienia muzyki, rozwijamy samych siebie. Ciągle trzeba poszukiwać, a potem już próbować to po swojemu. Kiedy porzucisz już tradycyjne 4x4 otworzysz się na muzykę klasyczną, na djent, na progresywny rock - na cokolwiek innego niż tradycyjny rock/metal. To ma bardzo poważny wpływ na wykształtowanie w sobie zmysłu muzycznego oraz osobowości.


Możesz się ze mną nie zgodzić, ale djent jest takim gatunkiem, że pomimo tej świeżości i kreatywności, która towarzyszy tej muzyce - większość brzmi dokładnie tak samo.


(śmiech) Masz rację. Ale to wina samego gatunku i tego jak się spopularyzował. Wytworzenie własnego brzmienia, tego pomysłu na muzykę wymaga czasu, a póki co - są pewne ramy w których każdy zespół spokojnie może się zmieścić. To w pewnym sensie moda (śmiech). Ale nawet w modzie, znajdują się twórcy - a może nawet odnosząc się do świata prawdziwej mody, projektanci, którzy nie boją się poszukiwać i próbować czegoś po swojemu. Myślę, że djent na to pozwala - i nie jest powiedziane, że aby grać djent trzeba kochać Periphery i Meshuggah. O Textures celowo nie wspominam (śmiech).


Następne o co chcę zapytać to.. przyszłość djentu. Metalcore był bardzo tendencyjny, przewidywalny, djent zaś jest w opozycji do tego nurtu. Pojawia się coraz więcej zespołów i ciężko określić w jaką stronę ta muzyka może się udać. Tutaj pojawia się pytanie - czy wraz z rozwojem, eksploracją częściowo (nie)metalowej muzyki, djent przedostanie się do mainstreamu?


O! Chciałbym! Bardzo. Scena którą reprezentujemy obfituje w niemal samych świetnych muzyków i fajnie byłoby, gdyby mogli się z tego utrzymać - po prostu z tworzenia wspaniałej muzyki, i nie chodzi mi o sam metal. Po cichu przewiduję, że w przeciągu następnego roku albo dwóch - djent przebije metalcore. To eksploduje. To może być coś, co będzie większe niż nu-metal. Zobaczymy, wiele zależy od samych słuchaczy, którzy muszą się otworzyć na taką muzykę. Z drugiej strony, skoro w minionych latach muzyka progresywna była popularna, a Dream Theater spopularyzowało prog rock/metal - to samo może stać się z djentem. Tak myślę (śmiech).


Jest taka łatka sumeriancore, która tyczy się amerykańskiej wytwórni i zespołów, które ma w swoim katalogu (Sumerian Records - przyp.red.), i powiem Ci, że jest to nie mniej głupi termin jak djent (śmiech). Ale, ciągnąc ten wątek z niektórymi z artystów reprezentujących barwy Sumerian mieliście okazję pograć. By tylko wspomnieć o niedawnej trasie z Periphery i Monuments w UK. Jak przebiegała to tour, jest o czym opowiadać?


Jasne. To było po prostu wspaniałe. Cudowne, a może nawet i kochane? (śmiech). Żartuję! Tak jak wcześniej mówiłem Ackle zna się z Mishą od kilku lat, i kiedy pojawiła się możliwość wspólnego grania - po prostu oszaleliśmy. A co do Momuments, to też tak jakby projekt Ackle'a, kiedy odszedł z Fellsilent...


A oni, jakby nie patrzeć, przetarli szlaki dla djentu w Uk i w Europie w ogóle...


Dokładnie. Po prostu pojawili się o pięć, może sześć lat za wcześnie. Byli i w sumie nadal są wpływowi. To wspaniała sprawa, że ludzie wciąż doceniają ich dokonania. A co do trasy - trzy kapele, sami przyjaciele, a nawet byli i obecni członkowie razem. Ta trasa była niczym taki zjazd rodzinny i mamy nadzieję to wkrótce powtórzyć.


Najlepszy koncert?


Londyn. Zdecydowanie. Swoją drogą, stolica jest bardzo trudnym miejscem do występów na żywo. Praktycznie codziennie grają tutaj same zajebiste kapele, wiesz, same uznane marki i trudno trafić, a z drugiej strony zagrać wyprzedany koncert. To moje rodzinne miasto, więc tym bardziej byłem miło zaskoczony. Emocjonująca i szalona sztuka.


Przed trasą z Periphery mieliście okazję grać w Indiach...


Tak. Indie to naprawdę niesamowite miejsce. Bardzo, ale to bardzo odmienne od tego, czego kiedykolwiek doświadczyłeś. Nie sądziliśmy, że mamy tam jakikolwiek fanbase, więc tym bardziej byliśmy w szoku. Ludzie byli piekielnie entuzjastyczni, głodni tej muzyki. Coś wspaniałego. W tej części świata nie ma zbyt wielu koncertów zachodnich zespołów, więc byli bardzo, ale to bardzo mili i doceniali to co robimy z entuzjazmem. Byliśmy tam dwa razy i za pierwszym graliśmy dla 10 tysięcy ludzi. To szalone! I co więcej, oni kochają progresywną muzykę. Kto by pomyślał, w końcu uznaje się ich za bardzo konserwatywnych, a może mówiąc bardziej dosadnie - ograniczonych.


Gracie na Sonisphere w tym roku?


(śmiech) Słyszałem o tym. Znamy plotki, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy to prawda. To byłoby spełnieniem marzeń. Sam festiwal jest fantastyczny. Jeszcze biorąc pod uwagę to, że gra wielka czwórka. Szalone. Jeśli nie zagramy, to pójdę tam tak czy owak.


Materiał z epki ''Concealing Fate'' jest częścią ''One''. Dlaczego?


Kiedy ją wydawaliśmy była to limitowana epka, wyłącznie na amerykański rynek w ramach trasy z Devinem Townsendem. Odbiór tego materiału przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Całe nasze biuro prasowe oraz sekcja A&R ma swoją siedzibę w USA. Materiał sprzedał się świetnie, koniec końców, te piosenki rozeszły się na cały świat, dlatego zdecydowaliśmy się wykorzystać je ponownie. Epka jest integralną częścią albumu w dokładnie takiej kolejności jak na ''One''.


Proces nagrywania tego albumu zajął wam trzy lata.... Kawał czasu.


Zdecydowanie trwało to za długo. Między innymi dlatego, że jesteśmy rozsiani po całej Wielkiej Brytanii i mamy regularne prace. Sami zapłaciliśmy za nagranie miks i mastering tego materiału. Robiliśmy co mogliśmy, by zrobić to jak najszybciej, ale prawda jest taka, że wiele czynników nie zależy od samych muzyków. Korzystaliśmy z usług różnych studio, wszystko było zależne od terminów. I tak - wytwórnia nie dołożyła się do realizacji ''One''. Co zabawne, to same nagrania trwały około pięciu czy tam sześciu tygodni. W międzyczasie zajmowaliśmy się różnymi rzeczami - ktoś był technikiem dla innej kapeli, Ackle miał jeszcze Fellsilent i tak dalej. Jak się potem okazało wszystko łącznie zajęło ponad dwa i pół roku. Kiedy już mieliśmy całość, a Fellsilent już przestało istnieć, Century Media wykazywała opór przy wydaniu ''One''. Sprzeciwiali się, ale mieli w tym własny zamysł - ponieważ ''One'' nie miałoby należytej promocji, wydaliśmy go rok później. I wydaje mi się, że było to najlepszym rozwiązaniem. Dzięki temu gramy teraz trasy, album będzie się dobrze sprzedawał. Poświęciliśmy sporo energii by ''One'' przybrało taki kształt, i Century Media nam to teraz rekompensuje.


No i swoją drogą jesteście jedynym zespołem grającym djent w ich katalogu, więc jak mniemam traktują Was ze specjalną troską...


Może nie do końca, ale rzeczywiście wkładają dużo pracy w to by promocja Tesseract przebiegała pomyślnie. Wiem, że to są frazesy, ale jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z nimi.


Graliście trasę z Devinem Townsendem, czy te koncerty wpłynęły na Ciebie jako muzyka, wykonawcę?


Zdecydowanie jako wykonawcę, artystę scenicznego. Devin to inspirująca osobą, motywuje do tego by działać w taki sam sposób jak on. Podoba mi się, jak bawi się z publicznością, czyni z niej część zespołu. Poza tym, ten człowiek to wulkan energii i każdy z koncertów był specjalny. Nieważne czy Devin gra dla setki czy tysiąca osób.


Pod koniec marca wracacie do Ameryki Północnej, by odbyć siedmiotygodniową trasę po m.in. w Kanadzie wraz Protest The Hero. Macie tak silną bazę fanów by pograć z tak dużym zespołem?


Z całą pewnością będzie to ekscytujące doświadczenie. Nie wiem jaki mamy tam fanbase, ale wiem za to, że zainteresowanie Tesseract wzrosło po trasie z Devinem. Może sam Devin miał na to wpływ? Kto wie, nie zdziwiłbym się jaki łysy czarodziej maczał w tym palce (śmiech). Jedno jest pewne: chcemy z tej trasy wyciągnąć jak najwięcej wniosków, a przy okazji nabyć doświadczenia, którego nie możemy pozyskać w Europie. Część z tych klubów jest naprawdę duża, więc będzie to zupełnie nowe doświadczenie.


Plany na jesień w Europie?


Zdecydowanie. Bukujemy właśnie koncerty na wrzesień, październik i listopad. No i dochodzą jeszcze do tego festiwale.


Rok temu byliście częścią Asymmetry Festival w Polsce. Jak wspominasz pierwszą wizytę w naszym kraju?


Tamten koncert był zastrzykiem pozytywnej energii. Nie sądziliśmy, że ktokolwiek o nas tutaj słyszał. A co dopiero, zagrać koncert w trakcie jakiegoś festiwalu muzyki eksperymentalnej. Nie pamiętam nazwy miasta - Wrolaw, Wro..?


Wrocław (śmiech)


O tak! (śmiech). Nie oczekiwaliśmy, że ktokolwiek zna naszą muzykę. Kiedy zaczęliśmy grać ''Concealing Fate part 2'', zobaczyliśmy, że ludzie śpiewają nasze teksty i bawią się. To było szalone.


Dzięki za rozmowę! Ostatnie słowa dla Ciebie.


Mam nadzieję, że uda się nam dotrzeć do Polski. Cała wschodnia Europa ma to do siebie, że wszystkie koncerty są u Was energetyzujące. Mówi się o tym i w Anglii i w Stanach. Liczę na to, że djent dotrze do Polski właśnie na jesień. Pozdrawiam wszystkich czytelników Magazynu Gitarzysta i zachęcam do kupna ''One''.

Grzegorz "Chain" Pindor

Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie