Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Piotr Słapa

Piotr Słapa

W tym miesiącu rozmawiamy z Piotrem Słapą, jednym z najlepszych gitarzystów fingerstyle w tej części Europy. Artysta ma na swoim koncie dwie płyty i występował na jednej scenie z wieloma znanymi muzykami, m.in. z Tommym Emmanuelem.

Jak się to wszystko zaczęło?


Gitara stała u mnie w domu od zawsze. Było to mocno podniszczone ruskie pudło. Ale dopiero pod koniec szkoły podstawowej doznałem olśnienia. Jeden z kolegów siedział z gitarą i grał kawałek Nirvany "Smells Like Teen Spirit". Zafascynowałem się wtedy tym instrumentem i ta fascynacja trwa do dziś. Pamiętam, że w liceum przynosiliśmy gitary na zajęcia z przysposobienia obronnego. Facet je prowadzący otwierał salę, sprawdzał obecność i sobie wychodził. To dawało nam sporo czasu na wspólne granie Dżemu, Metalliki i tym podobnych klimatów. Mniej więcej w tym okresie kupiłem swoją pierwszą gitarę elektryczną. Był to jakiś kombinowany Frankenstein - gryf od dwunastostrunówki Defila, ręcznie strugany korpus, a przystawki wyjęte z basu Defila. Wspaniały wynalazek, który jednakże miał jeden problem - strój trzymał nie dłużej niż 3 sekundy (śmiech).


Wynika z tego, że zaczynałeś od gitary elektrycznej?


Tak, przez pierwsze 5-6 lat grałem na elektryku. Dość wcześnie na swej drodze spotkałem rewelacyjnego muzyka i nauczyciela Grzegorza Kapołkę. To dzięki niemu połknąłem muzycznego bakcyla na dobre. On też był dla mnie inspiracją przy wyborze instrumentów. Od gitar takich jak MEG czy niskich modeli Jacksona przeszedłem do sygnowanego przez Franka Gambale Ibaneza FGM200, którego kupiłem od Grzegorza. To było moje pierwsze zawodowe wiosło. Mały, ergonomiczny korpus, płaski gryf, sportowa akcja. Do tego dokupiłem potem Marshalla JCM900 i kaczkę, czyli wszystko to, czego pragnął wtedy przeciętny rockowy gitarzysta. Miałem swój zespół, w którym graliśmy kawałki bluesowe, rockowe i funkowe. Zdobyliśmy nawet nagrodę w jakimś lokalnym przeglądzie, ale wkrótce musieliśmy się rozstać. Z rodzinnych Tychów los rzucił mnie najpierw do Krakowa, a potem do Warszawy, gdzie studiowałem psychologię. Tu też chodziłem na lekcje do Przemka Maciołka, znanego m.in. z grup Sistars i Polucjanci. Jednakże gitarę traktowałem wtedy jeszcze jako hobby. Świadomość tego, że chcę z nią spędzić resztę życia, pojawiła się trochę później.


Kiedy w twym sercu zagościł instrument akustyczny?


Przełomem stały się wizyty u mojego lutnika grającego na banjo w zespole Mechanicy Shanty, Michała Karczewskiego, który interesował się od lat muzyką country i bluegrassem. Ale przede wszystkim był pasjonatem, który godzinami mógł opowiadać o instrumentach, branży muzycznej czy o interesujących gitarzystach. Sam zresztą koncertował dużo w USA i poznał osobiście wielu znanych muzyków. Zupełnie przypadkowo, któregoś razu puścił mi koncert kompletnie wtedy w Polsce nieznanego Tommy’ego Emmanuela. Było to DVD "Live At Sheldon Concert Hall". Zwykle z każdej płyty lub wideo podobało mi się kilka utworów. W przypadku Emmanuela obejrzałem z otwartymi ustami cały koncert i dosłownie każdy kawałek był świetny. To było jak uderzenie pioruna. Gość zburzył całe moje dotychczasowe wyobrażenie o gitarze akustycznej. Pomyślałem: to jest właśnie to!


Czy przejście z elektryka na akustyka było trudne? Jak ugryzłeś ten temat?


Nie było łatwo, bo dopiero wtedy dowiedziałem się o istnieniu techniki fingerstyle. Nigdy wcześniej nie grałem palcami, więc musiałem poznać ten teren niejako na nowo. W dodatku materiałów na ten temat, w tym klipów wideo, było jak na lekarstwo. W Polsce nikt nie używał wówczas terminu fingerstyle, a ludzie nie wymieniali się tak jak dziś doświadczeniami w tym temacie. Jedynym gitarzystą, który grał solowo na akustyku, był Jacek Spruch, notabene świetny muzyk, ale on określał swój styl jako fingerpicking. W zasadzie byłem więc skazany sam na siebie. Zacząłem na własną rękę poznawać technikę gry i zdobywać materiały. Utwory rozpracowywałem najczęściej ze słuchu, podpierając się nagraniami wideo i programami do zwalniania nagrań. Trzeba tu wspomnieć, że nauka ze słuchu na gitarze akustycznej, gdzie mamy do czynienia często ze złożonymi fakturami, jest dużo trudniejsza niż na elektrycznej, gdzie rozpracowuje się riffy albo solówki. Czasem siedziałem przez kilka godzin nad jakimiś niuansami artykulacji lub opalcowania. Nauka gry fingerstyle szła mi jednak dość szybko i już po dwóch, trzech miesiącach umiałem zagrać pierwsze, kompletne utwory w tym stylu. Tak bardzo zainspirował mnie Tommy.


Nigdy nie kusiło cię pójście do szkoły muzycznej?


Kiedyś, na samym początku, miałem marzenie, aby dostać się na studia do Katowic. Dziś nie zdecydowałbym się na taki ruch, bo uważam to za stratę czasu. Wokół jest przecież tyle dobrych materiałów edukacyjnych, szkółek, wydawnictw, pism gitarowych, a przede wszystkim tyle świetnej muzyki, z której można się uczyć. Uważam, że moje długie godziny, które wymęczyłem, ucząc się ze słuchu utworów fingerstyle, nie poszły na marne. To było bardzo rozwijające. Kiedyś nauka jednego utworu zajmowała mi trzy miesiące. Obecnie jestem w stanie zrobić nowy numer w 2-3 dni, i to kompletnie od zera. Ponadto uwewnętrzniłem sobie bardzo dobrze puls, chociaż nigdy nie ćwiczyłem z metronomem. Sekretem jest granie razem z płytami mistrzów. Notabene ostatnią płytę nagrywałem w całości bez metronomu i wszystko się zgadza. Uważam, że dzięki pracy włożonej przed laty w samodzielną naukę jest mi dużo łatwiej poruszać się w muzyce obecnie.


Kiedy zobaczyłeś na żywo swojego mistrza?


Emmanuel przyjechał do Polski w 2005 roku. Pewnego razu jechałem tramwajem i przez okno zobaczyłem plakat informujący o jego koncercie. Wow, nareszcie mogłem go zobaczyć na żywo! Występ był niesamowity i widać było po reakcjach wszystkich widzów, że zapamiętają go na długo. Ten gość jest po prostu jedyny w swoim rodzaju. Potrafi sam jeden wyjść na scenę i nie tylko się obronić, ale sprawić, że ludzie będą się świetnie bawić. Zresztą sam o sobie mówi nie inaczej jak "The Entertainer" i wyznaje zasadę, że o sile artysty świadczy fakt, iż ludzie chcą przyjść na jego koncert jeszcze raz. Ja z pewnością chciałem. Co ciekawe, Tommy miał też wtedy spotkanie z fanami w warszawskiej Arkadii, gdzie kręcony był jakiś krótki materiał dla TV. O jego ówczesnej popularności w Polsce może świadczyć fakt, że było tam zaledwie kilka osób, które przyszły zobaczyć gitarzystę, a nie zrobić zakupy. Podpisał mi się wtedy na gitarze i miałem okazję zamienić z nim kilka słów. Czułem się, jakbym trafił w Lotto. W tym miejscu muszę podziękować innemu fenomenalnemu gitarzyście, a jednocześnie osobie, bez której te wszystkie fajne rzeczy nie byłyby możliwe - Krzysztofowi Pełechowi. On też zorganizował potem warsztaty w Krzyżowej, na których uczył Emmanuel. Potrafiłem już wówczas grać pierwsze jego utwory i możliwość wzięcia u mistrza prywatnej lekcji była czymś bezcennym.


Grałeś mu jego aranżacje?


Dokładnie tak, a on dzielił się ze mną swoimi uwagami i radami. Najczęściej były to uwagi dotyczące opalcowań. Tommy jest w tym temacie bardzo wrażliwy, bo opalcowanie w technice fingerstyle jest kwestią kluczową.


W roku 2007 wydałeś swoją pierwszą płytę zatytułowaną "Road To Nashville". Jak do tego doszło?


Uczestniczyłem wtedy w międzynarodowym festiwalu fingerstyle odbywającym się w Nashville - CAAS, czyli Chet Atkins Appreciation Society. Zbierają się tam gitarzyści z całego świata zafascynowani tym stylem. Spotkałem tam wielu znajomych, których poznałem wcześniej na forum dyskusyjnym Emmanuela. CAAS to nieustanna muzyczna impreza i niekończące się jamy, a przede wszystkim możliwość bezpośredniego kontaktu z największymi sławami. Do każdego gitarzysty można podejść, pogadać, poradzić się, nauczyć się czegoś, a wreszcie - pograć z nim. Płytę "Road To Nashville" nagrałem właśnie z tej okazji, jako swoją wizytówkę. W zasadzie jest to EP-ka. Znalazło się na niej pięć utworów - trzy moje kompozycje, cover Cheta Atkinsa "Happy Again" oraz cover "Blue Moon" w aranżacji Tommy’ego.


Zarówno mnie, jak i zapewne wielu Czytelników trapi pytanie: jaka jest różnica pomiędzy technikami fingerstyle i fingerpicking?


To temat niekończących się dyskusji pomiędzy gitarzystami akustycznymi. Dla przeciętnego słuchacza wszystko to zdaje się być tym samym - ot, graniem palcami, i tyle. Powiem może, jak ja to widzę. W fingerstyle świadomie rozdzielane są warstwy linii basowej, akordów i melodii. To są trzy niezależne partie prowadzone tak, aby wydawało się, że gra cały zespół. To jest styl, który narodził się dzięki takim indywidualnościom, jak Chet Atkins oraz Jerry Reed, czyli jego rozkwit przypada na lata 60. i 70. Natomiast fingerpicking, czyli po prostu uderzanie strun palcami, był już stosowany wcześniej przez gitarzystów bluesowych, takich jak np. Robert Johnson. Współcześni gitarzyści fingerpicking mają inne podejście do instrumentu, grania pazurkami i ogrywania harmonii. Granica pomiędzy stylami jest oczywiście dość cienka, ale jednak istnieje. Mógłbym to porównać do tappingu, a właściwie różnicy pomiędzy zwykłym tappingiem á la Van Halen i tappingiem oburęcznym Stanleya Jordana. Notabene, w celu popularyzacji techniki fingerstyle założyłem kilka lat temu portal www.fingerstyle.pl - swoiste miejsce spotkań gitarzystów akustycznych i baza wiedzy na temat tego typu grania. Cieszy mnie, że coraz więcej osób interesuje się tym stylem.


Strona to nie wszystko. Powołałeś także do życia festiwal, zgadza się?


Myśl o festiwalu jest ze mną od wielu lat. Nie jest to jednak proste przedsięwzięcie. Przełomem było drugie z rzędu zaproszenie na Jesienny Przeciąg Gitarowy w Słupsku. Imprezę prowadzi Zbyszek Bałbatun, dzięki któremu ma ona niepowtarzalny klimat. Obaj jesteśmy pasjonatami, więc słowo do słowa zaczęliśmy kombinować, jak zrobić festiwal fingerstyle. Odpowiedni moment nadszedł na początku 2010 roku. Tak światło dzienne ujrzał Acoustic Guitar Show, gdzie Zbyszek był dyrektorem organizacyjnym, a ja dyrektorem artystycznym. Na koncercie zagrali: Daniele Bazzani, Roman Puchowski, Piotr Krępeć i ja, a także laureaci konkursu. Razem z festiwalem uruchomiliśmy bowiem konkurs Acoustic Guitar Battle o nietypowej formule. Zwykle w takiej sytuacji trzeba przyjechać konkretnego dnia do jakiegoś miasta. Jest to sporym ograniczeniem, bo nie każdy ma taką możliwość. Postanowiliśmy więc oprzeć się na Internecie i zgłoszeniach zamieszczanych w formie klipów na YouTubie. Informacje o festiwalu i konkursie można znaleźć na stronie www.guitarshow.pl. Impreza zakończyła się pełnym sukcesem i znajdzie swą kontynuację w tym roku.


Ukoronowaniem ubiegłego roku był 13. Wrocławski Festiwal Gitarowy "Gitara 2010", w trakcie którego stanąłeś na jednej scenie ze swym fingerstyle’owym guru. To chyba było mocne przeżycie...


Po raz kolejny pojawił się w moim życiu dobry duch, Krzysztof Pełech, który umożliwił mi wzięcie udziału w tej imprezie. Była to naprawdę nobilitacja, ponieważ grali tam artyści, tacy jak: Tommy Emmanuel, Martin Taylor, Joscho Stephan, Richard Smith, Johnny Dickinson, Louis Winsberg, Jesse Cook, a także kilku polskich muzyków: Krzysztof Pełech, Artur Lesicki, Marek Napiórkowski, Adam Palma i właśnie ja. Było to dla mnie niezwykłym przeżyciem, tym bardziej że imprezie patronował sam Tommy Emmanuel, który odpowiadał za techniczną jakość przedsięwzięcia. Pamiątką z festiwalu "Gitara 2010" jest płyta wydana przez Wrocławskie Towarzystwo Gitarowe, będąca kompilacją kompozycji występujących na nim artystów.


W połowie 2010 roku nagrałeś swoją drugą płytę. Czy powiesz o niej kilka słów?


Płyta nosi tytuł "Broken Wing". Materiał na ten krążek zbierałem dość długo. Jest tu 12 utworów, które powstawały na przestrzeni ostatnich lat. Tym razem bez coverów - wszystkie skomponowałem sam. Zaprosiłem na tę płytę kilku gości, którzy wnieśli swoje własne brzmienie do kilku kompozycji. Na skrzypcach, w dwóch utworach, zagrał Marek Wierzchucki. W czterech utworach zagrał na harmonijce Bartosz Łęczycki. Swoje solo w jednej z kompozycji zostawił mój dawny mentor - Grzegorz Kapołka. Jego pojawienie się tutaj było dla mnie powrotem do przeszłości. Tempo, w jakim został zarejestrowany ten materiał, było ekspresowe. Wszystkie partie gitary nagraliśmy na tak zwaną setkę w ciągu dwóch dni. Użyliśmy kilku mikrofonów ustawionych w trzech planach różniących się odległością od gitary. Do dyspozycji mieliśmy także czysty sygnał z elektroniki gitary oraz sygnał ze wzmacniacza. W większości przypadków na płycie pojawiły się first takes, czyli pierwsze wersje nagrywanych utworów. Najdłuższym procesem był miks całej płyty, który pochłonął prawie trzy miesiące. Ale warto było - ostateczny efekt jest imponujący. Brzmienie płyty stoi na absolutnie najwyższym światowym poziomie. W tym miejscu muszę podziękować koledze - za realizację nagrań i miks odpowiedzialny był Lech Pukos, który dał z siebie dosłownie wszystko. Wkład w płytę miał także wybitny realizator i multiinstrumentalista Jacek Wąsowski, który zarejestrował partię harmonijki i skrzypiec.


W numerze "Gitarzysty" oddaliśmy także w ręce Czytelników jedną z kompozycji "Indian" spisaną w nutach. Transkrypcja pochodzi z książki, która towarzyszy niejako tej płycie...


Od zawsze chciałem dać ludziom materiał edukacyjny tego typu, bo brakowało mi tego, kiedy sam zaczynałem się uczyć. Trzeba wspomnieć, że obecnie jest też na rynku bardzo dobry podręcznik Roberta Kordylewskiego, który traktuje o podstawach techniki fingerstyle. Ponieważ jednak ja uczyłem się na żywej muzyce, postanowiłem osobiście zapisać w nutach wszystkie 12 utworów, opatrzyć opisami i wydać w formie książki nakładem firmy Absonic.


Zdarza ci się grać suche wprawki? Jak w ogóle ćwiczysz?


Czuję niechęć do typowych wprawek. Bardzo lubię grać z płytami ulubionych artystów i wynajdywać na nich frazy "perełki", które rozpracowuję i zapisuję w notesie. Jeśli chodzi o sam proces ćwiczenia, to gram po prostu kompletne utwory od początku do końca aż do momentu, kiedy czuję się z nimi naturalnie. To na nich pracuję nad techniką, opalcowaniami, ergonomią gry, dynamiką itd. Jednakże bardziej koncentruję się na aspekcie muzycznym niż technicznym. Uważam, że technika powinna podążać za uchem, a nie odwrotnie. Czasem zdarza się, że ludzie poświęcają całe lata na szlifowanie techniki, a potem ich gra w ogóle nie chwyta za serce. Kiedy indziej ktoś gra na gitarze tylko przez trzy miesiące i porywa słuchaczy. Trzeba się zastanowić, co w muzyce jest rzeczywiście istotne. Według mnie najważniejszy jest dobry repertuar, bo to on zadecyduje, czy ludzie będą chcieli przyjść drugi raz na nasz koncert, czy nie.


Jakie instrumenty posiadałeś i aktualnie posiadasz?


Pierwszym moim akustykiem była Yamaha LL6. Miała płytę wierzchnią z litego świerku i piękny palisander na bokach. Naprawdę przyzwoity instrument w swojej klasie cenowej, który pozwolił mi się rozwijać. Ale przełomową chwilą było zdobycie australijskiego Matona sygnowanego przez Tommy’ego, po którego poleciałem osobiście do Londynu i wybrałem z trzech dostępnych tam egzemplarzy. Prawdopodobnie była to pierwsza taka gitara w Polsce - świetny instrument, który otworzył mi oczy na wiele spraw. Obecnie opieram się na dwóch gitarach Maton i obie są niezwykłe. Pierwsza z nich to Custom Shop z okresu, kiedy ten oddział firmy jeszcze oficjalnie nie istniał. To customowa wersja modelu EBG808 Artist w kształcie OM i z fenomenalną elektroniką, której nie da się już osobno kupić. Drewno wybierał Andy Allen - lutnik, który osobiście buduje gitary dla Emmanuela. Drugi Maton, o kształcie dreadnought, to niezwykle rzadki instrument z 1989 roku, limitowana wersja sygnatury Tommy’ego w kolorze czarnym. Tego modelu wyprodukowano 101 egzemplarzy. Mój posiada numer 089. Te dwie gitary są dla mnie bezcenne. Oprócz tego mam egzemplarz Cole Clarka - to bliźniacza w stosunku do Matona, również australijska firma. Do tych instrumentów zakładam struny Martin SP Phosphor Bronze 12-54. Jeśli chodzi o wzmacniacze, to moim głównym piecem jest AER Alpha 40. Jest to niezwykle popularna konstrukcja, świetnie brzmiąca, a do tego lekka. Mam też sprzęt Acoustic Image, który brzmi naturalnie i transparentnie. Te dwa wzmacniacze sprawdzają się w różnych sytuacjach. W racku mam tuner Korg DTR2000 oraz TC Electronic G-Sharp, który daje mi wysokiej klasy pogłos i delay. Wszystko łączę kablami David Laboga DL Cables. Niezwykle istotnym elementem tego akustycznego zestawu są kostki - drobiazg przez wielu niedoceniany. Używam ręcznie wykonywanych piórek Wegen o grubościach od 1,5 do 3mm, które jako jedyne dają mi to brzmienie, którego zawsze szukałem.


Jak ustawia się instrument do fingerstyle?


Z powodu stopnia skomplikowania niektórych opalcowań trzeba sobie maksymalnie ułatwić grę przez obniżenie wysokości strun - najszybciej zrobi to lutnik, ustawiając odpowiednio pręt oraz korygując podstawkę pod struny. Teoretycznie tak nisko ustawiona gitara akustyczna nie powinna zabrzmieć dobrze i zwykle, jeśli bierze ją do ręki muzyk przyzwyczajony do mocnego grania, to słychać uderzanie strun o progi. W fingerstyle dobry sound uzyskuje się przez całkowitą kontrolę nad techniką gry i instrumentem. Kluczowa jest nie tylko dynamika uderzeń prawej ręki, ale także elektronika - wbudowany mikrofon, który zbiera każde dotknięcie korpusu, oraz wzmacniacz, który to w naturalny sposób przeniesie.


Widzę też u ciebie rig do gitary elektrycznej. Czyżbyś wracał do korzeni?


Gdzieś w głębi duszy gra mi ta elektryczna, bluesowa nuta. Po latach odkryłem, że kocham Stratocastery, i nic nie da się z tym zrobić - a próbowałem! (śmiech). Tak więc oprócz gitar akustycznych muszę mieć w domu dobrego Fendera. Jakiś czas temu trafiłem na niesamowitego Strata z Custom Shopu. To reedycja modelu z 1962 roku w wersji relic, z podstrunnicą z brazylijskiego palisandru i pickupami nawijanymi przez Abigail Ybarrę specjalnie do tej gitary. Wzmacniacze to oryginalny Fender Deluxe Reverb z lat 60. Do tego kilka kostek: TC Electronic PolyTune, Line 6 DL4, Electro-Harmonix Holy Grail+, Xotic RC Booster, Dunlop FuzzFace, Fulltone DejaVibe i Roger Mayer Octavia.


Jakie masz plany na przyszłość?


Jak już wspominałem, zbliża się kolejny festiwal Acoustic Guitar Show, na który serdecznie wszystkich zapraszam. Mam już sporo materiału na trzecią płytę, więc będę nad nią pracował w drugiej połowie roku. Przymierzam się też do nagrania szkółki DVD dla gitarzystów akustycznych. Oprócz tego większy nacisk położę w tym roku na rynek zagraniczny. Nawiązałem już chyba dostatecznie wiele kontaktów, aby móc zrobić ten krok. Tak czy inaczej rok 2011 zapowiada się bardzo dobrze - życzę tego również wszystkim Czytelnikom "Gitarzysty".


Krzysztof Inglik

Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie