Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ray Wilson

Ray Wilson

Rozmawiamy z Rayem Wilsonem, niegdyś pierwszym głosem legendarnej grupy Genesis. Obecnie ten szkocki muzyk prężnie rozwija swoją karierę solową. Frontman kapeli Stiltskin, entuzjasta gitary akustycznej, niepoprawny optymista i, co najciekawsze, mieszkaniec pewnego dobrze znanego nam kraju nad Wisłą...

Ostatnimi czasy grasz sporo koncertów w Polsce. Czy jest coś, co wyróżnia nas jako słuchaczy?


Każdy kraj charakteryzuje się czymś innym. Moje doświadczenia z polską publicznością są jak najlepsze. Nie jestem pewien, czy traktujecie tak każdego, czy może po prostu ja miałem to szczęście (śmiech). Fani z Polski bardzo dobrze wydają się rozumieć moje piosenki i teksty, w których jest nie tylko dużo melancholii i smutku, ale także głębi i znaczenia. Każdy koncert grany w Polsce jest zawsze udany. Jeśli zatem jest to tylko szczęście, to mam nadzieję, że nigdy ono nie minie (śmiech).


Jak upływa ci życie w Polsce?


Po ponad dwóch latach pobytu w Polsce nadal tu jestem, więc chyba to mówi samo za siebie (śmiech). Czuję się tutaj dość komfortowo. Od kilku lat jednak sporo koncertuję, więc nie jestem pewien, czy jakiekolwiek miejsce mogę jeszcze nazwać swoim prawdziwym domem. Najwięcej czasu spędzam chyba w tej chwili w autobusie, którym podróżujemy. Zawsze jednak jestem niezmiernie szczęśliwy, kiedy mogę wrócić do Polski. Niczego mi tutaj nie brakuje. Mam wtedy przy sobie kobietę, którą bardzo kocham, a także ciszę i spokój ducha.


Co ci się podoba najbardziej i zarazem najmniej w Polsce?


Czy mogę ci dać dość płytką odpowiedź na to pytanie? (śmiech) - dziewczyny. Szczerze i z ręką na sercu przyznaję, że najbardziej podobają mi się wasze kobiety. Nigdzie indziej na świecie nie znajdziesz tylu pięknych dziewczyn w jednym miejscu. Kiedy spaceruję ulicami miasta, dosłownie co dziesięć metrów pojawia się jakaś niezwykle atrakcyjna Polka. Czegoś takiego nigdy nie doświadczysz w Niemczech, Francji czy Szkocji. A czego nie lubię? Na pewno pogody. Macie bowiem bardzo srogą zimę. Jednak rzeczą, która najbardziej mi się nie podoba, jest nadmierne spożycie alkoholu. Pod tym względem wasz kraj jest bardzo podobny do Szkocji. Pije się tu zdecydowanie za dużo. Gdy niedawno wyjeżdżaliśmy w trasę koncertową, to już o siódmej rano w centrum miasta widziałem trzech młodych mężczyzn pijących piwo. Jest to problem, który wymaga mnóstwa uwagi i zaangażowania ze strony państwa. Należy jednak pamiętać, że wasz kraj ma bardzo dużo do zaoferowania. Cały czas zachodzą tutaj pozytywne zmiany, które popychają was naprzód. Niemniej jednak picie piwa z rana to już nawet nie rock’n’roll, a raczej proces powolnego uśmiercania swego ciała i ducha. Kwestia ta oczywiście nie dotyczy wszystkich Polaków, ale kiedy jestem już jej świadkiem, to bardzo mnie uderza widok pijanych osób, gdyż znam ten problem ze Szkocji.


Co takiego wydarzyło się po twoim odejściu z Genesis? Plotki głosiły, że popadłeś w depresję, która skutecznie wyeliminowała cię z życia scenicznego. Skąd taka reakcja?


Sądzę, że ta sytuacja była nieunikniona. Rzeczywiście miałem całkiem interesującą karierę i osiągnąłem szczyt swojej popularności. Niestety, w życiu tak bywa, że to, co się wznosi, musi kiedyś upaść. Dogoniły mnie moje własne problemy. Na co dzień nie brakowało mi niczego. Miałem duży dom, sportowy samochód i pieniądze, ale gdzieś w tym wszystkim zabrakło mnie samego. Nie wiedziałem już, po co to wszystko robię i kim w ogóle jestem. Byłem jedynie facetem, który zastąpił Phila Collinsa, a to zdecydowanie za mało. Postanowiłem więc dać sobie trochę czasu na odszukanie własnej drogi i własnego "ja". Udało mi się to tylko dzięki temu, że powróciłem do swoich korzeni. Wziąłem do ręki gitarę akustyczną, na której - szczerze powiedziawszy - nigdy za dobrze nie grałem, i zacząłem od zera. Wypracowałem swój własny styl i zacząłem dawać koncerty. Niestety szybko się okazało, że ludzie pragną, abym grał dla nich przez około dwie godziny, co jest oczywiście zrozumiałe, jeśli się płaci za bilet. Problem polegał na tym, że nie miałem wystarczająco dużo piosenek w swym repertuarze. Pożyczyłem więc parę numerów Genesis i grałem je w swojej aranżacji. Były to nie tylko kawałki, które z nimi wcześniej tworzyłem, ale również te, które są kamieniem węgielnym ich dokonań. To wszystko połączyłem z własnymi numerami i w ten sposób powstał materiał, z którym mogłem już wyjść na scenę. Całą resztę dopełnił mój głos i szkockie poczucie humoru (śmiech).

Wydaje mi się, że ludzie to akceptują, ponieważ jestem szczery w tym, co mówię i robię. Nie udaję kogoś innego i od dziesięciu lat skutecznie rozbudowuję swój świat muzyki. Uwielbiam dawać koncerty akustyczne bardziej niż cokolwiek innego. Z niczym nie da się porównać tego uczucia, które mnie ogarnia, gdy widzę na sali trzysta osób zainteresowanych tym, co mam im do powiedzenia, jest to naprawdę wspaniałe przeżycie. Wtedy właśnie mogę być sobą. W międzyczasie koncertuję również ze Stiltskin. Gdzieś po drodze doszedłem również do wniosku, iż materiał Genesis wymaga ode mnie pewnej kategoryzacji. Stąd właśnie pomysł na stworzenie projektu o nazwie Genesis Klassik. Piosenki grupy Genesis nigdy nie były łączone z dźwiękiem skrzypiec czy wiolonczeli, postanowiłem więc spróbować z zupełnie nowymi aranżacjami, wprowadzając dźwięki symfoniczne. Choć jest to nadal materiał Genesis, nadałem mu zupełnie nowe oblicze. Z tego, co wiem, ludzie to zaakceptowali i teraz każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Była to dla mnie bardzo ważna decyzja, która otworzyła też kilka nowych drzwi. Szczególnie tych prowadzących do większych stacji radiowych. Można zatem uznać, iż zespół Genesis sporo mi odebrał, ale jednocześnie całkiem dużo podarował. Od czasu mojego odejścia zrobiłem wszystko, co mogłem uczynić, aby wrócić na scenę. Teraz mogę mieć tylko nadzieję, że ludziom nadal będzie odpowiadać to, co robię, i że będą ze mną na dobre i na złe. Ale póki co, tak właśnie jest. Czegoż więc można chcieć więcej od życia? (śmiech).



Co to znaczy być muzykiem?


Przez całe moje życie zajmowałem się właśnie tylko tym. Zaczynałem śpiewać, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Zresztą cała moja rodzina jest bardzo umuzykalniona, więc ta pasja była gdzieś we mnie już od urodzenia. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co innego miałbym robić w życiu, gdyż we wszystkim innym jestem po prostu beznadziejny. Nie mam nawet hobby czy jakichś innych zainteresowań. Po prostu muzyka jest moim życiem. Dlatego bycie muzykiem jest dla mnie jednoznaczne z byciem człowiekiem. Dzięki temu mogę wyrażać swoje myśli, emocje i poznawać wielu interesujących ludzi. W większości przypadków są to zwyczajne osoby, które nie mają żadnych wielkich domów czy fortun i nie są na okładkach żadnych magazynów. Ale nie to jest przecież najważniejsze. Podróżując po świecie, spotykam ludzi, którzy chcą porozmawiać ze mną o danej piosence, która zmieniła bądź wpłynęła w pewien sposób na ich życie. To niesamowite, że można mieć taki wpływ na innego człowieka. Nie jestem kimś formatu Bono i nie muszę wszędzie chodzić z tuzinem ochroniarzy. Dzięki temu mogę sobie pozwolić na bezpośredni kontakt z fanami po koncercie. I to właśnie cenię sobie tak bardzo w koncertach akustycznych. Podczas nich widzę zarówno radość, jak i zdenerwowanie osób, które słuchają moich muzycznych opowieści. Czuję wtedy, że to jest właśnie miejsce, w którym powinienem być.


Jaka jest twoja najlepsza gitara, na której grałeś?


Myślę, że moją do dziś ulubioną gitarą jest Taylor, którego mam od jakiegoś czasu. Miałem już chyba z pięć innych modeli tej marki, ale żadna z tych gitar nie brzmiała tak dobrze. Nie znam niestety modelu tego Taylora, na którym aktualnie gram. Nigdy nie sprawdzałem, a mam go od tak dawna, że nawet nie pamiętam, kiedy i gdzie go nabyłem (śmiech). Wiem, że ta gitara nie była specjalnie droga, kosztowała jakieś 1.100 funtów. Nie jest to może najmniejszy pieniądz, ale wierz mi, że są modele jeszcze dużo droższe. Zbudowana jest z bardzo przyzwoitego drewna, a jej właściwości pozwalają na dużą swobodę w zakresie regulacji i generowania efektów. Los chciał, że podczas trasy koncertowej po Ameryce Południowej szarżujący fani prawie całkowicie ją zniszczyli. Miała paskudne pękniecie wzdłuż korpusu. Spotkałem wtedy jednego gościa, który ją dla mnie naprawił, ale nie jest to już ten sam dźwięk. Wprawdzie nadal rewelacyjnie spisuje się na koncertach, ale jest do niczego w studiu. Niemniej jednak to właśnie ten Taylor wciąż pozostaje moim ulubieńcem.


Jaką gitarę w rozsądnej cenie poleciłbyś komuś, kto ma już pierwsze kroki w świecie muzyki za sobą i szuka teraz czegoś nowego?


W dużej mierze zależy to od tego, jaki styl gry preferujemy. Wpływ na wybór ma tu nawet to, czy mamy duże dłonie czy nie. Liczy się tak naprawdę wszystko. Jeśli miałbym coś polecić, to na pewno gitary marki Yamaha. Cena nie zabija, a seria APX jest naprawdę godna uwagi. Sam posiadam również starego Godina, ale niestety nie produkują już tego modelu. Jest to jednak ten rodzaj gitary, który wystarczy podłączyć do sprzętu nagłośnieniowego. Nie potrzebujesz niczego innego - brzmi świetnie za każdym razem. Jeśli jednak zależy ci na bardziej delikatnym brzmieniu i chcesz posiadać coś pomiędzy elektrykiem a akustykiem, to możesz kupić Godina Acousticastera. Jest to półakustyk o wspaniałym brzmieniu. Nie znajdziemy jednak już nigdzie nowego modelu - na rynku zostały tylko egzemplarze używane. APX posiada natomiast coś w rodzaju podwójnego przetwornika, a przy ustawianiu kompresji możemy robić z nim naprawdę różne cuda. Ostatnimi czasy odkryłem również markę T.Burton, która ma swoją siedzibę bodajże w Poznaniu, o ile się nie mylę. Ich gitary akustyczne są naprawdę rewelacyjne i są to zdecydowanie jedne z najlepszych wioseł, na jakich grałem.


W jaki sposób uczyłeś się gry na gitarze?


Wszystko zaczęło się od mojego starszego brata Stevena, który dostał od naszego wujka gitarę akustyczną Kasuge. Nauczył się grać jako pierwszy, a ja, podobnie jak każdy młodszy brat, byłem zazdrosny o jego umiejętności. No cóż, nie mogłem pozwolić, żeby był lepszy ode mnie, więc też nauczyłem się gry na tej gitarze (śmiech). Jakiś czas później mój brat kupił za swoje własne oszczędności elektrycznego Ibaneza. Gitara ta wyglądała trochę jak Gibson Les Paul i, szczerze powiedziawszy, to ja grałem na niej więcej niż on. Wykorzystywałem każdą wolną chwilę, by móc grać. Kupiłem sobie nawet małą książkę do nauki akordów. Moim pierwszym celem było nauczenie się jednej piosenki, i to od początku do końca. Polecam tę metodę każdemu młodemu adeptowi gitary. Dzisiaj jest to o niebo łatwiejsze przy użyciu takich gier jak Guitar Hero, za pośrednictwem których możemy odrobinę ponaginać rzeczywistość. Jeśli jednak macie możliwość sięgnięcia po prawdziwy instrument, zagrania parę akordów i nauczenia się "Knockin’ On Heaven’s Door" - to zróbcie to. Dzięki temu wzrośnie wasz entuzjazm do gry i zmobilizujecie się do podjęcia kolejnego wyzwania. Ja sam byłem wtedy fanem Davida Bowiego, więc uczyłem się jego piosenek. Tak to się właśnie zaczęło dla mnie i trwa aż do dziś.


Nie jest tajemnicą, że bardziej przypadły ci do gustu akustyki niż elektryki...


Najpierw była gitara basowa. Byłem bardzo słabym gitarzystą, a bas wydawał się dużo mniej skomplikowany (śmiech). Dostałem wtedy nawet jakieś wiosło od mojego kolegi. Niestety nie miałem do niego pokrowca, więc bardzo szybko go wykończyłem. Akustyk natomiast siedział chyba gdzieś głęboko we mnie. Wzięło się to też trochę ze sporej liczby koncertów, jakie dawałem. Poza tym płytoteka mojego ojca pękała w szwach od takich wykonawców, jak: Bob Dylan, Neil Young, Jackson Browne, Bruce Springsteen czy Cat Stevens. Wszyscy oni są szalenie utytułowanymi artystami, których dźwięki prześladują mnie po dziś dzień. Jeden z albumów Jacksona Browne’a należy do ścisłej czołówki moich ulubionych krążków. W swoich piosenkach artysta ten opowiada historie, które w pewnym sensie mogą mieć wpływ na nasze życie. Uwielbiam słuchać dźwięków jego gitary. Oczywiście ja również potrafię grać na gitarze elektrycznej, wymaga tego ode mnie chociażby Stiltskin. To właśnie między innymi do tego celu wykorzystuję te dwie zrobione na zamówienie gitary marki Wolf. Wykonał je zresztą mój przyjaciel. Jedna z nich jest bardziej bluesowa, zaś druga ma bogatsze brzmienie. Niemniej jednak najwięcej gram na akustyku, i to właśnie na nim komponuję swój materiał muzyczny.


W chwili, kiedy przybyłeś do Polski, prasa bardzo mocno zaczęła interesować się twoim życiem osobistym i planami związanymi z pobytem w naszym kraju. Czy tego typu ekscytacja jest wynikiem swego rodzaju kompleksu mniejszości, na który choruje nasz kraj?


Nie wydaje mi się, aby słowo kompleks pasowało do tej sytuacji. Myślę, że jego użycie jest tu zdecydowanie przesadzone. Polska przez długie lata była ofiarą komunizmu. Demokracja w waszym kraju jest jeszcze bardzo młoda. Otwierają się też nowe możliwości przed młodym pokoleniem. Panuje u was ogromny głód wiedzy i pragnienie osiągnięcia sukcesu. Nie da się oczywiście zupełnie zapomnieć krzywd, jakich doświadczyliście ze strony Rosjan, Niemców czy nawet Wielkiej Brytanii, która opuściła wasz kraj w najgorszym z możliwych momentów wojny, ale żywienie urazy byłoby w tym wypadku naprawdę małostkowe i bezcelowe. Należy żyć dalej i budować lepszą przyszłość. Polska odgrywa coraz większą rolę w Europie i zaczyna być siłą, z którą inne kraje muszą się liczyć. Macie ponadto wspaniałą kulturę, wartości rodzinne i... piękne kobiety (śmiech). Polska jest naprawdę pięknym krajem i ma jeszcze wiele do zaoferowania. Pracujecie jak szaleni na własny sukces i wiem, że w końcu wam się uda. Macie też bardzo dużo powodów do dumy.


Podejrzewam, iż spotkałeś kiedyś Phila Collinsa po jego odejściu z Genesis. Jak zareagował na sytuację, w której to właśnie ty go zastąpiłeś w zespole?


Wydaje mi się, iż nigdy tak do końca nie poznam prawdy na ten temat. Spotkałem go kilka razy i zawsze był dla mnie bardzo miły, choć domyślam się, iż nigdy nie był ze mną w stu procentach szczery. Potrafię jednak spojrzeć na to z jego punktu widzenia. Nie od dzisiaj wiadomo, że jest to jeden z najznamienitszych muzyków rockowych na świecie. Zdobywał szczyty i utrzymywał się na nich, aż tu nagle pojawił się jakiś gówniarz ze Szkocji i zajął jego miejsce. W takiej sytuacji każdy by się choć trochę zdenerwował. Wiem, że na pewno miał żal do Mike’a i Tony’ego za to, iż nie zawiesili działalności zespołu na czas jego nieobecności. Jednak największy błąd, jaki popełnili Genesis, to zaprzestanie tworzenia nowego materiału. Powinny się ukazać jeszcze przynajmniej dwa lub trzy kolejne albumy. Ten, który stworzyliśmy razem, był tylko dla nas. Nie zważaliśmy na to, czy coś się sprzeda w USA czy nie. Bez nowych piosenek każdy zespół w końcu popadnie w niebyt.


W mediach jesteś znany przede wszystkim jako wokalista Genesis. To określenie pojawia się zawsze i wszędzie. Czy takie szufladkowanie w jakiś sposób umniejsza twoje inne dokonania?


W pewnym sensie przyzwyczaiłem się już do tego i jeśli mam być szczery, to uważam to za całkiem miły komplement. Peter Gabriel, Phil Collins i ja - całkiem nie najgorszy wpis do CV (śmiech). A zatem w żaden sposób się tego "szufladkowania" nie wstydzę. Swego czasu nagraliśmy dobry album i jestem z tego naprawdę dumny. Wprawdzie był to dość krótki epizod mojego życia, ale zostawił duży ślad na mojej karierze. Musiałem w pewnym momencie podjąć decyzję. Mogłem odrzucić swoją przeszłość z Genesis, co byłoby bardzo głupią i nieroztropną decyzją, lub po prostu ją zaakceptować. Staram się wyciągnąć z tego doświadczenia jak najwięcej pozytywów. Nie obchodzi mnie więc to, z czym mnie ludzie kojarzą. I tak najważniejsza jest muzyka.


Zauważyłem, iż niemal w każdym wywiadzie używasz słowa "szczęście". Czym zatem dla Raya Wilsona jest prawdziwe szczęście?


Jest takie angielskie powiedzenie make your luck (z ang. stwórz własne szczęście). Oznacza to, iż na radość i dobrobyt trzeba w życiu zapracować. Zgadzam się z tym stwierdzeniem całkowicie. Na pewną liczbę porażek zawsze trafi się kilka zwycięstw. Miałem w życiu sporo szczęścia. Spotkało mnie wiele szalenie miłych i niesamowitych rzeczy, ale na to wszystko bardzo ciężko zapracowałem. Jestem dobry w tym, co robię, i wiem, że potrafię to udowodnić w praktyce. Szczęście jest więc swego rodzaju kombinacją ciężkiej pracy i przychylnego spojrzenia Boga (śmiech). Jeśli nie ustępujesz i wierzysz we własny sukces, to szczęście samo cię znajdzie. Nie zawsze będzie cukierkowo, jak można wywnioskować choćby po mojej karierze. Nie sprzedaję milionów płyt i nie robię ogromnych pieniędzy, ale udaje mi się jednak istnieć na scenie. Coś w takim razie muszę robić dobrze (śmiech).


Marcin Kubicki

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie