Rozmawiamy z Rayem Wilsonem, niegdyś pierwszym głosem legendarnej grupy Genesis. Obecnie ten szkocki muzyk prężnie rozwija swoją karierę solową. Frontman kapeli Stiltskin, entuzjasta gitary akustycznej, niepoprawny optymista i, co najciekawsze, mieszkaniec pewnego dobrze znanego nam kraju nad Wisłą...
Wydaje mi się, że ludzie to akceptują, ponieważ jestem szczery w tym, co mówię i robię. Nie udaję kogoś innego i od dziesięciu lat skutecznie rozbudowuję swój świat muzyki. Uwielbiam dawać koncerty akustyczne bardziej niż cokolwiek innego. Z niczym nie da się porównać tego uczucia, które mnie ogarnia, gdy widzę na sali trzysta osób zainteresowanych tym, co mam im do powiedzenia, jest to naprawdę wspaniałe przeżycie. Wtedy właśnie mogę być sobą. W międzyczasie koncertuję również ze Stiltskin. Gdzieś po drodze doszedłem również do wniosku, iż materiał Genesis wymaga ode mnie pewnej kategoryzacji. Stąd właśnie pomysł na stworzenie projektu o nazwie Genesis Klassik. Piosenki grupy Genesis nigdy nie były łączone z dźwiękiem skrzypiec czy wiolonczeli, postanowiłem więc spróbować z zupełnie nowymi aranżacjami, wprowadzając dźwięki symfoniczne. Choć jest to nadal materiał Genesis, nadałem mu zupełnie nowe oblicze. Z tego, co wiem, ludzie to zaakceptowali i teraz każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Była to dla mnie bardzo ważna decyzja, która otworzyła też kilka nowych drzwi. Szczególnie tych prowadzących do większych stacji radiowych. Można zatem uznać, iż zespół Genesis sporo mi odebrał, ale jednocześnie całkiem dużo podarował. Od czasu mojego odejścia zrobiłem wszystko, co mogłem uczynić, aby wrócić na scenę. Teraz mogę mieć tylko nadzieję, że ludziom nadal będzie odpowiadać to, co robię, i że będą ze mną na dobre i na złe. Ale póki co, tak właśnie jest. Czegoż więc można chcieć więcej od życia? (śmiech).