Wśród Czytelników naszego magazynu raczej nie ma osoby, która nie zetknęłaby się z dźwiękami gitary Marka Radulego. Słuchając nagrań z trzech ostatnich dekad, bardzo często trafiamy na jego solówki, nie będąc świadomi tego faktu, bo są one sygnowane przeróżnymi nazwiskami i nazwami grup.
Kojarząc postać Marka z popularnymi zespołami, widzimy zaledwie wierzchołek góry lodowej, jaką jest jego wielowątkowa twórczość. Po jednym z koncertów formacji Squad, który, jak przystało na ten skład, odbył się w jazzowym klubie w przesympatycznej, niemal familijnej atmosferze - poprosiłem Marka o udzielenie wywiadu. W napiętym kalendarzu znalazł lukę i ustaliliśmy termin. Poszedłem na umówione spotkanie, mając urządzenie uwieczniające słowa w jednej kieszeni i kartkę z pytaniami w drugiej. Szybko zorientowałem się, że notatki mogę wyrzucić do kosza i cieszyłem się, że dyktafon ma pojemną pamięć. Poniższy tekst to fragmenty naszej miło przeciągającej się rozmowy. To historia młodego, dobrze zapowiadającego się rockowego perkusisty stającego się znakomitym gitarzystą, cenionym sidemanem, kompozytorem, aranżerem i nauczycielem gry, którego warsztaty przyciągają rzesze młodych muzyków.