Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Frank Gambale

Frank Gambale

Podczas tegorocznych targów The NAMM Show mieliśmy okazję porozmawiać z legendą gitary fusion, Frankiem Gambale. Ten wszechstronnie wykształcony i utalentowany artysta opowiedział nam o swojej nowej gitarze Carvin FG1 i serii wzmacniaczy DV Mark, o nowej płycie zatytułowanej Soulmine, swej błyskotliwej technice, podejściu do muzyki i gitary, a także o... samochodach, których Gambale chętnie używa do zobrazowania, czym dla niego jest sweeping.

Porozmawiajmy na temat Twojego nowego albumu.


Mój nowy album nosi tytuł Soulmine i został nagrany z kanadyjską wokalistką i autorką tekstów o pseudonimie "Boca" (prywatnie żona Franka Gambale - przyp. red.). To wspaniała wokalistka, z którą wspólnie skomponowaliśmy dziesięć utworów utrzymanych w szeroko pojętej stylistyce popjazzowej. Ten album to wyrafinowany materiał z dużą dawką dobrego groove’u, pełen pięknych harmonii, również w warstwie wokalnej. Można powiedzieć, że jest to muzyka, w której na pierwszym planie znajdują się linie wokalne, choć nie zapomniałem w niej, rzecz jasna, o partiach gitarowych. Mimo że poszczególne elementy aranżu przeplatają się wzajemnie, gitara odgrywa tu również bardzo ważną rolę - nie jest ona oderwana od wokalu, lecz prowadzi z nim swoisty dialog. Praca nad tą płytą była naprawdę bardzo ekscytująca, ponieważ kierunek, jaki na niej obrałem, był dla mnie czymś zupełnie nowym, choć muszę przyznać, że już od wielu lat nosiłem się z zamiarem nagrania czegoś takiego.


Ile czasu zajęła Wam praca nad tym materiałem?


Prace nad tym krążkiem rozpoczęliśmy w marcu 2010 roku, a zakończyliśmy w grudniu. Tak się złożyło, że w zeszłym roku miałem zaplanowaną trasę po Europie i grałem parę większych koncertów, dlatego nie mogliśmy pracować nad materiałem nieprzerwanie przez cały czas.


Czy trudno było pracować z własną żoną?


Ależ skąd! Tak naprawdę to było wspaniałe przeżycie. Jestem człowiekiem, który nie lubi przebywać z dala od swojej rodziny i uważam, że w życiu muzyka, a zwłaszcza takiego, który dużo podróżuje, jedną z najtrudniejszych rzeczy jest właśnie poradzenie sobie z rozłąką. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że oddalenie od rodziny nie jest niczym dobrym. Przyznam się, że jednym z czynników motywujących mnie do rozpoczęcia prac nad płytą Soulmine była perspektywa wspólnego koncertowania z... żoną. To wyjątkowo utalentowana artystka, dlatego jestem bardzo dumny z naszego wspólnego projektu. Uważam, że Soulmine to wspaniały album.


Czy tym razem stosowałeś swój słynny strój gitary?


Nie, tym razem nie. Celem, który przyświecał mi podczas opracowywania tego stroju, była potrzeba zwiększenia możliwości harmonicznych gitary. Chciałem grać więcej melodii, nie rezygnując z pięknych współbrzmień, których nie mogłem uzyskać, korzystając ze standardowego stroju gitary. Dla słuchacza nie ma znaczenia, jakiego stroju używasz, zresztą w kontekście całego aranżu wszelkie niuanse brzmieniowe gitary giną wśród pozostałych instrumentów, dla mnie są to jednak istotne kwestie. Co ciekawe, tak naprawdę nagrałem tylko jeden album, na którym w pełni wykorzystałem tę koncepcję. Po prostu, jak dotąd, nie starczyło mi czasu na rozwinięcie tej idei. Ale za jakiś czas planuję nagrać płytę, korzystając ze swojego stroju, ponieważ on jest wprost fantastyczny.


Kiedy?


Tego sam jeszcze nie wiem, ale na pewno w przyszłości (śmiech).


W lutym planujesz serię koncertów w Australii. Lubisz występować w swoim rodzinnym kraju?


O tak, bardzo lubię tam koncertować, zresztą naprawdę kocham Australię. To przepiękne miejsce, do którego zawsze chętnie wracam. Tym razem mam w planach dwa koncerty w słynnym gmachu opery w Sydney (Sydney Opera House), co napawa mnie dumą. Ten obiekt jest bardzo ważnym miejscem dla każdego Australijczyka, jest bardzo charakterystyczny i można go zobaczyć na wielu pocztówkach.


Co możesz powiedzieć na temat współpracy z Victorem Wootenem i Joelem Taylorem?


Od wielu lat współpracuję z Joelem Taylorem i jestem głęboko przekonany, że to wciąż jeden z najbardziej niedocenianych perkusistów w Stanach, a to prawdziwy talent. Nie wyobrażałem sobie innego perkusisty na swojej ostatniej płycie, więc wybór tego muzyka był oczywisty. Nagrał wszystkie partie perkusyjne na tym krążku, zresztą tak jak Victor Wooten nagrał wszystkie ścieżki basowe. Wooten to bardzo znany muzyk, którego chyba nie muszę reklamować. Miałem okazję poznać go lepiej podczas współpracy z Chickiem Coreą i uznałem, że będzie on odpowiednim muzykiem do realizacji moich pomysłów. Jak się okazało, był bardzo zadowolony z możliwości udziału w tym projekcie.


Chciałbym Cię zapytać o perkusję na płytach Natural Selection i Natural High. A raczej o to, że jej tam prawie nie ma...


Tak, rzeczywiście prawie jej tam nie ma (śmiech). Oczywiście jako muzyk uwielbiam perkusję i chyba nigdy to się nie zmieni, ale w pewnych sytuacjach lubię pozostawić przestrzeń dla innych instrumentów. Perkusja ma to do siebie, że zawłaszcza praktycznie cały obszar audio dla siebie, potrafiąc skutecznie zdominować pozostałe instrumenty. Jest to wyraźnie słyszalne szczególnie we współczesnych nagraniach. Jeśli posłuchasz jednej z takich płyt na bardzo małej głośności, to jedyne, co usłyszysz, to perkusja! Bębny są piękne i sprawdzają się w wielu sytuacjach, ale nie czarujmy się - to jednak nie muzyka, lecz rytm. Według mnie nie potrzebujesz perkusji do tego, aby stworzyć odpowiedni swing czy groove, jesteś w stanie dokonać tego bez pomocy perkusji. Czasem ludzie słuchają płyty Natural Selection czy Natural High i dopiero po wysłuchaniu czterech utworów mówią: chwileczkę, tu nie ma perkusji! Okazuje się, że ludziom najczęściej nie przeszkadza jej brak i potrzeba dłuższej chwili, aby sobie to uświadomić. Często obserwuję takie reakcje i bardzo mnie one cieszą, ponieważ pokazują, że tak naprawdę perkusja wcale nie jest konieczna, aby stworzyć udane kompozycje. I mówię to, chociaż miałem okazję współpracować z najlepszymi perkusistami na świecie (śmiech).

Dodam jeszcze, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat miałem okazję grać z gitarzystą klasycznym Maurizio Colonną, który jest doskonałym muzykiem. Wspólnie nagraliśmy trzy płyty i daliśmy wiele koncertów tylko na dwie gitary. Zakochałem się w brzmieniu dwóch gitar i jednocześnie uświadomiłem sobie, że nie trzeba dodawać do tego perkusji. Na koncertach ludzie dosłownie szaleli, mimo że to tylko dwie gitary i nic więcej. Z podobną reakcją spotykam się, kiedy gram ze swoim triem, chociaż tam również nie ma perkusji.


Porozmawiajmy o sprzęcie. Właśnie promujesz swoją najnowszą sygnaturę, gitarę Carvin FG1. Co to za instrument?


Od dawna czułem potrzebę posiadania gitary, której mógłbym z powodzeniem użyć zarówno w jazzie, jak i rocku, bluesie, funku, rhythm and bluesie, fusion - czyli dosłownie w każdym gatunku, w którym będę miał ochotę zagrać. Temu trudnemu wyzwaniu sprostali lutnicy z firmy Carvin, tworząc FG1 - instrument najwyższej jakości, wykonany z ogromnym kunsztem. To gitara typu semi-hollow body z wycięciami w płycie wierzchniej. FG1 ma klonową płytę wierzchnią, która nie jest - jak w wielu efektownie wyglądających instrumentach - żadnym fornirem, lecz prawdziwym, starannie dobranym kawałkiem drewna, zresztą każdy element tej gitary jest wykonany z olbrzymią dbałością o szczegóły. Co ciekawe, kiedy do tej gitary założę struny typu flatwound, mogę uzyskać przepiękne jazzowe brzmienie wydobywające najlepsze cechy instrumentu semi-acoustic, natomiast stosując struny roundwound, przenoszę się w obszary rocka czy bluesa. Ta gitara jest niewiarygodnie wszechstronna i pozwala mi podążyć dokładnie w tym kierunku, w którym chcę zmierzać. Poza tym firma Carvin mocno ograniczyła rolę pośredników w procesie sprzedaży, dlatego może oferować dobre ceny przy zachowaniu doskonałej jakości wyrobów. Większość podzespołów wykonywana jest tam na miejscu, na przykład przetworniki, co pozwala tej firmie zachować większą kontrolę nad jakością produktów końcowych.


Który rodzaj strun jest Ci bliższy - z owijką płaską (flatwound) czy okrągłą (roundwound)?


Trudno powiedzieć. Po prostu kiedy gram jazz, to wolę stosować struny z owijką płaską, natomiast we wszystkich innych gatunkach, takich jak fusion, rock czy funk, preferuję struny z owijką okrągłą. Od wielu lat gram na strunach D’Addario Stainless Steel. Z reguły używam kompletów .009", choć przy niektórych gitarach przesiadam się na .010" - tutaj wszystko zależy od konkretnego instrumentu. W przypadku Carvina FG1 lepiej sprawdza się komplet o grubości .009".


A co z kolejnymi nowymi sprzętami w Twoim zestawie, czyli wzmacniaczami marki DV Mark?


Alain Caron, czyli basista, z którym współpracowałem podczas nagrywania płyty Natural High, miał wzmacniacz basowy sygnowany swoim nazwiskiem wyprodukowany przez włoską firmę Markbass. Alain zdradził mi, że producent pracuje nad nową linią wzmacniaczy gitarowych, które będą sprzedawane pod marką DV Mark. Ucieszyłem się, ponieważ uwielbiam dosłownie wszystko, co pochodzi z Włoch - moje korzenie są w tym kraju, moi rodzice pochodzą z Włoch. Oczywiście nie chodziło tylko o pochodzenie marki DV Mark, lecz o brzmienie i jakość wykonania wzmacniacza Markbass, na którym grał Alain. Byłem pewien, że - podobnie jak produkty basowe - również i linia wzmacniaczy gitarowych będzie najwyższej klasy. Konkretne rozmowy z firmą Markbass zacząłem prowadzić mniej więcej osiem miesięcy temu, a teraz (na targach The NAMM Show 2011 - przyp. red.) efekty naszej współpracy są już prezentowane całemu światu. Już podczas pierwszego spotkania z przedstawicielem tej firmy byłem przekonany, że dobrze wybrałem i że wspólnie stworzymy doskonały produkt. Dokładnie wiedziałem, czego oczekuję od swojego wymarzonego wzmacniacza, zresztą od wielu lat chciałem mieć idealny sprzęt spełniający wszystkie moje wymagania. A musisz wiedzieć, że moje wymagania nie są zbyt typowe (śmiech). Od co najmniej dwudziestu pięciu lat nie używam tradycyjnych wzmacniaczy typu combo, tak popularnych wśród wielu gitarzystów. Zamiast tego gram na lampowym przedwzmacniaczu i tranzystorowej końcówce mocy, ponieważ z jednej strony uwielbiam sposób, w jaki lampa wpływa na brzmienie w przedwzmacniaczu, z drugiej zaś strony nie lubię, gdy stopień mocy oparty jest na lampach. Ostateczne wzmocnienie musi odbywać się liniowo bez żadnych zbędnych ingerencji w sygnał. Po tych wszystkich latach grania na takim zestawie zapragnąłem mieć wzmacniacz typu combo, jednak złożony z lampowego przedwzmacniacza i tranzystorowego stopnia mocy. Niestety, jeśli kupujesz combo, musisz się zdecydować albo na lampę w obu stopniach, albo na sam tranzystor, a to rozwiązania nie dla mnie. Postanowiliśmy więc stworzyć hybrydę, czego efektem jest combo 1 x 12" mające swój debiut tu na targach NAMM, podobnie jak przedwzmacniacz Frank Gambale Pre. Wkrótce pojawi się też konstrukcja wyposażona w dwa dwucalowe głośniki oraz głowa o mocy (uwaga!) 1000 W.


1000 watów? Czy Ty zmieniasz gatunek muzyki (śmiech)?


Nie, nie zmieniam (śmiech). Wiem, że to bardzo dużo mocy, ale przecież dysponując tyloma watami, nie trzeba ich od razu wszystkich wykorzystywać. Chodzi raczej o to, aby mieć wystarczający zapas na uzyskanie doskonałej czytelności brzmienia i o headroom. Kolejne produkty sygnowane moim nazwiskiem pojawią się na tegorocznych targach Musikmesse w Niemczech.


A co z gitarami akustycznymi?


Przez wiele lat grałem na gitarach marki Yamaha, ale teraz prowadzę rozmowy z Carvinem w sprawie nowego akustyka sygnowanego moim nazwiskiem. Tak się składa, że w ich ofercie dostępne są bardzo dobre gitary elektroakustyczne, które aktualnie testuję. Jedną z nich planuję nawet zabrać na koncerty z Chickiem Coreą, ponieważ w trzech lub czterech utworach konieczne jest użycie akustyka.


Czy nadal grasz na kostkach równobocznych?


Tak, wciąż używam tych dużych trójkątnych kostek i nie wyobrażam sobie, abym kiedykolwiek miał je zamienić na inne. Chociaż większość gitarzystów nie jest przekonana do tych kostek, to w przypadku mojej techniki gry sprawdzają się doskonale. Kostki, których używam, są produkowane przez Planet Waves.


Gdybyś miał wybrać brzmienie gitary czystej albo przesterowanej, to co byś wybrał?


To bardzo trudny wybór, ponieważ lubię brzmienie gitary w całym jej bogactwie. I to niezależnie od tego, czy jest to gitara przesterowana, czysta, akustyczna, ze strunami metalowymi lub nylonowymi, czy z dwunastoma strunami itd. Wszystkie gitary brzmią dla mnie przepięknie i w każdej z nich drzemie olbrzymi potencjał. To dokładnie tak jak z kolorami, chociaż mamy tak wiele barw, to trudno byłoby powiedzieć, która z nich jest najlepsza - zieleń, czerwień, a może kolor niebieski? Wszystko zależy od kontekstu, w jakim wykorzystuje się dany instrument, a więc od muzyki. Jeśli grasz jazz, to potrzebujesz gitary najlepiej pasującej do tego właśnie gatunku, a jeśli preferujesz rock, to będziesz szukać gitary z rockowym zacięciem.


Jak określiłbyś swój styl gry?


Nie wiem, może... uniwersalny? (śmiech). Zacznę może od tego, że bardzo lubię słowo fusion. Wiem, że wielu ludzi nie znosi go, ponieważ na jego dźwięk często słychać narzekania w stylu: Fusion? O nie, to będzie coś zwariowanego. Dla mnie określenie fusion to skrót od jazz-rock fusion, czyli od połączenia jazzu i rocka. Tak właśnie określiłbym swój styl gry, a więc jako skrzyżowanie owych dwóch gatunków. Z jednej strony lubię energię rocka, a z drugiej - wyrafinowanie i harmonię jazzu. To chyba najlepiej opisałoby mnie jako muzyka - połączenie energii z rozbudowaną harmonią.


Jesteś znany jako twórca sweepingu. Jak opisałbyś tę technikę gry dla kogoś, kto nie ma o niej pojęcia?


Mam na swoim koncie sporo materiałów edukacyjnych, w których poświęciłem sweepingowi wiele uwagi, ale jeśli miałbym opisać tę technikę w kilku słowach, to powiedziałbym, że to nic innego jak prosta sekwencja dźwięków, podczas realizacji której należy przejść przez kilka kolejnych strun, stosując jednolity kierunek kostkowania. I to by było na tyle. Jest to podstawowa różnica w stosunku do tradycyjnego kostkowania naprzemiennego, w którym kostkujemy raz na dół, raz do góry. W sweepingu nie ma znaczenia, przez ile strun prowadzisz kostkę, mogą to być nawet dwie struny, a równie dobrze trzy, cztery, pięć czy wszystkie sześć. Ta technika pozwala grać szybciej, a jednocześnie z mniejszym wysiłkiem, bardziej komfortowo. Lubię porównanie do samochodu... Jeśli jedziesz autostradą z prędkością 150 km/h na czwartym biegu, to silnik pracuje na najwyższych obrotach, bardzo się przy tym męcząc. Dla wielu gitarzystów kostkowanie naprzemienne jest tym samym, czym próba rozpędzenia samochodu do dużej prędkości na czwartym biegu. Sweeping to nic innego jak wrzucenie piątego lub raczej szóstego biegu, dzięki któremu przy tej samej prędkości można sprawić, że gra stanie się łatwiejsza, wręcz relaksująca, pozbawiona napięcia i wysiłku.


Jak się czujesz, gdy widzisz tylu gitarzystów stosujących sweeping jedynie jako kuglarską sztuczkę, bez głębszego zrozumienia tematu?


Oczywiście, że bardzo tego nie lubię, to jest dość dziecinne podejście. Słuchanie gitarzysty popisującego się sweepingiem w taki sposób przypomina oglądanie kiepskiej komedii (śmiech). Uważam, że gitarzyści, którzy patrzą na sweeping jedynie przez pryzmat techniki, a co za tym idzie prędkości, poznali zaledwie jeden procent tego sposobu gry. Przecież za sweepingiem stoją olbrzymie możliwości, które daleko wykraczają poza proste granie wyuczonych przebiegów w coraz szybszym tempie.


Jesteś mocno kojarzony z tą techniką, ale są ludzie, którzy kojarzą Cię tylko z tym wycinkiem Twojej twórczości. Czy nie uważasz, że gitarzyści zbyt wiele uwagi poświęcają technice, a mniej muzyce?


Rzeczywiście, czasem bywam zbyt mocno kojarzony jedynie z moją techniką. Sweeping jest mocno rozpoznawalny, a nikt wcześniej czegoś podobnego nie robił, dlatego mnie to nie dziwi. Dziwi mnie jednak to, że gitarzyści tak skupiają się na kwestiach technicznych. Sądzę nawet, że ma to miejsce tylko wśród gitarzystów! Inni muzycy wydają się być od tego wolni. Jeśli grasz z klawiszowcem lub saksofonistą, to nie możesz spodziewać się, że oni będą analizować, czy to, co grasz, jest trudne czy proste, efektowne czy nie - oni po prostu słuchają tego, co dociera do ich uszu. Nie mają potrzeby patrzenia na dźwięki przez pryzmat techniki, nie są do tego przyzwyczajeni. A gitarzyści tak. Sam nigdy nie myślę o technice, nie analizuję jej, nie przykładam do niej większej wagi, ponieważ to tylko narzędzie, dzięki któremu mogę realizować swoje pomysły. Jedyna rzecz, na której naprawdę skupiam swoją uwagę, to muzyka. Zastanawiam się nad tym, jakie gram nuty i jak one ze sobą współbrzmią. Interesuje mnie harmonia. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz grałem z Chickiem Coreą, uderzyło mnie jego zrozumienie muzyki, ale nie wynikające z analizy nut czy techniki, lecz biorące się ze słyszenia muzyki. Tak, chodzi o umiejętność słuchania. Gitarzyści powinni wyjść poza swój ciasny świat i przestać myśleć o muzyce jedynie w kontekście gitary i techniki. Muzyka w całym swym bogactwie powinna być ważniejsza niż technika. Wróćmy na chwilę do porównania z samochodem. Mamy w nim wiele różnych części, które tworzą jedną całość. Weźmy teraz sweeping. Jeśli nie dodamy nic ponadto, to co uzyskamy? Podwozie z kołami, ale bez silnika (śmiech).


Czy to prawda, że będąc nastolatkiem, zarzuciłeś grę na gitarze?


Tak, kiedy miałem siedemnaście lat postanowiłem przestać grać na gitarze. Wcześniej grałem na gitarze przez dziesięć lat i nagle zafundowałem sobie dwuletnią przerwę. Zrobiłem to, ponieważ byłem sfrustrowany i coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z ograniczeń tego instrumentu. Z zazdrością patrzyłem na pianino, na którym można było swobodnie prowadzić linię melodyczną wraz z akompaniamentem, grać dowolne interwały czy nawet, jeśli przyszła taka potrzeba, zagrać akord złożony z dziesięciu dźwięków! Gitara to piękny instrument, mimo że posiada spore ograniczenia. W pewnym momencie poczułem wtedy, że bardziej ciągnie mnie do klawiszy niż do strun, no i stąd taka zmiana. Na szczęście po dwóch latach mój starszy brat, który grał na basie, powiedział mi, że on i jego zespół mają wystąpić w sobotni wieczór, lecz brakuje im gitarzysty. Tym sposobem wróciłem do gitary, zresztą bardzo się z tego powodu cieszę, choćby dlatego, że gdybym wciąż grał na pianinie, to raczej nie mógłbym zagrać z Chickiem Coreą (śmiech).


Twój brat miał także wpływ na to, że znalazłeś się w Stanach. Czy to prawda?


Tak, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, trafiłem do Stanów z powodu właśnie mojego brata, który myślał wówczas o otwarciu sklepu muzycznego w Australii i chciał zobaczyć, jak to się robi w USA. Tak się złożyło, że będąc tu na miejscu, podrzucił taśmę z moją prezentacją audio do GIT (Guitar Institute of Technology - przyp. red.). Materiał spodobał się, dlatego mogłem skorzystać z okazji rozpoczęcia nauki na tej prestiżowej uczelni. W tamtym czasie była to szczególnie ekscytująca perspektywa, ponieważ GIT kojarzył się ze wszystkim, co najlepsze, a więc z dobrą energią, nieustannym graniem na gitarze itd. Byłem bardzo podekscytowany perspektywą przeprowadzki do Los Angeles, i to nie tylko z powodu samej uczelni, ale również dlatego, że mogłem znaleźć się w miejscu, w którym powstała większość moich ulubionych albumów. Miałem więc wystarczająco dużo motywacji, aby postawić wszystko na jedną kartę i zawołać: Hollywood, LA, przybywam! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to była najlepsza decyzja w moim życiu.


A czym zajmowałbyś się w życiu, gdybyś nie był gitarzystą?


W młodości bardzo interesowałem się chemią. Myślę, że duża w tym zasługa doskonałego nauczyciela chemii, którego miałem w szkole średniej. Dzięki niemu zacząłem zastanawiać się nad rzeczami, o których wcześniej nie myślałem, zafascynowała mnie budowa całego otaczającego nas świata, relacje pomiędzy cząsteczkami itd. Tak więc, gdybym nie został gitarzystą, prawdopodobnie pracowałbym w przemyśle chemicznym (śmiech).


Co mógłbyś poradzić artystom, którzy, mówiąc wprost, chcą osiągnąć sukces?


Sądzę, że bardzo ważne jest uświadomienie sobie tego, że życie to nie jakaś próba. Ono jest bardzo realne, dzieje się tu i teraz. Oczywiście rozumiem, że miejsce urodzenia i różne inne okoliczności mają znaczenie, w końcu ktoś, kto pochodzi z krajów Trzeciego Świata, może mieć duże trudności, aby się stamtąd wyrwać. Jednak ogólnie rzecz biorąc, najważniejszą kwestią, i to niezależnie od wszelkich okoliczności, jest entuzjazm. Jeśli nie posiadasz go w sobie w wystarczającym stopniu, to rano nie masz powodu, aby wstać z łóżka. Ja sam zrywam się rano pełen energii, ponieważ jest tyle rzeczy, które chcę zrobić! Oprócz tego, niezależnie od dalekosiężnych celów, ważne jest celebrowanie codziennych przyjemności i znalezienie czasu na cieszenie się każdym dniem. Aby to osiągnąć, trzeba robić to, co się kocha. Jeśli nienawidzisz swojej pracy i jednocześnie nie masz czasu na grę na gitarze (czy na jakiekolwiek inne ulubione zajęcie), to nie jest to prawdziwe życie. Sam wolałbym żyć skromniej, ale za to robić to, co naprawdę lubię. Tak więc moje rozumienie sukcesu to stan, w którym znajduje się człowiek robiący to, co sprawia mu przyjemność. Dla mnie nawet gra w restauracji do kotleta byłaby lepszym wyjściem niż praca w jakimś biurowcu lub wykuwanie dziur na ulicy. Lepiej być bliżej swojej pasji, czyli w tym przypadku gitary, niż robić coś zupełnie z nią niezwiązanego.


Co jest według Ciebie najważniejsze w grze na gitarze? Czy jest coś, co mogłoby pomóc naszym Czytelnikom w ich rozwoju, a więc jako gitarzystom i ogólnie jako muzykom?


Sam już nie ćwiczę tyle co niegdyś, ponieważ mam rodzinę, której poświęcam wiele czasu. Obecnie potrafię zrobić sobie nawet dwutygodniową przerwę od gitary i nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, czasem nawet okazuje się, że to lepsze niż nieustanny kontakt z instrumentem. Gdy byłem młodszy, potrafiłem ćwiczyć przez 10, 12, a nawet 15 godzin dziennie, a robiłem to przez parę ładnych lat! W tej chwili znacznie bardziej interesują mnie takie kwestie, jak komponowanie utworów jako całości, dopracowywanie melodii czy kwestie aranżacyjne. Gdy nadchodzi czas komponowania nowego materiału, potrafię przez miesiąc zajmować się praktycznie tylko tym. Co do porad to uważam, że jeśli masz mało czasu na ćwiczenia, powiedzmy dwie godziny, to poświęć 5-10 minut na zastanowienie się, czego tak naprawdę oczekujesz. Sam tak robię i wiem, że to pomaga. Jeśli nie rozumiem pewnej sekwencji akordów lub tego, co się dzieje w określonym motywie w warstwie rytmicznej, to oczywiste jest, że nad tym pracuję, starając się nie rozpraszać swej uwagi innymi aspektami gry. Gdy biorę gitarę do ręki, to nie zaczynam tak po prostu biegać palcami po gryfie, tylko staram się nauczyć czegoś nowego. Czas jest bardzo cenny, dlatego ważne jest odpowiednie wypełnienie go.

Mogę też poradzić, aby analizować grę ulubionych muzyków, kopiować ich solówki lub wręcz grać całe utwory, a także rozumieć harmonię. Sam wolę myśleć o sobie bardziej jako muzyk niż jako gitarzysta, dlatego to samo radzę również innym gitarzystom, uważając, że takie podejście jest po prostu lepsze. Dzięki temu zaczynasz zastanawiać się nad tym, jaką nutę zagrać, jaka jest rola poszczególnych stopni skali w kontekście konkretnych akordów, do czego to wszystko zmierza, skąd się bierze klimat danego utworu - czy jest smutny, a może wesoły, dlaczego ma tonację molową albo durową. Zastanawiam się też, jak osiągnąć określone rezultaty, mając do dyspozycji tak potężne narzędzie jak harmonia. Gitarzyści nie przywiązują do takich spraw wystarczającej wagi, a są to kwestie kluczowe. Podsumowując, chciałbym powiedzieć, że warto stać się muzykiem grającym po prostu melodie, a nie kimś opętanym manią opanowania techniki. Dobrym ćwiczeniem jest tu granie na gitarze utworów typowo wokalnych i analizowanie ich harmonii.


Na koniec chciałbym Cię zapytać o to, jak oceniasz zmiany w biznesie muzycznym i rozwój dystrybucji muzyki przez internet.


Rzeczywiście ten biznes ulega dużym zmianom. Co prawda nie wiem, dokąd to wszystko zmierza, ale myślę, że nie jest tak źle, jak się powszechnie uważa. Na przykład wcześniej, kiedy byłem związany kontraktami płytowymi z wytwórniami, moje albumy były sprzedawane po 18 dolarów, z których dostawałem jednego dolara, i to dopiero po dwóch latach! Teraz sam mogę umieścić swoje nagrania na iTunes i patrzeć, jak są one sprzedawane po 99 centów (a cały album za 9,99 dolarów), z których mój zysk to 70%. Patrząc na to z tej perspektywy, uważam, że to duży krok naprzód, a poza tym ceny są na tyle niskie, że wiele osób decyduje się na pobranie utworów czy nawet całych płyt. Tak więc 7 dolarów, które dostaję raz na miesiąc od każdej sprzedanej płyty za pośrednictwem iTunes, w porównaniu do dolara wypłacanego dwa lata po sprzedaży - to dla mnie zdecydowanie lepsze rozwiązanie.


Sławomir Sobczak

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie