Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ana Popovic

Ana Popovic

Ana Popovic to jedna z najbardziej znanych kobiet w bluesie. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości udało jej się stanąć na jednej scenie z największymi gwiazdami bluesowego świata. Dosłownie przed wyruszeniem w kolejną amerykańską trasę koncertową udało mi się z nią porozmawiać, wypytując przy okazji  o planowany na 16 lipca br., jedyny w Polsce koncert w ramach " Suwałki Blues Festival".

Czy trudno przebić się kobietom w bluesie?


Wydaje mi się, że trzeba w takiej sytuacji bardziej stanowczo wyrażać swoje opinie. Ale sądzę, że w każdym przypadku jest trudno. Zarówno mężczyźni jak i kobiety mają na początku te same trudności jeżeli chodzi o założenie zespołu, znalezienie dobrych muzyków, dobrych producentów. I kiedy się ich wszystkich zbierze, trzeba jeszcze sprawić, by pracowali po naszej myśli, realizując nasze pomysły w komponowanych utworach. Dla mnie to były najtrudniejsze kwestie. Kiedy rozpoczynałam karierę, musiałam po pierwsze zdobyć zaufanie członków mojego zespołu, żebym mogła go pokierować w swoim kierunku. Później zauważyłam i nadal zauważam, że w studiu dość trudno przekonać ludzi do własnego zdania. Ja słyszę po swojemu i mam określony cel, a tymczasem wielu producentów uważa, że moje utwory powinny być zagrane inaczej lub brzmieć inaczej. To jest to, z czym muszę się zmagać i to robię. Nie staram się przy tym być całkowicie bezkompromisowa, ale mam własny pomysł na brzmienie, które słyszę w swojej głowie i staram się go potem zrealizować podczas nagrywania utworów.


Czy napotykałaś na trudności  rozpoczynając karierę w Serbii? Jak widzisz Serbię jako początek muzycznej kariery?


Nie wydaje mi się, że w Serbii było inaczej niż mogłoby być w każdym innym kraju. Tak jak wszędzie, tam też była mała społeczność bluesowa. Kiedy pojawiłam się ze swoim zespołem byłam nastolatką, wszyscy byliśmy młodzi i chcieliśmy grać bluesa z elementami twista, brzmiąc nowocześnie. Minęło trochę czasu, nim słuchacze bluesa w Belgradzie nas zaakceptowali jako zespół. W końcu zaczęło nam przybywać zarówno młodych jak i starszych fanów, którzy przyjęli nasz kompromis pomiędzy bluesem i nowoczesną muzyką. Myślę, że w Serbii jest tak samo jak w innych krajach. Było podobnie, kiedy przybyłam do Holandii i gdy potem  pojawiłam się w Stanach Zjednoczonych. W Serbii blues nigdy nie był muzyką mainstreamową, ale miał i nadal ma swoich zwolenników. Są tam świetne zespoły i bluesowa społeczność, która dość dobrze gra, słucha bluesa i czyta recenzje płyt bluesowych. Można powiedzieć, że na całym świecie jest masa zwolenników bluesa, których można zobaczyć w postaci mały społeczności bluesowych i tak też to wyglądało w Serbii. Ale mam na myśli to, że w Serbii wspaniale spędziłam czas i szczerze mówiąc aż tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać. Graliśmy wówczas koncerty po cztery dni w tygodniu. Były to bardzo fajne koncerty, wypełnione młodą publicznością, znającą nasze utwory. Więc trudno było to wszystko zostawić, zespół brzmiał wspaniale i mieliśmy tam sporo fanów. Dla mnie to było dobre miejsce na początek kariery.


A Jak wyglądała sprawa z instrumentami?


Wszystkie swoje instrumenty zdobyłam w Holandii, bo w Serbii był z tym problem. Gitary miały krzywe gryfy itd. Poza tym, nie wiem, dlaczego w komunistycznych czasach gitarzyści tak bardzo chcieli zmieniać gitary. Kupowali podróbki Stratocasterów i je przerabiali. Nawet jak mieli oryginalnego Stratocastera, to wkładali tam mnóstwo własnych elementów. Wymieniali progi, przystawki itd. To było bardzo wschodnio-europejskie podejście. Wszyscy oni chcieli sprawić, by ten Fender zabrzmiał "lepiej", czego ja nie rozumiałam. Dlatego też w Serbii nie kupiłabym gitary, bo wiem, że byłaby ona w ten sposób poprzerabiana. Miałam to szczęście, że moja rodzina mnie bardzo wspierała. Moja siostra, mama i tata byli w stanie oszczędzać pieniądze po to, żeby kupić mi instrument, co było bardzo miłe. Na osiemnaste urodziny dostałam od rodziców możliwość wybrania sobie w sklepie wzmacniacza, który chciałabym mieć. Kiedy wyjechałam do Holandii udało mi się zdobyć Stratocastera model Reissue ‘57, na którym gram do dzisiaj.


Powiedz proszę coś o swojej pierwszej gitarze. Co to była za gitara i jak ją zdobyłaś?


Pierwszą moją gitarą, która faktycznie należała do mnie był Stratocaster rocznik 72’ i dostałam go od swojego taty. W zasadzie dostałam pieniądze, jako nagrodę za to, że skończyłam szkołę. I była to suma pieniężna, którą mogłam przeznaczyć na wybrany cel. Mogłam przeznaczyć to na podróż albo  kupić sobie coś za te pieniądze, ale poszłam od razu do sklepu muzycznego i kupiłam sobie pierwszą w życiu gitarę. I to był właśnie Strat ‘72. Wcześniej używałam gitary mojego taty i to był Fender Lead II. To fajna gitara, z humbackerem, znakomicie nadająca się do grania slidem. I to była pierwsza gitara, na której grałam.


Jakiego sprzętu muzycznego używasz dzisiaj? Mam tu na myśli gitary, wzmacniacze itd.


Używam głównie wzmacniacza Mesa Boogie Mark IV. Jestem endorserem Mesa Boogie i bardzo lubię ten wzmacniacz. Ma on wszystko w jednym. Mogę na nim osiągnąć wspaniałą, czystą barwę, taki fenderowski czysty clean z reverbem. Ma on też "drugi kanał przesterowany", którego używam najczęściej. Jest to w sumie drugi clean, choć troszkę przesterowany, ale wciąż clean. W konfiguracji z oryginalnym, pochodzącym z lat 70’tych Tube Screamerem daje "mój" przester. I w końcu jest "trzeci kanał przesterowany", którego nie używam zbyt często. To jest czerwony kanał, czyli dźwięk przesterowany wzmacniacza. Wzmacniacz też brzmi jak Fender, ale ma tego "dopalacza", więc jeśli używa się go razem z Tube Screamerem daje to efekt w postaci silnego, charakterystycznego dźwięku. A jeżeli chodzi o gitary, to posiadam Stratocastera ’64, którego używam codziennie razem z Reissue ’57, o którym już wspominałam. Mam też Telecastera, na którym nie gram zbyt często. Mam gitarę Gigliotti, która została specjalnie dla mnie zaprojektowana. Mam również gitary akustyczne, takie jak Martin i Ovation. Z tego korzystam. Muszę przyznać, że nie jestem typem kolekcjonera. Jestem endorserem Fendera, więc mogłabym mieć sporo gitar za bardzo przystępną cenę, ale tak jak powiedziałam, nie kolekcjonuję gitar po to, żeby móc je wrzucić do szafy i trzymać w domu. Ja chcę na nich grać. Wybieram więc tylko te gitary, których potrzebuję. Kiedy nie gram na jakiejś gitarze, wtedy ją sprzedaję i kupuję coś innego.


Podobno zaczęłaś interesować się bluesem po tym, jak usłyszałaś Elmore’a Jamesa? Co było takiego fascynującego w tym muzyku i w tym co grał?


Wydaję mi się, że jego ekspresja i moc, niezwykła umiejętność gry techniką slide oraz niesamowity głos. To wszystko razem było dla mnie bardzo atrakcyjne, kiedy po raz pierwszy go usłyszałam, a miałam wtedy 12 lat. Sądzę, że gdyby ktoś dzisiaj grał w ten sposób, byłby bardzo popularny wśród młodych ludzi. Jedyną rzeczą powodującą, że brzmi on archaicznie jest technika w jakiej dokonywano nagrań. Gdyby ten człowiek żył dzisiaj, byłby niesamowicie modny. Ale to tylko jedna z moich inspiracji. Uwielbiam również Roberta Johnsona, Bukka White’a, Howlina Wolfa oraz Alberta Kinga, który był jedną z moich pierwszych inspiracji odnośnie mojego stylu gry. Jest jeszcze Freddie King, Roy Rodgers, Ronnie Earl, Stevie Ray Vaughan i wielu, wielu innych.


Czy jesteś rozpoznawana w swoim rodzimym kraju?


Jestem rozpoznawana i to jest dla mnie wspaniałe. Wyjechałam z Serbii 12 lat temu i koncentrowałam się głównie na wypromowaniu swojego nazwiska na Zachodzie. Ale i tak jestem rozpoznawana w Serbii i to jest cudowne. Staram się tam zagrać kilka koncertów rocznie i są to świetne występy. W tamtym roku zagraliśmy na Belgrad Beer Festival dla 75 tysięcy ludzi i to była największa widownia, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Wspaniale było doświadczyć tego w moim mieście i bardzo się cieszę, że nas tam zaproszono. W tym roku gramy na Summertime Jazz Festival, który jest najsłynniejszym festiwalem w Belgradzie. Już tam kiedyś występowałam na początku swojej kariery, otwierając koncert Juniora Wellsa, więc powrót i zagranie na tym festiwalu ma dla mnie wymiar sentymentalny. Pamiętam też koncerty w klubach. Raz zagraliśmy w jednym z nich dla 800 osób, klub był przepełniony ludźmi, a bilety rozeszły się w ciągu dwóch dni w przedsprzedaży. W Belgradzie grywamy koncerty w jednym z klubów dla 500 osób. Jest tam świetna akustyka i jest fajnie.


Czy masz jakieś wskazówki dla młodych gitarzystek, które chciałyby zostać w przyszłości zawodowymi muzykami?


Słuchać jak największej ilości muzyki granej przez różnorodnych muzyków. Nie słuchać np. tylko Stevie Ray Vaughana i uczyć się tylko jego stylu. Puszczać ciągle inne płyty i ćwiczyć do tych nagrań. To jest najlepszy sposób na doskonalenie swojego warsztatu. Grać wspólnie z tymi mistrzami, z Albertem Kingiem, Steviem Ray Vaughan. Nie należy grać dokładnie tych samych dźwięków, tylko uchwycić feeling, z który charakteryzował danego wykonawcę. Starać się niejako wejść do jego głowy i zagrać tak, jak on by to zrobił. Można zagrać pół solówki, ale należy to zrobić dobrze. Nauczyć się tego frazowania, by brzmiało to tak samo. A potem zmienić płytę. A potem sięgnąć po inny gatunek: jazz, soul, korzenie bluesa albo rock. Następną rzeczą jest znaleźć zespół i przemycić swoje pomysły. Czasem jest  problem, kiedy jest się jedyną kobietą w zespole. Nie należy wchodzić w bliskie relacje z pozostałymi muzykami zespołu, nie powinno się chodzić na randki z kolegami z zespołu, to nigdy się nie sprawdza (śmiech). To są moje wskazówki dla dziewczyn z gitarami (śmiech).  Bardzo ważne jest, by samemu być dla siebie szefem. Pamiętać, że się ma własne pomysły i wizje dalszej pracy. Nie jest  łatwo, gdy jest trzech facetów w zespole i każdy z nich ma własne zdanie. Ale trzeba czasem tupnąć nogą i postawić na swoim.


Ronnie Earl kiedyś wspomniał, że wprowadził do swojego stylu zagrywki harmonijkowe Juniora Wellsa. Ty natomiast w jednym z wywiadów podkreślałaś wpływ saksofonu na Twój styl gry. Jak bardzo wydaje Ci się korzystne wplatanie do swojego stylu zagrywek pochodzących z innych instrumentów?


Wydaje mi się, że to świetne nastawienie, ponieważ dzięki temu uzyskasz inne frazowanie, grając te same dźwięki. To, co możesz zagrać w bluesie jest bardzo ograniczone, ponieważ blues nie toleruje zmian. Zmiany doprowadzają do przeistoczenia się bluesa w rock, jazz albo fusion. Musisz więc trzymać się ram skali pentatonicznej, oczywiście możesz zawsze wyjść poza nią, ale jeśli chcesz grać bluesa, powinieneś się trzymać w pentatonice. Możesz za to dużo zmieniać we frazowaniu. Frazowanie jest jedyną rzeczą, która tak naprawdę odróżnia B.B. Kinga od Alberta Kinga. Frazowanie to jedyny aspekt, oprócz ogólnego brzmienia zespołu, który charakteryzuje muzyka. Jest wiele rzeczy, które możesz zrobić we frazowaniu. Jeśli zainspiruje Cię solo grane przez inny instrument i spróbujesz to wpleść do swojego stylu, na pewno uzyskasz dzięki temu nowe, ciekawe efekty, które zostaną docenione. Jedynym sposobem na zrobienie wielkiej kariery w muzyce, jest granie inaczej niż wszyscy. Nie zrobisz wielkiej kariery, grając jak Stevie Ray Vaughan, ponieważ jeden Stevie Ray Vaughan już istniał, grał i nagrywał oraz wyraźnie zaznaczył swoją obecność na bluesowej scenie. Nie ma więc takiej możliwości, że osiągniesz sukces jako kopia Steviego Ray Vaughana. Powinno się iść własną drogą, opartą na autorskich zagrywkach gitarowych.

Fajnie, że poruszyłeś ten temat, bo o takich kwestiach nie rozmawia się w Europie i to jest jedyna rzecz, której mi brakuje na rynku europejskim. Brakuje mi ludzi o otwartych umysłach, starających się wypracować własne brzmienie. I nie ma tu znaczenia, czy grasz bluesa, czy nie. Zawsze lepiej wypracować sobie własny styl, niż być czyjąś kopią. Zawsze lepiej jest pracować nad swoimi rzeczami, niż kopiować innych. Jeśli będąc w Stanach  posłuchasz tamtejszych kapel, zorientujesz się, że grają własny materiał. Niedawno na jednym dużym festiwalu w Stanach usłyszałam kilka kapel z Europy. Wiele osób, w tym organizatorów skomentowało je w ten sposób: "Ale przecież oni grają tylko B.B. Kinga!". Powiedziałam im wtedy, że tak właśnie wygląda europejska scena. Zespoły przyjeżdżają do Stanów i grają po kilka coverów Steviego Ray Vaughana i B.B. Kinga. To niedorzeczne! Powinno się pisać autorskie utwory i dołożyć własną cegiełkę. To jedyny sposób, by przetrwać w USA.


Czy to prawda, że w Europie jest większy podział na gatunki muzyczne?


Tak, na rynku europejskim jest to bardzo podzielone. W Ameryce ludzie są bardziej otwarci jeżeli chodzi o styl. Tam stylistyki i wpływy są bardzo ze sobą wymieszane. Mam na myśli to, że masz Roberta Randolpha, który świetnie gra na gitarze slide i ma odlotowy zespół. Oczywiście słyszysz w jego grze blue-note’y, ale przy okazji ta muzyka jest bardzo współczesna. Wielu gitarzystów slide w dzisiejszych czasach łączy różne style, tak samo jak współczesne jam-bandy. W Stanach ludzie nie pytają o gatunek muzyczny, jeśli jesteś dobry, będą Cię słuchać.


Jak radzisz sobie, będąc jednocześnie matką, żoną i artystką?


Wszystko można zorganizować dobrze, jeśli tylko się chce. Mam wiele wsparcia od mojej rodziny, od mojego męża i od jego rodziny. Nasz syn ma obecnie 3 lata, więc możemy z nim wciąż podróżować. Jeździ więc z nami na większość tras koncertowych. Kiedy jestem w Europie gram tylko w weekendy. Jest to wspaniałe, ponieważ wiele matek pracujących w biurach lub firmach wraca ok godz. 16, 17 do domu  czyli wtedy, kiedy ich dziecko kładzie się spać. Ja mogę spędzać całe tygodnie z moim synkiem, w piątek lub sobotę jadąc do Niemiec na koncert albo do Szwajcarii. Tak to mamy zorganizowane. Dzięki temu mam wiele okazji, by być w domu. Tylko amerykańskie trasy mam dłuższe, więc kiedy jestem w Stanach, synek jedzie z nami. I to działa! Nasz synek miał zaledwie 6 tygodni, kiedy po raz pierwszy zabrałam go w trasę. Ta trasa była najłatwiejsza, ponieważ mały nie sprawiał problemów. Był spokojnym niemowlakiem, wiecznie zadowolonym. Spędzałam z nim praktycznie całe dnie w hotelu albo spacerując po parku, a potem szłam w nocy grać  koncert, kiedy już spał. Więc on niczego nawet nie zauważał. Teraz jest starszy, więc staramy się ograniczyć koncerty, nie jeździmy w trasy po klubach, jeśli nie jest to konieczne. Staramy się wpisać w jakieś fajne festiwale i robić sobie przy okazji ciekawe wakacje, żeby zapewnić małemu atrakcje. Staramy się tak to wszystko zorganizować, by mały czuł się dobrze, a ja mogłabym jednocześnie grać. Jestem zdania, że dziecko czuje się dobrze, jeśli matka czuje się dobrze. Dlatego chciałabym przekazać wszystkim kobietom, że dzieci wcale nie muszą spowolnić Waszej kariery, a nawet mogą Was inspirować do dalszych działań.


Niektóre Twoje utwory mówią o sytuacji politycznej w Belgradzie. Jak łączysz te dwa światy: muzyki i polityki? Jak bardzo istotny jest aspekt polityczny w Twojej muzyce?


Nie chciałabym być rzecznikiem w każdej sprawie, ale zadaje mi się sporo pytań, jak to było wychowywać się w Serbii, jak było w czasie reżimu Milosevica. I w pewnym momencie sama zaczęłam o tym pisać. Stwierdziłam, że jeśli na ten temat się wypowiadam, to znaczy, że ludzi to interesuje i warto mówić o tamtych czasach. Doszłam do wniosku, że warto też pisać o tym utwory. Było to dla mnie bardzo inspirujące, ponieważ między tymi wszystkimi wydarzeniami były duże przerwy czasowe - 7,8 albo 10 lat. Mogłam więc streścić po prostu wszystko, co się wydarzyło. I przykuło to znaczną uwagę w Stanach Zjednoczonych. Bo była to zwykła prawda widziana moimi oczami, tak, jak ja ją zaobserwowałam. Opisałam wydarzenia, takie jak niekończące się demonstracje studentów przeciwko Milosevicowi i nas, obywateli, którzy starali się go usunąć. Co trwało całymi latami, a Milosevic nadal pozostawał przy władzy. Był mocny, ponieważ całe media zgrupował wokół siebie. Nasze studenckie demonstracje odbiły się bez echa, bo jeśli nie mieszkałeś w Belgradzie  nie wiedziałeś nic o tym, co się tam działo. Pisałam więc o całej generacji, świadkach tamtych wydarzeń, ludziach, którzy nie mogli nigdzie wyjechać i mogli być aresztowani we własnym kraju przez osobę taką, jak Milosevic. Było to dla mnie niezwykle inspirujące i sporo utworów brzmi mrocznie, ale według mnie to są bardzo dobre kawałki. O tym mówi "Shadow After Dark", czy "Hold On". Pisałam tam o problemach związanych z wizami i innymi kwestiami, które były niezbędne, gdy chciało się wyjechać z kraju. Te problemy również mnie dotyczyły. Pamiętam, jak współpracowałam z zachodnią kapelą i mieszkałam w Serbii. Cały nasz zespół potrafił się zebrać i polecieć wspólnie samolotem, mijając bez problemu przejścia kontrolne i tylko ja byłam zatrzymywana, bo miałam serbski paszport. Doświadczyłam tego wiele razy. A wiedziałam, że cały zespół polegał na mnie i nie tylko on, bo także całe zaplecze techniczne i organizacyjne, które dostawało pieniądze za to, że ja gram i tworzę swoją muzykę. Były to więc dziwne czasy i całe szczęście, że już się skończyły. Dzisiaj Serbowie nie muszą już mieć wiz, by podróżować. Na pewno to pomoże społeczeństwu, ludzie mogą nareszcie wyjechać i zobaczyć, jak wygląda zachodni świat.


Czy pamiętasz konkretny moment, kiedy uświadomiłaś sobie, że chcesz być muzykiem?


Nie za bardzo. Pamiętam, kiedy miałam 13 lat, albo byłam młodsza, mój ojciec przywiózł kasetę wideo z koncertem Erica Claptona. Pomyślałam wtedy, że to całkiem niezły sposób na życie - być muzykiem. Nigdy jednak, nawet do tej pory, nie uznałam, że to będzie jedyne moje zajęcie do końca życia, ponieważ muzyka jest bardzo wymagająca, bardzo zmienna. Jest sporo aspektów, które mogą wpłynąć na muzykę. Dzisiaj już w sumie coraz mniej, wiele spraw leży w rękach muzyka. Nie ma już tych wielkich firm fonograficznych, tych menadżerów, którzy wymagają czegoś od Ciebie, a potem mogą umieścić na wybranej półce z płytami. To już dzisiaj nie istnieje dzięki Internetowi, dzięki temu, że możesz wiele rzeczy zrobić samodzielnie. Możesz założyć  na Facebooku albo na Youtube stronę dla swoich fanów,  którzy będą tam podziwiać efekty Twojej pracy.  Jest wspaniale, że możemy się pozbyć tych menadżerów i wielkich firm fonograficznych, które chcą Cię umieść w tym miejscu, gdzie im się to podoba. Nie mogę jednak wciąż powiedzieć na 100%, że chcę być do końca życia muzykiem, bo może nim nie będę. Bez względu na to, czy dalej będę muzykiem i moja kariera będzie się rozwijać w postaci coraz lepszych koncertów, nie wrócę już nigdy do grania w klubach, w których kiedyś grałam dla 50 osób. Zawsze mam plan B. Bardzo chciałabym mieć kiedyś galerię sztuki, ponieważ jestem grafikiem i cała moja rodzina interesuje się sztuką. Widzę siebie kiedyś otwierającą jakąś super galerię w Amsterdamie w momencie, kiedy będę już zmęczona ciągłymi trasami koncertowymi.


Spotkanie z którym sławnym muzykiem wywołało na Tobie największe wrażenie? Jak do tego doszło?


Miałam kilka takich spotkań. Pamiętam jak grałam w klubie Buddy Guya i on wyszedł w pewnym momencie na scenę, by ze mną pojamować. Bardzo chciałam go poznać od dłuższego czasu. Jakieś 8 albo 10 lat wcześniej nagrałam utwór "Girl of Many Words", który był przeróbką utworu "A Man of Many Words" Buddy Guya. Utwór ten trafił do niego i było to dla mnie niesamowitym przeżyciem. Młoda gitarzystka wypuszcza swoje nagrania w Stanach i nagle trafiają one do kogoś takiego, jak Buddy Guy. Było cudowne, że on tego posłuchał i zwróciło to jego uwagę. Pewnego razu Ronnie Earl odwiedził mnie w klubie i przyniósł mi prezent, dziękując, że zawsze wymieniam jego nazwisko w wywiadach. Wcześniej po prostu do mnie zadzwonił i w pierwszym momencie nie mogłam uwierzyć, że dzwoni do mnie Ronnie Earl. Powiedział, że chciałby wieczorem wpaść do klubu i posłuchać mojego koncertu. Przyszedł do bardzo małego klubu w Stanach i pojamował ze mną. To było wspaniałe. Udział Sonny’ego Landretha na moim krążku uznaję za trzecie najbardziej ekscytujące przeżycie, jeżeli chodzi o kontakt z gwiazdami wielkiego formatu. Sonny świetnie gra na slidzie i bardzo mnie inspiruje. Poświecił trzy godziny, by przyjechać do studia i nagrać instrumentalną partię slide’u, która znajdzie się na najnowszej płycie.


Jak wygląda Twoja praca nad każdym utworem? Od czego zaczynasz?


Na samym początku piszę słowa. Kiedy usłyszę coś interesującego, wtedy to zapisuję. Składam utwór do kupy dzięki słowom i jeśli słowa są wystarczająco dobre, mają już w sobie melodię. Jeśli nie udaję mi się uzyskać melodii, to znaczy, że jest coś nie w porządku z tekstem. Więc staram się go tak długo poprawiać, aż uzyskam melodię. A potem piszę muzykę.


Jakich utworów powinniśmy spodziewać się podczas europejskiej trasy koncertowej?


Przede wszystkim będziemy promować nasze najnowsze DVD, które zostało nagrane we Włoszech, w amfiteatrze z XII wieku dla pięciotysięcznej widowni. Dźwięk był znakomity i zagraliśmy w powiększonym składzie. Będziemy więc podczas europejskiej trasy grać utwory z tego DVD, ale całkiem możliwe, że będziemy mieli ze sobą nasze zupełnie nowe wydawnictwo. Chodzi o nasz najnowszy album studyjny dopiero co nagrany w Nowym Orleanie. To świetny materiał, najbardziej bluesowy z dotychczasowych. Jest to współczesny blues, ale wciąż mocno zakorzeniony w tradycji. Według mnie to najlepsza rzecz, jaką do tej pory wydałam. Jest tam sporo utworów mojego autorstwa, starałam się je pisać w stylu tradycyjnego bluesa, ale oczywiście z uwzględnieniem współczesnych tekstów i ich nastawienia. Nadal jednak nastawiam się na tworzenie bluesa o korzennym charakterze. Nasza płyta ma tytuł "Unconditional" i będziemy grać utwory, pochodzące właśnie z tego krążka. W zasadzie już to robimy i kawałki są świetnie  przyjmowane przez publiczność. Postanowiliśmy więc pchnąć je jeszcze dalej i rozpoczynamy nasze występy najnowszymi kompozycjami, bo one po prostu brzmią wspaniale. Na płycie gra gość specjalny, Sonny Landreth, który jest jedną z moich największych inspiracji. Pojawia się też Jason Ricci ze świetną solówką na harmonijce. Album zawiera sporo slide’u, gitar i, tak sądzę, sporo bardzo dobrych tekstów i utworów.


A może zdradzisz coś na temat koncertu, który odbędzie się podczas Suwałki Blues Festival, 16 lipca?


W Suwałkach zagramy energetyczny koncert. Będę miała ze sobą świetny zespół; Ronald Jonker jest znakomitym basistą i równie dobrym showmanem, będzie też z nami perkusista Steve Avenue, który tak naprawdę nazywa się Stéphane Avellaneda, ale przetłumaczyliśmy jego imię i nazwisko, by było łatwiejsze do zapamiętania. I wreszcie James Pace, nasz hammondzista ze Stanów Zjednoczonych. Mamy dwóch hammondzistów, jeden mieszka w Stanach i jeździ z nami w amerykańskie trasy koncertowe, a drugi mieszka we Włoszech i jeździ z nami po Europie. Ale tym razem James będzie z nami w Europie i zagra też na koncercie w Polsce.


A zatem kiedy możemy spodziewać się premiery nowego albumu?


Album studyjny będzie miał premierę 16 sierpnia. Poza tym planujemy wydać również płytę koncertową na CD z materiałem pochodzącym z ubiegłorocznego DVD, ponieważ wszyscy czekają na ten materiał. Nie będzie to wielka premiera, bo ludzie znają już go z wersji na DVD, zebrał on pozytywne recenzje w magazynach, takich jak "Blues Revue", czy "Guitar Player". Wydajemy ten krążek specjalnie dla fanów, ale, tak jak powiedziałam, nie będzie to wielkie wydarzenie. Większym wydarzeniem będzie bez wątpienia premiera mojego najnowszego albumu studyjnego "Unconditional", o którym już wcześniej wspominałam.


O czym marzy dzisiaj Ana Popovic?


Myślę, że  dla każdego z muzyków takim marzeniem jest nagroda Grammy. Ale ja marzę o nagraniu albumu, z którego będę absolutnie zadowolona. Akurat jestem bardzo zadowolona z naszego najnowszego cd i sądzę, że ma on świetne zadatki, by stać się wspaniałym i dobrze ocenianym krązkiem. Niemniej jednak tylko czas może pokazać, czy coś jest naprawdę dobre. Chciałabym za parę lat ciągle grać i nagrywać utwory, które będą dla mnie na zadowalającym poziomie. Takie, które miałyby w sobie wszystko; inspirowałyby ludzi, zawierałyby przesłanie albo wyraz buntu przeciwko czemuś, co nam się nie podoba, które zmuszałyby ludzi do myślenia nad bieżącymi wydarzeniami na świecie. Chciałabym pisać właśnie takie utwory. Jeśli któraś z moich kompozycji miałaby taką moc, byłabym bardzo dumna. To chyba największe moje marzenie. Jestem bardzo krytyczna w stosunku do swojej twórczości, więc jeśli mnie coś satysfakcjonuje, to znaczy, że jest to dobre.


Dziękuję bardzo za wywiad i do zobaczenia 16 lipca w Polsce podczas Suwałki Blues Festival

Kuba Chmiel

Foto koncertowe: Aigars Lapsa

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie