Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Zbigniew Hołdys

Zbigniew Hołdys

Zbigniew Hołdys to człowiek, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Autor legendarnych utworów muzycznych, poeta i felietonista wraca na scenę. Z muzykiem rozmawialiśmy między innymi o jego najbliższych planach dotyczących trasy koncertowej, nowej płyty oraz poglądów muzycznych.

Jakie są Pana plany odnośnie trasy koncertowej? Czy może Pan zdradzić jakieś szczegóły?


Trasa rozpoczyna się 26 marca koncertem w Łodzi, a potem skaczemy po Polsce. Będziemy w Szczecinie, Gdańsku, Rzeszowie, Zielonej Górze oraz w różnych innych miejscach. Szczegóły znajdują się na stronie www.holdys.pl - serdecznie zapraszam!


Dlaczego zdecydował się Pan na współpracę z młodymi talentami?


To się bierze z mojego stosunku do muzyki. Nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do rozmowy dla pisma Gitarzysta, gdyż mój stosunek do instrumentu jest zdecydowanie odmienny od tego, co jest w takich gazetach preferowane, ale chyba warto o tym powiedzieć. Dla mnie muzyka jest formą sztuki, a gitara jest pędzlem. Jest jak dla pisarza pióro czy klawiatura. Co z tego, że na przykład będzie pisał niezwykle szybko. To się ma nijak do tego, co jest treścią książki. Treścią książki jest wyobraźnia. Ja szukam ludzi o ogromnej wyobraźni, a to jest zupełnie inne zagadnienie niż umiejętność gry na gitarze. Siłą gitarzystów, którzy niegdyś tworzyli całą tę zabawę - na przykład Hank Marvin z grupy The Shadows - nie była sprawność techniczna, ale niezwykła wrażliwość, która powodowała, że wraz z dźwiękami gitary przenikała do nas jeszcze jakaś dodatkowa informacja. Zupełnie niemuzyczna, coś, co poruszało w nas głębokie emocje. Nigdy nie interesowało mnie, jakich efektów i jakich marek używa Jimi Hendrix w utworze Burning Of The Midnight Lamp. To tak, jakbym zaczął pytać, ile włosków miał pędzel Picassa i czy były z zadniej czy grzbietowej części piżmowca. Więc szukając tych ludzi, szukałem takich, którzy będą rozumieli moją wyobraźnię. I okazało się, że pole jest zawężone. Podczas festiwalu Solo Życia usłyszałem, jak Mateusz Owczarek dosłownie namalował obraz. Błysnął swoją dojrzałością człowieczą. Nie pokazał wszystkich trików, jakie zna. Zrozumiał, że to sztuka, a nie popis. I dla mnie stało się jasne, że to jest człowiek, z którym naprawdę chcę rozmawiać.


Czy chodziło też Panu o pewien powiew młodzieńczej świeżości?


Nie, zupełnie nie kierowałem się tu wiekiem. Dla mnie może on nie mieć nawet własnej gitary. Najważniejszy jest artysta. Nie jest ważne, ile ma lat. Akurat się fajnie złożyło, że Mateusz to młody chłopiec, który dysponuje talentem niespotykanym w skali Polski. Ma niezwykle rzadką cechę okolicznościową - w tym dziele wspierają go rodzice, jest też bardzo inteligentny. Ale wziąłem też ze sobą basistę, który ma 45 lat - z tych samych względów. Nie ma znaczenia wiek czy wygląd, ale to, czy ten wulkan w muzyku eksploduje tak, że zgniecie widownię.


Czy ma Pan w swoich planach wydanie nowej płyty?


Ze mną są same kłopoty. Ja nie biorę udziału w żadnym wyścigu. Spotkało mnie ogromne szczęście w postaci ogromnego sukcesu w swoim czasie. Wiem, jak ten sukces smakuje i co ze sobą niesie. Wiem, ile daje radości, wiem też, ile zasiewa goryczy W ogóle mnie te rzeczy już nie interesują. Show-biznes to są pewne mechanizmy, na przykład nagrać płytę, wydać ją, wypromować, wprowadzić do sprzedaży i ludzie ją kupią. Dziś płyta to 70-80 minut muzyki, z których 70-80 procent jest nikomu niepotrzebne. Płyta dla sklepu musi mieć co najmniej 50 minut muzyki, tak chociażby twierdzą słuchacze. Inaczej poczują się oszukani. Tych 50 minut nie byli w stanie zapełnić nawet John Lennon z Paulem McCartneyem. Słuchałem bardzo w swoim czasie pionierskiego zespołu Linkin Park, który na dobrą sprawę zamieścił na płycie dwa zaj...ste utwory i szesnaście gniotów. Musiałbym wejść do studia i taktycznie zacząć myśleć, co ma znaleźć się na płycie, żeby było te 50 minut muzyki. Ja jednak wolę odwrócić ten proces. Nagrywam pojedyncze piosenki tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę. Każda piosenka jest oddzielnym, zamkniętym dziełem i nie należy do żadnej płyty. Jeśli się okaże, że takich piosenek jest już co najmniej pięć, to być może skompletuję je w jedno wydawnictwo. Ja nie zbieram materiału na płytę. Materiał powstaje u mnie sam. W efekcie zawsze coś wyjdzie, jakiś fonogram z tymi piosenkami, ale nie wiem dokładnie, kiedy to się stanie. Mam taki koncept, aby nagrać piosenki, które wzięły udział w koncercie Kosmosu, nadając im przy tym pierwotny kształt. Umowny tytuł to Picasso. Nie zawierałyby one żadnej edycji, po prostu zostawiłbym wszystkie nieczystości. Jest to ten rodzaj odpowiedzialności, który mamy u Pabla Picassa malującego dwoje oczu po jednej stronie twarzy. Jeśli komuś się nie podoba, to do widzenia.


Mówił Pan, że gitara dla muzyka to jedynie pędzel, ale mimo wszystko spytam: na jakim instrumencie najlepiej się Panu gra?


Jestem człowiekiem, który gra na Gibsonach amerykańskich (w sensie kupionych w Ameryce). Nie dlatego, że uważam, iż gitary kupione gdzie indziej są gorsze, ale dlatego, że tam, w czasach, kiedy je kupowałem, mogłem dokonać wyboru. Odwiedziłem fabrykę Gibsona w 1976 roku. Byłem trochę rozczarowany. Dla człowieka, który wyjechał z komunizmu, Gibson śnił się po nocach w poświacie, jakby był bogiem, a tam zobaczyłem, że jest produkowany jak serdelki. Do lakierni fruną korpusy jeden po drugim... trochę to zaskakujące. Mimo wszystko nadal w tych procesach duże znaczenie ma ręczna robota. Używam Gibsonów z tego względu, że jest to typ gitary organicznej dla mojego ciała. Sama w sobie rezonuje w sposób, który ja fizycznie odczuwam - nieważne, czy jest podłączona do wzmacniacza, czy nie. Ta wibracja mnie dotyczy, ona mnie obejmuje, gra w moim udzie, w brzuchu. Gibson ma też stosunkowo szeroki gryf, a ja nie mam przecież smukłych palców. Lubię jego, jak to nazywam z dawnych czasów, altowy dźwięk - ma większe oparcie i nie jest płytki. Aczkolwiek w jednej z moich głównych gitar jest kilka przeróbek. Na przykład oryginalny pickup z 1959 roku jest tylko jeden, są dwa DiMarzio z pierwszej serii, stonowany przez serwis chicagowski The Guitar. Był czynny 24 godziny na dobę, po prostu takie były czasy (śmiech). Każdy Gibson mi odpowiada, natomiast nie jestem w stanie grać na Stratocasterach. Przez gryf, który jest dla mnie za wąski, za wiotki, ręka mi chce latać przy nim w powietrzu. Używam też wzmacniaczy Marshalla, ale oczywiście tych starych, prostych, bez żadnych tranzystorów. Z efektów, jeśli wzmacniacz ma dwa kanały, to używam przesteru, a jeśli ich nie ma, to używam pedału Rata - takiego za trzy stówy, który robi wszystko, o co mi chodzi.


Na chwilę obecną nie jest Pan zwolennikiem efektów?


Nie. Ale nie jestem też ich przeciwnikiem. Ja po prostu nie jestem niewolnikiem sprzętu. Muzyka nie ma reguł. Nie stronię od tego, żebyśmy zamiast na perkusji zagrali, trzaskając krzesłami. Dlaczego nie? Perkusiści są niewolnikami swojej manualności w sposób po prostu straszny. Co ma zrobić perkusista, jeśli ma uderzyć w cztery albo sześć czyneli naraz? Czym? Przecież nie ma tylu rąk. I wtedy wchodzi w grę dar w postaci Pro Toolsa lub pada z samplerem I czy jest to zły perkusista? Nie, on maluje muzykę na swój sposób. To samo z gitarzystami. The Edge z U2 używa stu pędzli i wszystkich używa bezbłędnie. Traktuje gitarę jako źródło dźwięku. On ma farbę i dosypuje do niej soli albo dodaje kropelkę krwi. Może zmienić kolor. A zatem można malować, czym się chce. Nawet łzami. The Edge jest fenomenem, zresztą tak samo jak Andy Summers z The Police, który stworzył zupełnie nową filozofię. To od niego zaczął się taki sposób grania, gdzie efekt powodował, iż gitary brzmiały jak dzwony w kosmosie.


Pamięta Pan swoją pierwszą gitarę?


Tak, pamiętam. Moją pierwszą gitarą była ta, której nigdy nie posiadałem. Stała na wystawie sklepu i była moja, tylko że nikt mi jej nie chciał dać za darmo, a ja nie miałem pieniędzy (śmiech). Chodziłem codziennie oglądać ją na wystawie, miałem wtedy 11 czy 12 lat. To była gitara Jolana Star. Teraz chcę ją sobie kupić, starą, z tamtych lat. Była czerwona z białymi ozdóbkami. Bardzo przypominała gitary zespołu The Shadows. Mój ojciec miał rosyjską gitarę siedmiostrunową, ale nie pozwalał mi na niej grać. W szkole próbowałem samodzielnie zrobić gitarę elektryczną, ale nie potrafiłem, choć moi koledzy robili sobie takie instrumenty. Jeden zbudował cudo, używając zamiast korpusu pudła starych skrzypiec. Niezwykłe. Następnie grałem w Klubie Medyków i tam mieli gitary NRD-owskie firmy Musima, które przebijały stokrotnie wszystkie polskie produkty. Potem grałem na gitarze zrobionej i podarowanej mi przez jednego z moich kolegów. Ale te wszystkie gitary nie były moje. Dopiero kiedy wyjechałem w wieku 25 lat do USA i zacząłem pracę w knajpie, dostałem SG. Miała jednak defekt, ale po wielu niesnaskach sklep wymienił mi ostatecznie tę gitarę na Gibsona Les Paula z 1959 roku. Dostałem na niego gwarancję dożywotnią.


Ostatnio odbyły się nominacje do Orłów 2011 i przy tej okazji nie wypowiadał się Pan pozytywnie o polskim kinie. A co ze sceną muzyczną?


Dokładnie tak samo. Zostały odwrócone naturalne mechanizmy. Te mechanizmy są strasznie prozaiczne. Ktoś komponuje utwór, później ktoś (niekoniecznie ta sama osoba) go wykonuje. Kompozytor to ten, kto jest nawiedzony zdolnością - nazwijmy to - konfabulacji. Przecież to jest tworzenie czegoś, czego jeszcze nie było. Wymyślam melodię, której nigdy nie usłyszałem. Takie przynajmniej powinienem mieć aspiracje i taką nadzieję. U nas to się skończyło. Zniknęli kompozytorzy. U nas komponuje gitarzysta w zespole. A jeśli gitarzysta komponuje, to dlaczego operator nie pisze scenariusza? Albo scenarzysta nie gra głównej roli w filmie? To jest cały problem. Nie ma punktu wyjścia. Co grać - to jest temat! Dopiero później można powiedzieć, jak to coś zagrać. A nie odwrotnie. Ludzie sądzą, że można zostać Rolling Stonesami, nie skomponowawszy piosenki Satisfaction! Nie da się tak! Najpierw kompozycja, pomysł na muzykę. Oryginalne zagranie, a nie skalkowane. Pearl Jam nie grał tak jak "ktoś", Nirvana też nie grała tak jak "ktoś". Led Zeppelin to był w ogóle zespół, który spadł z Marsa, nie miał żadnego wzorca, oni stworzyli nową jakość. Polska nie drgnie z miejsca, ponieważ uważam, że nie ma tu pomysłowych kompozytorów! Winowajcami są pośrednio stacje radiowe. Mają w d..ie polską kulturę. Oczekują od ludzi, żeby muzyka nie była zbyt ambitna, bo przeszkadza im to w sprzedaży reklam. Dobra kompozycja nie jest mile widziana. Producenci zadecydowali, że solówek gitarowych nie może być w nagraniach, zniszczono gitarową muzykę w Polsce. Tak się nie dzieje na świecie. Tylko u nas. 20 lat temu przebojami były wszystkie piosenki Republiki, Maanamu, Perfectu, TSA - i to były prawdziwe piosenki. Dzisiaj tego nie ma. Może cztery wybitne piosenki na 20 lat ten kraj wydał...


A odbiegając od muzyki, czy dostaje Pan listy od fanów?


Dostaję. Sporadycznie są to anonimowe bluzgi, ale nie zwracam na to uwagi. Dostaję wiele listów, których treść podtrzymuje mnie na duchu i które dodają mi otuchy, są wśród nich także podziękowania. To są niezwykle miłe rzeczy. Dostaję ogromną liczbę próśb o dary - począwszy od autografów, a skończywszy na gitarach. Tych ostatnich nie spełniam, a to z tego względu, że pomagam przede wszystkim fundacjom. Wolę więc oddać taką gitarę na licytację. Zdecydowanie więcej wokół mnie dzieje się na portalach społecznościowych, tam się po prostu bawię. Ludzie mają przeróżne pomysły i skojarzenia. Zabieram tam również głos w sprawach społeczno-politycznych, bo czasem te sprawy mnie irytują. Ale gorzej jest na takich portalach z muzyką. Tam są ludzie zewsząd. Odsetek fanów muzyki jest znikomy. Więc jeśli czasem coś napiszę o muzyce, reakcje są najmniej liczne. To ciekawe, że ludzie, przychodząc na profil Hołdysa i rozmawiając z nim na przykład o lakierze do paznokci, w chwili gdy wstawiam znienacka jakieś nagranie, które uważam za cudne, niemal nie reagują. Ale kontakt, jaki można utrzymywać za pomocą portali społecznościowych, to dobra rzecz. Człowiek nie podlega wtedy ostracyzmowi, czyli na przykład kiedy media nie będą chciały o mnie wspominać (a bardzo bym tego chciał, hehe), mogę wtedy pisać o sobie to, co chcę.


Czy podczas tych wszystkich lat działalności jako muzyk, ale i nie tylko, miał Pan chwile zwątpienia?


Miałem chwile zwątpienia odnośnie poszczególnych dyscyplin, w których biorę udział. Jest ich sporo i mają różne fazy. Zdaję sobie sprawę, że komponuję fajne piosenki i że czasem moje pomysły przekraczają moje możliwości. Tak samo wiem, że mam talent do pisania literackich struktur. Ale nie mogę być politykiem, bo oni biorą los ludzi w swoje ręce, a ja bym się bał. Mogę co najwyżej wyrażać swoją opinię. Całkiem niedawno naszła mnie więc myśl: Wiesz co Hołdys, dajmy sobie spokój z pisaniem o polityce. Przecież to nie ma sensu, świata nie naprawisz. Ale wiadomo, że moja natura jest taka, iż nie wytrzymam i w końcu coś gdzieś wyszczekam. Tak też bywa z muzyką. Ja, choć nie grałem na scenie 20 lat, obcuję z muzyką bez przerwy. Były momenty, kiedy dochodziłem do wniosku, że muzyka się kończy. I powiem otwarcie: coś w tym jest. Zaczęto zastępować talent tworzenia pięknych melodii produkcją. Hip-hop pokazał, że sięgając po piosenki Dido, Stinga, Led Zeppelin, można to przeplatać. I widzę dziś, że stare kompozycje są o wiele piękniejsze, kula ziemska zatoczyła koło i z powrotem nowe pokolenie chce słyszeć ładne melodie, zapominając, że powstały one wiele lat temu. Nie chcę powiedzieć, że zupełnie nic, ale mało rzeczy mnie zaskakuje w muzyce. Nudzą mnie niektóre rzeczy. 20 lat temu w każdym nagraniu grał Fender Stratocaster, bardzo rozpoznawalna gitara, i rzygać mi się chciało. Dziś nie mogę słuchać hi-hatu w perkusji. Przecież to tylko części mebla, który się nazywa perkusja. Ktoś kiedyś powiedział, że perkusja musi mieć pedał, bęben centralny, werbel, dwa czy trzy tomy, musi mieć hi-hat, parę czyneli. Musi to mieć? A dlaczego? Dlaczego ma mieć ten hi-hat? Dlaczego bębniarz musi w to stukać wszystkie ósemki? Ludzie stają się niewolnikami schematów. To muzykę dławi. I wreszcie, na koniec, w świecie muzyki zostały zabite osobowości. Nie pozwolono urodzić się i zaistnieć nowym przewodnikom stada. Muzycy, jak i wszyscy inni ludzie, wchodzą w swój świat dzięki idolom. Każdy muzyk zostaje muzykiem, bo chce być tym, kto był przed nim bogiem. Albo Kirkiem Hammettem, albo Kurtem Cobainem, albo Steve’em Vaiem. Jak mu zabierzesz boga, to do czego ma dążyć? Dziś nie ma tych wielkich nazwisk. Nie ma Jimmy’ego Page’a, Keitha Richardsa. Zamieniono świat muzyki na świat ekscesów. Jedyna pociecha w tym, że jest Internet. Nowe pokolenie musi stworzyć armię gitarzystów, musi nastąpić rebelia, jak rebelia punk rocka czy grunge’u.


Na koniec chciałem zapytać, co by Pan powiedział młodym gitarzystom?


Niech grają. Niech nie słuchają opinii innych. Niech grają, bo to metafizyczne zajęcie. Bliskie miłości i narkomanii, a pozytywne. Muzyka nie niszczy jak miłość i narkotyki (śmiech). Człowiek, który gra, przenosi się do innego świata, i to jest zawsze lepszy świat. Niekoniecznie trzeba grać na scenie. Kiedy uczymy się budowy anatomicznej człowieka, niekoniecznie musimy potem zostać lekarzami. Jeśli ktoś lubi pizzę, niekoniecznie musi ją piec. Ale jeśli zobaczy, że mu to idzie, że to jego pasja, to niech spróbuje! Świat muzyki tak jak i świat sztuki jest niemierzalny. Nie wiemy, co jest dobre, a co złe. Dla jednych dobry będzie gitarzysta wirtuoz, którego poziomu nigdy nie osiągniemy. Dla innych to będzie bezzębny bluesman, który gra na jednej czy dwóch strunach, bo tyle ma w gitarze, i on wywoła w nas melancholię, trans, a my uznamy go za boga. Jeżeli nas chce posłuchać jeden człowiek, to już dobrze. Nie zmieniajmy tego, co w nas dobre. Grajcie tak, jak uważacie. Lubicie grać podwórkowe ballady - grajcie je! Zagrajcie to swoim dziewczynom czy kolegom, i będziecie szczęśliwi. Kto wie, może kiedyś wyrośnie z tego zespół w stylu Szwagierkolaska. Jeśli lubicie grać bluesa, grajcie bluesa. Może któregoś dnia los się odwróci i ludzie powiedzą, że znowu pora na blues. Nie poddawajcie się modom, trendom ani wyrokom sądowym. To tylko i wyłącznie piękna przygoda.


Marek Mysłek

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie