Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Boudewijn Bonebakker (Gingerpig)

Boudewijn Bonebakker (Gingerpig)

Gingerpig to zupełnie nowa twarz pośród kapel grających klasycznego rocka, z jednej strony mocno inspirowana bluesem, z drugiej zaś śmiało sięgająca po rozwiązania bliższe zespołom progresywnym. Bez wątpienia warto zwrócić na nich uwagę, i to nie tylko dlatego, że szefem tego przedsięwzięcia jest Boudewijn Bonebakker, czyli gitarowa podpora nieodżałowanego Gorefest. Wywiad rozpoczęliśmy od wyjaśnienia kilku kwestii, związanych z tą holenderską deathmetalową legendą…

W jednym z wywiadów promujących "Rise to Ruin" Jan-Chris De Koeijer powiedział, że ciągle krążą o tobie niestworzone historie, wedle których nie lubisz metalu i jesteś miłośnikiem bluesa, tymczasem przecież napisałeś takie kawałki, jak choćby "Revolt", "Babylon's Whores" czy "The End Of It All" - jedne z najmocniejszych na płycie. Okazało się jednak, że w każdej plotce jest ziarno prawdy. Rok później powstaje Gingerpig...


Nie jestem fanem tylko i wyłącznie bluesa. Prawda jest taka, że lubię i cenię wszystkie gatunki w muzyce, a blues stanowi tylko jeden z nich. To, co naprawdę przemawia do mnie w bluesie, to w szczególności jego esencja, prawdziwy rdzeń tej muzyki. John Lee Hooker, Muddy Waters, Robert Johnson, Screamin’ Jay Hawkins, Howlin’ Wolf to bluesmeni, których szczerze podziwiam, a przy tym uwielbiam ich muzykę. Bardzo upodobałem sobie również twórczość Allman Brothers Band, Johnny'ego Wintera oraz wczesnego ZZ Top. Nazwałbym to wszystko chyba raczej bluesrockiem. Delikatnie rzecz ujmując, z całą pewnością nie należę do grona miłośników twórczości takiego na przykład Erica Claptona czy Roberta Cray'a. Poza takimi gatunkami, jak soul, country, folk, new wave, dwunastotonowy serializm, bluegrass, punk/hardcore, funk, muzyka klasyczna, industrial, garażowy punk lat '60, wczesna progresja, trochę jazzrocka, rock'n'roll, okres renesansu, baroku, późnego romantyzmu, lubię również metal. Uwielbiam Anaal Nathrakh, Enslaved, Autopsy, Carcass, wychowałem się na Slayer i Metallice, mam pełne półki thrashmetalowych winyli w rodzaju Dark Angel, Holy Terror, Voivod (których jestem i zawsze będę wielkim fanem), Priest, Iron Maiden… mam wymieniać dalej?


Nie jest tajemnicą, że bluesem i rockiem lat ’70 byłeś zafascynowany od zawsze. W końcu "Soul Survivor", bez dwu zdań najbardziej kontrowersyjna płyta Gorefest, naznaczona wyraźnym piętnem starego rocka oraz zarejestrowana z użyciem Hammondów, to właściwie twoje dzieło. Przyznał to sam Jan-Chris, nazywając ją twoim '70 hobby-projektem. Po rozpadzie Gorefest nie myślałeś przypadkiem o tym, by stworzyć zespół grający właśnie w takim stylu? Coś jak Blackstar, powstały po rozpadzie Carcass, tworzony przez byłych muzyków tej kapeli?


Pozwolisz, że skorzystam z okazji i nieco rozwinę ten temat. Ta historia rozrosła się już do rozmiarów mitu, co gorsza nawet wewnątrz samego Gorefest. Czuję naprawdę silną potrzebę wyjaśnienia tego wszystkiego raz na zawsze, chociaż z drugiej strony z mojego punktu widzenia nie ma to nic wspólnego z Gingerpig. Możesz rozważyć wyjęcie tego poza wywiad i publikację w formie osobnego oświadczenia. Zresztą, zrobisz, co uznasz za stosowne.

Naprawdę nie znoszę (a przy okazji mam o to spory żal), że "Soul Survivor" przedstawia się jako mój niemalże solowy hobby-projekt. To bezsensowny wymysł, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Faktem jest przecież, że na wszystkich innych płytach Gorefest również pojawiało się sporo moich gitarowych solówek, które  jakoś dziwnym trafem wcale nie sprawiły, by o innych materiałach mówiło się w ten sposób, by nazywało się je moimi solowymi projektami?

Od początku grałem w taki a nie inny sposób, a stało się tak w dużej mierze przez silny wpływ dążeń i upodobań muzycznych całego składu zespołu. Zdecydowana większość z nas kochała gitarowe solówki. Mieliśmy też ogromny szacunek do całej wieloletniej historii hard rocka i metalu, od Led Zeppelin do Thin Lizzy, od Iron Maiden po Metallice, od Trouble po Carcass, jak również do roli, jaką gitarowe solówki odegrały w historii rock and rolla.

Ja, Ed (Warby - perkusja - przyp. red.) oraz Frank (Harthoorn - gitara - przyp. red.) wspólnie napisaliśmy dla Gorefest całą masę materiału. Działo się to w czasach, kiedy sam Jan Chris był więcej niż szczęśliwy, że może wykorzystać ten stuff, dając upust swemu uwielbieniu dla Iana Astbury oraz The Cult. Jan Chris brał wtedy lekcje śpiewu, ale nie przynosiło to wcale zadowalających rezultatów. My też nie byliśmy mistrzami groove, w każdym razie na pewno jeszcze nie wtedy. Zresztą, bez wielkiej szkody dla zespołu, moim zdaniem. Staraliśmy się, rezultaty nie były oszałamiające. Postanowiliśmy zrobić krok naprzód. Wszyscy chcieliśmy spróbować pójść w nowym kierunku. W tamtym czasie każdy z nas mocno wierzył w słuszność dokonanego wyboru. Kapele w rodzaju Entombed czy Carcass czerpały inspiracje z podobnych źródeł. My tylko zrobiliśmy w tym eksperymencie o jeden krok dalej. Nie zapominaj, że już wcześniej, na znacznie lepiej przyjętym "Erase" wyraźnie słychać, że podążyliśmy w kierunku dźwięków typowych dla klasycznego rocka i metalu. Chcieliśmy połączyć stare z nowym, ponieważ wszyscy byliśmy wówczas głęboko przekonani, że death metal zaczyna gubić swą istotę, zatracać charakter. Frank i ja kupiliśmy gitary Les Paul, zaś Ed, który teraz przedstawia się jako główny obrońca metalowego oblicza Gorefest, wyraźnie okroił swój zestaw perkusyjny, przystosowując go do wymagań klasycznego rocka. A co ważniejsze, pozbył się swego drugiego, zapasowego zestawu bębnów. Postąpił tak z własnej, nieprzymuszonej woli, nikt go do tego nie nakłaniał (zresztą, nikt przecież nie byłby w stanie).

Wkrótce stało się więcej niż oczywiste, że za Gorefest stała grupa zatwardziałych fanów death metalu, którzy dobitnie dali do zrozumienia, że nie akceptują kierunku, w którym podążył zespół. W ten sposób, wewnątrz kapeli skutecznie zasiane zostało destrukcyjne ziarno niepewności. Jak się później okazało, było wciąż wszechobecne nawet po upływie tych 10 lat, po których postanowiliśmy reaktywować band. Ego większości członków zespołu (łącznie ze mną) zostało przez to wszystko ogromnie wzburzone. Wydarzenia te zachwiały również, i tak kruchą, równowagą sił, czy może raczej - żeby ująć to jaśniej - zaczęliśmy postępować względem siebie bardzo nie fair. Gdy tylko nadarzała się ku temu okazja, podważaliśmy nawzajem swoją wiarygodność, staraliśmy się osłabić reputację, wzmóc u pozostałych poczucie braku pewności siebie. Można by rzecz - czysta polityka. Jednego jestem pewien. W czasie, kiedy promowaliśmy na koncertach "Soul Survivor", kluby były wypełnione ludźmi po brzegi, pękały w szwach. Równie wielka grupa ludzi, jak ci, którzy znienawidzili nas za ten materiał, szczerze pokochała to, co zaprezentowaliśmy na tym albumie (z naciskiem na 'my'). Wydaje mi się, że na "Chapter 13" ponownie staliśmy się prawdziwym zespołem, zagraliśmy jak zespół. To album, który wykracza poza granice jednego stylu. Moim zdaniem, jest najlepszy ze wszystkich, jakie nagraliśmy jako Gorefest. Ten krążek jest w 100% zespołowy.

Po rozpadzie Gorefest, byłem kompletnie wyczerpany, dosłownie wydrenowany, totalnie zmęczony całym tym zamętem, hałasem, głośnym i ciężkim graniem. Zmęczyła mnie scena, zmęczyło mnie wszystko to, co się z nią nierozerwalnie wiąże, a dodatkowo fakt, że zostałem odstawiony w kąt (może stąd narodził się mit o tym, że nie lubię i nigdy nie lubiłem metalu). Pozbyłem się wszystkich swoich wzmacniaczy i zacząłem nauczać gry na gitarze klasycznej. Po tym wszystkim ani przez moment nie przyszła mi do głowy myśl o nawiązaniu ponownej współpracy z kimkolwiek z zespołu, czy to pod postacią czegoś takiego jak Blackstar, czy innego rock/metalowego projektu (przy okazji, o ile dobrze pamiętam, Jeff (Walker - przyp. red.) zapytał mnie kiedyś, czy nie chciałbym dołączyć do Blackstar), czy na przykład kapeli disco. Chciałem wyjść poza ten świat, więc wyszedłem.


Ok, wróćmy do Gingerpig. Kapela powstaje z końcem 2008 roku. Już wtedy miałeś gotowe konkretne pomysły na płytę i potrzebowałeś tylko ludzi, którzy pomogliby żeby wcielić je w życie? Czy u podstaw powstania Gingerpig leżał z początku tylko ogólny koncept?


Szczerze? Zdecydowanie to ostatnie. Chodziło o to, żeby robić to, co tylko przyjdzie nam do głowy oraz pisać to, co samo wyjdzie spod ołówka. Rozglądałem się za odpowiednimi muzykami, którzy byliby skłonni działać w ten właśnie sposób, i którzy mieliby tożsame z moim nastawienie do tworzenia muzyki. Chciałem, żeby wnosili własny, znaczny wkład tam, gdzie będzie to potrzebne, również w odniesieniu do tych utworów, których zarysy aranżacji stworzyłem wcześniej w dużej mierze sam. Miałem świadomość, że współpraca z prawdziwymi muzykami, z fachowcami w swojej dziedzinie, z ludźmi ze sporym instrumentalnym doświadczeniem nie może odbywać się w ten sposób, że ja będę dyktował im warunki, kontrolował ich czas, brzmienie czy styl gry. To, czym teraz jest oraz jak aktualnie działa Gingerpig, w pełni odpowiada przyjętym przeze mnie założeniom. Zależało mi na indywidualnym nastawieniu do grania, na własnym, wypracowanym samodzielnie stylu wszystkich zaangażowanych w zespół muzyków, na brzmieniu, które byłoby wypadkową doświadczeń i inspiracji wszystkich razem oraz każdego z nas z osobna.


Skąd pomysł na taki szyld? Wiesz, że w Anglii istnieje Ginger Pig Band, pod taką samą nazwą działa też pewna farma, specjalizująca się w produkcji ekologicznej wieprzowiny (śmiech)


O ile wiem, 'gingerpig' to rodzaj szkockiej wieprzowiny. Jej oficjalna nazwa to 'Tamworth'. Z początku graliśmy jako 'Gingerbreadmen', pod wpływem filmu Terry'ego Gilliama o Braciach Grimm. Okazało się jednak, że zespół pod dokładnie taką samą nazwą działa już w moim rodzinnym mieście, a w dodatku gra niemal ten sam gatunek muzyki, co my. Zmieniliśmy więc szyld na Gingerpig, kiedy przypadkiem zetknęliśmy się z tym terminem w telewizji. Tak naprawdę wyszliśmy po prostu z założenia, że każda nazwa, jaka by nie była, będzie dla nas w sam raz. Dopiero później przeczytaliśmy gdzieś o brytyjskim zespole Ginger Pig Band, ale nie wydaje mi się, by kiedyś mógł być z tego jakiś problem. A gdyby jednak mimo wszystko kiedyś w przyszłości się pojawił, nie ma wątpliwości, że to oni byli pierwsi.


Bio Gingerpig rozpoczyna się tak: "Wszystko zaczęło się od organów Hammonda". Nie da się ukryć, że to najważniejszy instrument na "The Ways of the Gingerpig". Nie kusiło cię, by nagrać płytę nieco bardziej zorientowaną na gitarę, gdzie mógłbyś lepiej zaprezentować swój talent?


Nie. Zresztą, nie zgadzam się, że Hammondy grają na płycie główną rolę. Wszystkie elementy występujące w muzyce, elektryczny fortepian Rhodesa, organy, bas, gitara, perkusja oraz wokale powinny współpracować ze sobą, by stworzyć w pełni kompletne brzmienie... taki przynajmniej był nasz cel. To prawda, że konstrukcje utworów zostały w dużej mierze oparte na klawiszach, ale jestem przekonany, że Rhodes jest co najmniej tak samo zauważalny na tym albumie, jak organy Hammonda.


Eklektyczny bluesrock - to etykieta, która idealnie określa granie Gingerpig. Generalnie, najbardziej na "The Ways of the Gingerpig" lubię te utwory, które bliższe są czystemu bluesowi, lekko knajpiane, jak "Pipedream", "Digging with Bare Hands" czy "Joe Coool (The Fool)". Ty jednak postawiłeś na eklektyzm. Co przede wszystkim stanowiło inspirację przy pracy nad materiałem na debiutancki krążek?


Głównym źródłem inspiracji były przede wszystkim same instrumenty oraz kombinacja różnych stylów gry. Fortepian Rhodesa oraz Hammondy dały niektórym utworom bazę, której nie dałoby się stworzyć z użyciem jednej gitary. Kilka utworów opartych zostało z kolei na 'zbitkach' akordów, zainspirowanych muzyką filmową do ‘Point Black’ (pol. ‘Zbieg z Alcatraz’) czy 'Bullitt', kilka innych - na prostych akordach gitarowych albo ścieżkach wokalnych. Przy niektórych natomiast zacząłem od linii basu... wszystko w zależności od tego, co akurat w danym momencie przyszło mi do głowy. Sposób śpiewania podsłuchałem u takich wokalistów jak Greg Allman, Paul Rogers, Otis Redding czy Steve Marriott, choć nigdy bym nie śmiał stawiać siebie samego w jednym rzędzie z nimi.


Gingerpig porusza się w obszarze od bluesa, a nawet soulu, do niemal klasycznego rocka progresywnego, z klawiszami w stylu Keitha Emersona. Nie obawiałeś się, że efekt końcowy może wyjść nieco niespójny?


Nie, raczej nie. Najważniejsze, to mieć z grania przyjemność oraz nie zawracać sobie niepotrzebnie głowy stylami. Jeśli chodzi o lata '70, wydaje mi się, że ówczesne zespoły też nie przejmowały się tym jakoś szczególnie. Mam wrażenie, że ich twórcze motto brzmiało mniej więcej tak: ‘Rzeczy są, jakie są'. I tyle. W końcu to jest to, co lubię najbardziej w albumach kapel w rodzaju Steely Dan, Led Zeppelin czy Queen. Zróżnicowanie, mieszanie stylów, zabieranie słuchacza w pełną niespodzianek, urozmaiconą muzyczną podróż. Klasyfikacja gatunkowa tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Chodzi po prostu o dobrą piosenkę, to wszystko. Nie zależy nam na tym, by za wszelką cenę nagrać perfekcyjny materiał z idealnymi utworami, jesteśmy od tego jak najdalsi. Owszem, dążymy do tego, by dać z siebie muzycznie to, co najlepsze, zmierzamy w tym kierunku i samo dążenie do tego wystarczy nam, żeby jednocześnie dobrze się przy tym bawić. Niezależnie od tego, czy w praktyce uda nam się zabrzmieć tak jak Gil Scott-Heron, Steely Dan albo Black Sabbath.


Wciąż jednak ciągnie wilka do lasu. Na początku "Dimlighted Heart" gitara pracuje bardzo ciężko. Tęsknisz choć trochę za metalowymi dźwiękami, czy ten rozdział jest już zamknięty?


W tej chwili nie tęsknię za metalem. Jeśli chodzi o ten riff, pewnie odezwała się we mnie po prostu jakaś część Gorefest, nie wiem. Jakby nie patrzeć, przez lata byłem aktywną częścią tej kapeli. I nie mam problemu z przyznaniem, że od czasu do czasu szczerze brak mi gry w Gorefest. Potężna ściana dźwięku, którą za każdym razem atakowaliśmy słuchaczy, zawsze była i już na zawsze pozostanie mocno we mnie zakorzeniona. Fakt bycia częścią tej potwornej muzycznej maszyny, którą wspólnie udało nam się stworzyć, przewyższył na długi czas wszystkie moje inne dążenia czy potrzeby. Skłamałbym mówiąc, że to już przeszłość i że od teraz wszystko, co miało związek z Gorefest, mam głęboko gdzieś, że dziś zupełnie mnie to nie interesuje. Zdecydowanie tak nie jest. Taki efekt może też mieć jakiś związek z niskim strojem gitary, tak jak to było kiedyś. Kiedy gram to na standardowo nastrojonej gitarze, niby te same dźwięki brzmią zupełnie inaczej.


Kto odpowiada za partie fletu w "Joe Coool (The Fool)"? Uważam, że efekt jest świetny!


To Marjolein Kempen z holenderskiego zespołu Bots. To moja stara znajoma. Nagrała kilka solówek, z których mogliśmy coś wybrać; wszystkie były równie zajebiście dobre, co w żaden sposób nie ułatwiło nam sprawy. To solo jest, moim zdaniem, najlepszym momentem na całym albumie.


Dlaczego zdecydowałeś się fuchę śpiewaka w Gingerpig? Tak miało być od początku, czy objąłeś tę posadę, bo nie znalazłeś nikogo właściwego?


Szczerze mówiąc, rozważałem znalezienie kogoś innego, ale najpierw postanowiłem spróbować własnych sił. Właściwie, od czasu do czasu w dalszym ciągu wracam do tej myśli, chociaż generalnie od początku nie chciałem iść tą drogą. Wystarczająco trudno było znaleźć odpowiedniego bębniarza i klawiszowca. Wydaje mi się, że trafić na naprawdę dobrego wokalistę to jeszcze większe wyzwanie. Więc jeśli już, chyba jednak wolę spieprzyć to wszystko sam (śmiech).


Twój wokal pasuje do granej przez was muzyki, ale moim zdaniem najlepiej radzisz sobie w spokojniejszym, mniej forsownym śpiewie. Najlepszym przykładem wspomniany "Pipedream", jeden z moich faworytów na "The Ways of the Gingerpig". Jeśli mam być szczery, nie przepadam natomiast za mocniejszymi partiami wokalu w "Blind to Reason" czy "Indefinite Muddle of Conspiracies". Co ty na to?


Nie jest mi łatwo oceniać własną manierę wokalną, trudno tu być obiektywnym sędzią. Uwielbiam 'surowe' wokale, w rodzaju tych wokalistów, których wymieniłem wcześniej. Może za bardzo starałem się zabrzmieć jak papier ścierny? Tak czy owak, wyszło jak wyszło. We wszystkim co robię, włączając śpiew, zawsze staram się ufać rezultatom. Ale, tak jak powiedziałeś, choć zgadzam się, że wokale co do zasady dobrze komponują się muzyką, mam jednocześnie świadomość, że z jednymi partiami poradziłem sobie lepiej, a z innymi gorzej.


Wszystkie instrumenty (oprócz wokalu) nagraliście na żywo w Void Studio w Eindhoven. Rozumiem, że korzystaliście z analogowego sprzętu? Jak przebiegła sesja?


Materiał był rejestrowany w ten sposób, że zagraliśmy go wszyscy razem, cały zespół, w jednym pomieszczeniu nagraniowym. Wszyscy byliśmy nagrywani razem, w czasie rzeczywistym na 24-ścieżkowym magnetofonie analogowym Studera, tak jakby jutro nigdy nie nadeszło. Kilka partii zostało podłożonych (Moog, kilka partii pianina oraz organów, kilka fuzzów plus jedno czy dwa solo).


Dlaczego ślady wokalu i gitary akustycznej nagrywałeś w innym studio w Bredzie?


Ze względów praktycznych. Uznałem, że lepiej będzie zarejestrować je w moim domowym studio. Dzięki temu mogłem mieć na to tyle czasu, ile naprawdę potrzebowałem, nie musiałem działać pod ciśnieniem. Chciałem też trzymać się obranej ścieżki, bez rozpraszania się, bez presji, której niekiedy trudno uniknąć w studio, gdzie zawsze liczy się czas i pieniądze. Dzięki temu mogłem sobie pozwolić na gorsze dni oraz przerwy od pracy, bez potrzeby przejmowania się grafikiem czy rachunkami.


Pieter Kloos spisał się doskonale, "The Ways of the Gingerpig" brzmi świetnie, ciepło i oldschoolowo, zupełnie inaczej niż obecnie obowiązujące trendy.


Zdecydowanie. Mamy z Pieterem bardzo zbliżony pogląd na to, jak muzyka powinna brzmieć, jak powinna zostać nagrana. Jeszcze mocniej zgadzamy się co do tego, jak na pewno brzmieć NIE POWINNA. To jeden z najlepszych holenderskich inżynierów dźwięku, wyspecjalizowanych w pracy w studio analogowych. Jest kopalnią umiejętności, które kiedyś były tak powszechne w producenckim świecie, a dziś niestety coraz częściej należą do rzadkości. Ryzyko, rzecz jasna, jest między innymi takie, że nie możesz pozwolić sobie, by grać byle jak w tak zwany zły dzień, kiedy i tak nic nie wychodzi zgodnie z oczekiwaniami. Ale kiedy w zespole zaskoczy, kiedy sprawy mają się dobrze, rezultat to istna magia. Obydwaj wierzymy, że ta szczególna magia, magia grającej wspólnie kapeli, to warunek konieczny. Nie da się tego osiągnąć, kiedy każdy instrument nagrywany jest w innych okolicznościach czasoprzestrzennych, czy może raczej fabrykowany, po wielekroć edytowany i poprawiany, z użyciem wszelkich dostępnych nowinek technicznych.


Jak trafiliście pod skrzydła Suburban Records?


Zwróciłem się do nich z pytaniem, czy nie chcieliby wydać albumu Gingerpig, a oni odpowiedzieli, że 'owszem, tak'. Bardzo mnie to cieszy, bo czujemy się świetnie w tej wytwórni.


Podobno pierwszą gitarę kupiłeś za pieniądze zarobione na roznoszeniu gazet. Była to imitacja Les Paula. Najwyraźniej jesteś stały w uczuciach, skoro dziś grasz na Gibsonie Les Paul. Można zresztą powiedzieć, że całe brzmienie Gorefest oparte było na Gibsonie - Les Paul używany był także przez Franka Harthoorna, zgadza się? Na czym twoim zdaniem polega wyjątkowość Les Paula?


Jesteś dobrze poinformowany. Stary dobry Les Paul potrafi śpiewać, jak żadna inna znana mi gitara. Ma brzmienie, którym - kiedy już dowiesz się, jak je z niego wydobyć - możesz manewrować w najrozmaitszych, niczym nieograniczonych kierunkach. To po prostu bardzo czuła, wrażliwa gitara. Stworzona po to, by grać.


Używasz czasem innych gitar? Widziałem film z waszego koncertu, na "Pipedream" grasz tam na pięknym różowym vintage'owym... no właśnie na czym? Wygląda jak jeden z Gibsonów z serii ES. Jakie inne wiosła masz w kolekcji?


Czasem gram na Epiphone Rivera. To ten sam model, którego używał John Lennon. Przy okazji, jest w kolorze czerwonego wina, nie różowy. Przy nagrywaniu materiału na album najczęściej korzystałem z Fendera Telecastera, ponieważ gitara z przetwornikami single coil dobrze odznacza się na tle organów, podczas gdy gitara wyposażona w humbuckery ma skłonność do gubienia brzmienia w bogactwie organowych dźwięków. Mam wrażenie, że Ritchie Blackmore używał Strata między innymi właśnie z tego powodu. Les Paul został przeze mnie wykorzystany tylko w solo w 'Dimlighted Heart'. Poza tym, grałem na jeszcze dwóch gitarach: Flying V i Les Paul Junior. Jeśli chodzi o akustyki, używałem Blueridge. Wzmacniacze, z których korzystałem, to dwie vintage'owe głowy z lat '70  (50-watowe Marshalle) oraz Fender Twin Reverb. Sygnał był dzielony i przepuszczany przez trzy wzmacniacze jednocześnie. Skorzystaliśmy też z kilku efektów: Phase 45, Big Muff i Hyper Fuzz. Moje struny to GHS Boomers, nie zmieniam ich zbyt często.


Pracujesz jako nauczyciel gry na gitarze w centrum sztuki Nieuwe Veste w Bredzie. Uczysz dzieciaki, czy bardziej zaawansowaną młodzież? Jaki element pracy dydaktycznej daje ci najwięcej satysfakcji?


Uczę dzieciaki w wieku od 8 do 88, jak same mówią, ale najczęściej przedział wiekowy zamyka się między 8 a 18. Uczę zarówno gry na gitarze klasycznej/akustycznej, jak i rockowego/metalowego podejścia do gitary elektrycznej. Najwięcej satysfakcji w tej pracy przynoszą najróżniejsze rzeczy. Bardzo lubię widzieć, jak te małe ludzkie istoty rozwijają swoje umiejętności, jak uczą się używać dłoni i uszu, jak uczą się czytać nuty, a wszystko to dzieje się w tym samym czasie. Lubię prowadzić je przez to, wskazywać im drogę, to daje naprawdę sporo satysfakcji. Uczyć, a jednocześnie słuchać, jak czternastolatek gra muzykę Torroba ze znakomitym wyczuciem to też wielka satysfakcja. Sprawić, że wielki fan Children of Bodom gra 'The Boys Are Back In Town" ledwie rok po tym, kiedy zaczął uczyć się gry, także daje cholernie dużo radości. Druga strona medalu to dzieciaki, które niewystarczająco przykładają się do nauki; 'współpraca' z nimi nie sprawia mi żadnej przyjemności. A niestety cała masa uczniów nie przykłada się należycie do tego, co robi.


Skończyłeś konserwatorium w Tilburgu w klasie gitary klasycznej. Uważasz, że muzyczne wykształcenie pomaga w tworzeniu muzyki i generalnie w graniu? Zdania na ten temat są podzielone. Jakie są podstawowe zalety muzycznego wykształcenia, prócz czytania nut rzecz jasna. Może jakieś wady?


Trudne pytanie. Mogę mówić tylko za siebie. W moim przypadku, bardzo mi to pomaga przede wszystkim w ocenie jakości tego, co tworzę. Modalny, barokowy kontrapunkt, który swego czasu mi wpojono, ogromnie mi pomógł we właściwej orkiestracji gitarowych partii podczas pracy nad dwoma ostatnimi materiałami Gorefest. Jednak, kiedy piszę dla Gingerpig, nie zawracam sobie głowy myśleniem o regułach tworzenia, komponowania muzyki. Kolejna korzyść to umiejętność szybkiego, efektywnego przyswajania wiedzy, co od czasu do czasu okazuje się niezwykle przydatne. Duży plus to na pewno swoista efektywność w tworzeniu muzyki: bez blokowania się na tym czy innym etapie przez to, że 'nie wiesz jak' rozwiązać jakiś muzyczny problem, czy jak przełożyć pewne pomysły czy koncepcje na język muzyki. Im więcej czasu upływa od momentu, gdy ukończyłem szkołę, tym wyraźniej dostrzegam płynące stąd korzyści. Z początku wszyscy zbyt ściśle trzymają się reguł, których zostali nauczeni, chcąc, by wszystko wychodziło dokładnie tak, jak zgodnie z zasadami wyjść powinno. Towarzyszą temu przy okazji spore obawy, by przypadkiem nie zrobić czegoś źle. Tu niektórzy być może dostrzegają minusy muzycznej edukacji. Jednakże po pewnym czasie wiedza staje się po prostu częścią twojego muzycznego języka. Zapominasz o strachu, przestajesz się blokować (śmiech). To, co wiesz, wreszcie przestaje cię zniewalać, a staje się sprzymierzeńcem, z którego pomocy potrafisz korzystać w odpowiedni sposób. Z drugiej strony, lubię myśleć, że taki na przykład Neil Young nigdy nie dałby sobie zawrócić głowy jakimś tam konwersatorium, co w żaden sposób nie przeszkodziło mu przecież stworzyć najlepszych w świecie solówek, bez choćby jednej notatki. Nie jest więc tak, że to warunek konieczny. Są muzycy, którym formalna edukacja nie jest do niczego potrzebna.


Lubisz grać koncerty?


Uwielbiam grać na żywo, chociaż to zawsze trochę jak jazda kolejką górską, rzecz poza kontrolą. Gra na vintage'oywm sprzęcie zawsze może sprawić jakieś nieprzewidziane problemy.


A trudno było ci wczuć się w rolę frontmana?


Trudności związane z liderowaniem kapeli lokują się w głównej mierze poza sceną. To, czego przede wszystkim musiałem się nauczyć, to gra na gitarze jednocześnie ze śpiewem. Nie stanowiło to jednak żadnego problemu, zawsze lubiłem doskonalić nowe umiejętności.


Za Gorefest stała imponująca historia, świetne albumy, największa metalowa wytwórnia na świecie, wreszcie szacunek szerokiego grona fanów. Z Gingerpig startujesz w zasadzie od zera, rozpoczynasz nową drogę. Jakie masz oczekiwania, marzenia, plany związane z tą kapelą?


Przede wszystkim chciałbym, żebyśmy w Gingerpig nigdy nie przestali dobrze się bawić przy tym, co teraz robimy. Mam w zespole świetnych gości, znakomitych muzyków i wydaje mi się, że oni też mnie lubią (śmiech). Mamy solidne wsparcie ze strony pracowitej, świetnej ekipy Suburban Records oraz naszego agenta Bidi. Co do oczekiwań, staramy się trzymać je na wodzy, nie tracimy kontaktu z rzeczywistością. Nie marzymy o wielkości czy sławie, gramy dla przyjemności. Zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi. Robimy to, co lubimy, w sposób, który najbardziej nam odpowiada. Już samo to stanowi cel, który chcieliśmy osiągnąć i cieszę się, że to nam się udało.


Dzięki za poświęcony czas.


Wielkie dzięki za dobre i wnikliwe pytania!


Małgorzata Napiórkowska-Kubicka
Szymon Kubicki

Zdjęcia: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

GALERIA
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Oneiric Big Jesus

Niezwykle konsekwentny i spójny kolaż gatunków zaserwowała czwórka muzyków z Atlanty podpisująca się nazwą Big Jesus. Przy okazji zabrała...Gramy dalej

5 /10
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Against the Grain
Gatunek: Southern rock
Zobacz wszystkie