Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Bill Frisell

Bill Frisell

Osiągnięcia Billa Frisella w dziedzinie gitary jazzowej są nie do przecenienia, jednak tym razem artysta zaskoczył nie tylko nas, ale chyba też samego siebie. Nigdy wcześniej nie uraczył słuchaczy tak oryginalnym połączeniem, jak gitara, altówka i perkusja. Na najnowszej płycie muzyka, zatytułowanej Beautiful Dreamers, nie słychać żadnych innych instrumentów.

Bill Frisell opowie nam o tym ciekawym projekcie, o swoich bezlitośnie przerabianych Telecasterach, błędach i ciągłym dążeniu do doskonałości...

Zanim jednak zadzwonicie do Billa Frisella, to może się nieco zastanówcie. Nikt tak bowiem jak on nie przeciąga każdej wymawianej przez siebie sylaby, nie zastanawia się nad doborem właściwych słów i nie waha się przed udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi. On jest w tym po prostu mistrzem. Rozmawiając z nim przez telefon, mamy czasami wrażenie, że połączenie zostało przerwane albo że Bill zapomniał, iż ktoś czeka po drugiej stronie światłowodu. Ale znosimy to wszystko dzielnie. Naprawdę warto, bo artysta ma sporo ciekawych rzeczy do powiedzenia i jest bardzo podekscytowany swoją nową płytą, która - jak twierdzi - jest lepsza niż wszystko, co do tej pory nagrał. Biorąc pod uwagę fakt, jak wiele lat spędził na scenie i ile płyt ma w swoim dorobku, jest to oświadczenie dość zaskakujące. Trzeba jednak przyznać, że faktycznie Beautiful Dreamers to coś z zupełnie innej beczki. Czy to płyta jazzowa? Na pewno tak, ale jedno słowo to za mało, żeby oddać jej charakter. Ten wyjątkowy krążek jest burzliwym, muzycznym pojedynkiem między gitarą elektryczną Billa i altówką Eyvinda Kanga. Muzycy gryzą, drapią, żeby potem paść sobie w objęcia jak starzy przyjaciele. Mediatorem w tej walce jest Rudy Royston i jego perkusja.

Jesteś gitarzystą, którego dość trudno przypisać do konkretnego gatunku. Jest to problem dla dziennikarza muzycznego. Czy robisz to specjalnie?


Ależ nie, ja nie robię tego specjalnie (śmiech). Nie sądzę, żeby muzyka powstawała po to, żeby ją kategoryzować. Tworzenie muzyki jest jak wspinaczka po drzewie, które ma dziesięć tysięcy lat. Wchodzisz na drzewo i przeskakujesz z gałęzi na gałąź. Nie zastanawiasz się przy tym, w którą stronę skaczesz i jak ta gałąź się nazywa. Dla mnie właśnie tym jest jazz - to muzyka, która nie ma granic. Moi wielcy idole, tacy jak Sonny Rollins, Miles Davis czy Thelonious Monk, czerpali z tego, co mieli pod ręką, i nie mieli potrzeby niczego nazywać. Ustanawiali swoje własne reguły, co jest dla mnie zupełnie fascynujące. Sądzę, że konkretne reguły pojawiły się znacznie później. Ja nie mam problemu z zaklasyfikowaniem płyty Beautiful Dreamers i po prostu określam ją jako jazzową, ale generalnie nie lubię przyklejania muzyce jakichkolwiek łatek, bo to ją zamyka i ogranicza. Niektórzy myślą, że jazz to Louis Armstrong i Kenny G. Słyszą jakieś nazwisko i od razu reagują, mówiąc sobie automatycznie: nie chcę tego słuchać!


Na płycie Beautiful Dreamers znalazła się gitara, perkusja i altówka. To dość niecodzienne połączenie...


Tak, to prawda. Od trzydziestu lat tworzymy trio z Paulem Motianem i Joem Lovano. Oni są dla mnie nieustającą inspiracją - dzięki nim zrozumiałem, że taki skład w ogóle jest możliwy. Nigdy nie mieliśmy basisty. Z takimi muzykami jak oni naprawdę nie jest ważne, na jakich instrumentach się gra, liczy się przede wszystkim osobowość, predyspozycje, potencjał. Ponieważ obu tych muzyków znam już od dawna, wpadłem na pomysł, że moglibyśmy nagrać razem płytę. Od tamtego momentu nie mogłem myśleć o niczym innym.


Jak to możliwe, że altówka i gitara brzmią razem tak dobrze?


Altówka to niesamowity instrument. Jest mała, ale kryje się w niej wielkie brzmienie. Najgrubsza struna (C4) brzmi naprawdę nisko i dzięki temu słychać dużo basów. Kiedy w zespole nie ma basisty, jego rolę przejmują wszystkie pozostałe instrumenty i zauważa się dźwięki, na które normalnie nie zwraca się uwagi. Słychać niższe partie bębnów, a gitara ma więcej dołów. Gitara i altówka współgrają ze sobą fenomenalnie, brzmią razem bardzo naturalnie. Eyvind też ma w altówce przetwornik i może mnie zagłuszyć, jeśli tylko chce (śmiech).


Jak Ci się udaje w dzisiejszych czasach uzyskać takie brzmienie? To wciąż Telecaster?


Moja gitara, choć wygląda jak Telecaster, niewiele ma z nim wspólnego. Kiedyś miała korpus typu solid-body, ale kazałem go przerobić na hollow-body, dzięki czemu jest naprawdę lekka. Ma też krótszy gryf, taki jak u Gibsona. Jak się można domyślić, nie zrobił jej dla mnie Fender. Zrobił ją dla mnie Jay Black, który jako jeden z pierwszych lutników tworzył gitary Fendera będące dziś przedmiotem kultu. Nikt inny nie zna się na Fenderach lepiej niż on. Instrument jest wyposażony w przetworniki marki DeArmond podobne do konstrukcji DynaSonic ze starych Gretschów. Tę gitarę cenię sobie najbardziej i na niej właśnie nagrałem ostatnią płytę. Jej brzmienie najlepiej pasowało do całości. To nie jest moja jedyna gitara typu Telecaster. Kolejny model - tym razem z przetwornikami Jason Lollar Charlie Christian - wykonał dla mnie Rick Kelly z Carmine Street Guitars. Korpus ma dość ciekawą historię, ponieważ został wycięty z wielkiej sosnowej belki z loftu Jima Jarmusha na Bowery w Nowym Jorku. To drewno miało chyba ze sto lat. Gryf wykonano z drewna padouk.


Ludzie często kojarzą Cię z efektem marki Line 6 - DL4...


Tak, używałem go do nagrania tej płyty, choć tym razem korzystałem też z wielu innych efektów. Używałem m.in. takich kostek, jak: Ibanez Tube Screamer, Boss DD-6 Digital Delay i Electro-Harmonix Micro Pog, który posłużył mi jako pewnego rodzaju oktawer. Efektu Line 6 DL4 używam bardziej do zapętlania - raz na jakiś czas stosuję go do eksperymentów z odwracaniem sygnału i nauczyłem się też, w jaki sposób można stosować go jako ring modulator.


Musiałeś w takim razie mieć bardzo dobry wzmacniacz...


Gdy jestem w domu w Seattle, używam 20-watowego combo Jacka Andersona uzbrojonego w jeden głośnik dwunastocalowy. Ale w domu bywam niestety rzadko, a w drogę raczej nie zabieram sprzętu, więc wzmacniacz muszę pożyczać od zaprzyjaźnionych muzyków lub ze studia. Na tym albumie użyłem dwóch wzmacniaczy: jeden z nich to Fender Princeton Reverb z lat 70., drugi to wzmacniacz marki Headstrong. Nie wiem nawet, gdzie produkują te wzmacniacze (śmiech), ale jeden model bardzo przypomina Deluxe Reverb (model Headstrong Royal Reverb - przyp. red.), a drugi - Princeton Reverb (Headstrong Lil' King Reverb - przyp. red.). Używałem tego drugiego. Ma nadspodziewanie mocne brzmienie, biorąc pod uwagę jego rozmiar. Naprawdę coś niesamowitego.


Które kompozycje na tej płycie były dla Ciebie najciekawsze do zagrania?


Cóż, każdy kawałek jest pod jakimś względem wyjątkowy. Na przykład w utworze Benny’s Bugle znalazła się solówka będąca hołdem dla Charliego Christiana. To prawdopodobnie najbardziej gitarowy, że tak powiem, moment na płycie. Chcieliśmy, żeby znalazły się na niej utwory o zróżnicowanym charakterze. Nagraliśmy cover starej piosenki Tea For Two, w której pełno jest partii granych w harmoniach. W utworach, gdzie ciągle zmienia się tonacja - na przykład w piosence It’s Nobody’s Fault But Mine - mogłoby się wydawać, że gram w tej samej skali, ale tak nie jest. Ja po prostu skaczę sobie po gryfie. Każda nuta, którą w danej chwili grasz, może spowodować zmianę tonacji. Tak właśnie jest ze mną - w jednej chwili gram w skali doryckiej, a za chwilę w innej...


Czy Bill Frisell popełnia błędy?


Oj, to się zdarza bardzo często. Chcę coś zagrać i nagle się okazuje, że jestem na złym progu! Muszę wtedy sprawiać wrażenie, że tak właśnie miało być. Błędy mogą okazać się też błogosławieństwem. Czasami celowo gram coś inaczej, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie. W ten sposób można odkrywać nowe fascynujące dźwięki. Błąd popełniony przez przypadek niekiedy może nam pomóc odkryć coś nowego, coś, o czym nie mieliśmy pojęcia. Mam 59 lat, gram na gitarze od dwunastego roku życia i mam już trochę doświadczenia z instrumentem. Całe życie starałem się, żeby wszystko wychodziło idealnie tak, jak chcę. Zawsze jest jednak jakieś brzmienie, które wydaje się być poza moim zasięgiem. Muzyka wciąż jest dla mnie pogonią za czymś niedoścignionym. Tak samo ma się sprawa z techniką. Chyba nigdy nie uda mi się osiągnąć dokładnie tego, co sobie założę. Ale na szczęście są momenty, kiedy zapomina się o technice i człowiek zanurza się w czystej muzyce. Na takie momenty warto czekać. Jak tylko zaczynasz świadomie analizować to, co robisz, od razu spadasz na ziemię. Kiedy skupiam się na sobie i na tym, gdzie mam położyć dany palec, trudno mi stworzyć muzykę żywą, prawdziwą. Kocham chwile, kiedy przestaję analizować i gram spontanicznie.


Wciąż dążysz do perfekcji?


Tak, ale jej osiągnięcie nigdy nie jest w stu procentach możliwe. W muzyce jest jeszcze jedna kwestia, a mianowicie muzyka jest nieskończona. Zawsze jest się gdzieś w drodze dokądś, nigdy nie można dotrzeć do celu. I to jest właśnie niesamowite. Gdyby można było postawić nagle kropkę, oznaczałoby to, że trzeba już odejść na emeryturę. Ale skończyć się nie da - nigdy. Czasami mam wrażenie, że jeśli robię postępy w jednej dziedzinie, to inną zaniedbuję i mam zaległości. Muzyka jest bardzo pojemna. Dopiero całkiem niedawno pogodziłem się z tym, że nigdy nie uda mi się osiągnąć perfekcji. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby być najlepszym, niestety więcej zrobić się nie da. I jest mi z tym dobrze. Najważniejsze, że kiedy biorę do ręki gitarę, czuję się dokładnie tak jak 45 lat temu. Na chwilę przed naszą rozmową zacząłem sobie coś spontanicznie brzdąkać na gitarze i poczułem się tak, jakbym był na początku tej niekończącej się podróży.


Nagrywasz również płytę z brazylijskim gitarzystą Viniciusem Cantuárią. Album będzie zatytułowany Lágrimas Mexicanas. Jak opisałbyś swoją grę na tej płycie?


Przy tym projekcie dużo pracowaliśmy w studiu. Z racji tego, że było nas tylko dwóch, robiliśmy więcej dogrywek, aby stworzyć wrażenie przestrzeni wypełnionej gitarami. Vinicius grał głównie na nylonowych strunach, na gitarach elektrycznych i na perkusji. Ja natomiast grałem na gitarze elektrycznej i barytonowej. Tu i tam dodałem też kilka partii na basie.


Krytycy Cię uwielbiają. Jesteś chyba ich ulubieńcem. Dostałeś kiedyś złą recenzję?


Oczywiście, że tak! Cały czas dostaję złe recenzje. Z tymi recenzjami sprawa jest dość śliska, bo można źle zinterpretować intencje artysty, błędnie odczytać grane przez niego motywy, no i to słynne pytanie: co artysta chciał przez to powiedzieć? Recenzenci zwykle nie mają o tym wszystkim pojęcia. Podam pewien przykład. Otóż w 1997 roku pojechałem do Nashville, żeby nagrać płytę. Kroczyłem po zupełnie nieznanym mi gruncie i traktowałem to trochę w kategoriach przygody. Nigdy wcześniej nie byłem w Nashville, miałem grać z muzykami, których nie znałem i nie rozumiałem nawet tego, co do mnie mówili (śmiech). Po tej płycie dostałem recenzje od ludzi, którzy zupełnie nie rozumieli sytuacji, w jakiej się znalazłem. Pisali, że gram pod publiczkę i że chcę się sprzedać. Tacy są właśnie krytycy. Ale cieszę się, że interesuje ich moja twórczość i że w ogóle chcą o niej pisać: nieważne, czy dobrze, czy źle.


Henry Yates

GALERIA
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie