Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Lee Ritenour

Lee Ritenour

Lee Ritenour jest jednym z najpopularniejszych gitarzystów sesyjnych na świecie. Jaka jest tajemnica jego sukcesu? Otóż po prostu postawił on na wszechstronność. Występował z gwiazdami różnych gatunków muzycznych, grając gościnnie na płytach popowych, rockowych i bluesowych.

W końcu nadarzyła się dobra okazja, żeby przeprowadzić z nim wywiad: właśnie mija pięćdziesiąt lat jego pracy na scenie... W swej długoletniej karierze gitarzysty sesyjnego Lee Ritenour, znany w swoich kręgach jako Captain Fingers (pol. kapitan palce), współpracował z największymi. Wśród nich byli m.in.: Frank Sinatra, Dizzy Gillespie, Simon & Garfunkel i Pink Floyd. Nazwisko Ritenour nie jest może wymieniane jednym tchem obok Slasha, Van Halena czy Satrianiego, ale brzmienie jego gitary z pewnością dotarło do milionów ludzi na całym świecie. Z okazji pięćdziesięciolecia twórczości tego artysty ukazał się na rynku jego najnowszy krążek zatytułowany Lee Ritenour’s 6 String Theory, a lista gwiazd, które na nim zagrały, jest naprawdę imponująca: B.B. King, George Benson, Steve Lukather, Slash, Vince Gill, Joe Bonamassa i jeszcze wielu innych. To tylko potwierdza klasę Ritenoura jako gitarzysty. Jesteśmy ciekawi, jak udało mu się namówić do współpracy tak wielu muzyków światowej sławy...

Możemy tylko pozazdrościć tak znakomitego towarzystwa w studiu podczas nagrywania ostatniej płyty. Skąd się wziął pomysł na Lee Ritenour’s 6 String Theory?


Pomysł na tę płytę dojrzewał we mnie od kilku lat. Chciałem jakoś uczcić pięćdziesięciolecie mojej pracy artystycznej. Tak, nie przesłyszeliście się! Zacząłem grać na gitarze w 1960 roku, kiedy miałem osiem lat. Podczas tych pięćdziesięciu lat przekonałem się, że gitara to najbardziej wszechstronny i jednocześnie najbliższy człowiekowi instrument. Płyta miała być ukoronowaniem mojej pracy i hołdem dla mojego ukochanego instrumentu. Stąd w tytule płyty znajduje się fraza 6 String Theory.


Co dokładnie oznacza ten tytuł?


Każda struna reprezentuje inny gatunek muzyczny, który mnie ukształtował. Kocham jazz, bluesa, country, rocka, gitarę klasyczną i akustyczną. Dopiero wszystkie te obszary razem wzięte określają mnie jako gitarzystę. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że udało mi się zaprosić do współpracy w studiu przedstawicieli każdego z tych muzycznych światów i jednocześnie mistrzów w swojej dziedzinie!


Zanim porozmawiamy o płycie, chciałbym zapytać, co ukształtowało Cię jako gitarzystę. Zdaje się, że czerpałeś z wielu źródeł. Twoi idole to dość bogaty zbiór osobowości...


Miałem wielkie szczęście, że moja nauka gry na instrumencie przypadła na lata 60. To był ekscytujący, wspaniały czas dla gitary. Pierwszą moją wielką miłością była gitara jazzowa, która zresztą wciąż jest mi najbliższa. Zawsze inspirowali mnie tacy artyści, jak Wes Montgomery czy Joe Pass, choć po drodze pojawiło się też wielu popowych idoli. Fascynował mnie George Harrison, a później Jimi Hendrix - ten ostatni zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Wkrótce, kiedy w pełni umiałem już korzystać z możliwości, jakie daje gitara, zacząłem poszerzać swoje zainteresowania. Poczułem potrzebę wyjścia poza kategorie gatunków. Grałem to, co mnie inspirowało, począwszy od Cheta Atkinsa, poprzez brazylijskiego gitarzystę Gilberto Gila, a skończywszy na gitarze klasycznej Andrésa Segovii.


Rzeczywiście nie brakowało Ci inspiracji. Czy pamiętasz moment, w którym od słuchania słynnych gitarzystów przeszedłeś do grania na gitarze?


Od samego początku łączyła mnie szczególna więź z gitarą i poświęcenie na grę dużej ilości czasu nie stanowiło dla mnie problemu. Nawet jako bardzo młody chłopak byłem gotowy grać przez 8 do 10 godzin dziennie. Pewnego lata - miałem wtedy 13 lat - nie robiłem nic innego poza ćwiczeniem skal, skrupulatnie wciskając szesnaście nut w takt, po cztery na każdą miarę, grając je oczywiście z metronomem. Na początku wakacji ustawiłem metronom na 80 BPM, a już pod koniec wakacji miałem go ustawionego na 168 BPM. Moja siostra waliła w drzwi i błagała, żebym przestał! Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym potrafił tak zagrać teraz. Miałem szczęście, bo tata bardzo mnie wspierał. Mimo że genialnie grał na pianinie, to jednak zniechęcił się do profesjonalnej kariery. Później żałował swojej decyzji i namawiał mnie, żebym pracował ciężko i zaszedł tak daleko, jak to tylko możliwe. Załatwił mi też nauczyciela, i to jakiego! W tamtych czasach nawet Joe Pass, jeden z największych jazzowych gitarzystów na świecie, był w książce telefonicznej. Wystarczyło po prostu zadzwonić i umówić się na lekcje. I tak zrobiliśmy. Miałem kilka zajęć z Joe Passem, który później przedstawił mnie Duke’owi Millerowi. I to właśnie on został moim stałym nauczycielem, a także moją wielką inspiracją.


Wyobrażam sobie, że nagranie płyty Lee Ritenour’s 6 String Theory było przedsięwzięciem trudnym logistycznie...


To prawda. Nagrywaliśmy w dwa zimowe tygodnie: jeden tydzień przed targami The NAMM Show, drugi zaraz po targach. Tak było najwygodniej, bo większość gitarzystów przyjechała na targi do Los Angeles. Przez cztery dni w studiu byli razem: Joe Bonamassa, Steve Lukather, Andy McKee, Neal Schon, Slash, George Benson, Pat Martino i Guthrie Govan. Było naprawdę wspaniale, ale niełatwo było podpiąć ich wszystkich równocześnie do różnych wzmacniaczy. Muszę przyznać, że nagrywając tę płytę, zrobiłem sobie dość egoistyczną przyjemność. Obserwowanie przy pracy tylu znakomitych gitarzystów, z których każdy ma wypracowany swój własny styl, to nie lada gratka. Taka okazja nie zdarza się często. Nauczyłem się od nich więcej, niż byłbym w stanie sam przed sobą przyznać...


Wszyscy weszliście do studia z własnymi wzmacniaczami, gitarami i efektami?


Oczywiście, że tak! Każdy z nas przydźwigał do studia masę sprzętu. Ja miałem Fendery podpięte do wzmacniaczy Mesa Boogie. John Scofield zażyczył sobie wzmacniacza Vox AC30. Luke przyniósł swojego Marshalla, do którego podpiął się Slash. Kilka osób chciało wzmacniacze Divided By 13. Nie było problemu, przecież to Los Angeles, a tam można wszystko dostać. Z całego sprzętu, jaki mieliśmy w studiu, można by było zorganizować wielki sklep muzyczny!


Nie było między Wami konfliktów? Wielcy (i nie tylko wielcy) gitarzyści mają czasem problemy z własnym ego. Nie są to raczej łagodne, altruistyczne typy...


Chciałem, żeby przebywające w studiu osobowości stanowiły interesującą mieszankę. Jednak nie wszyscy od razu zgodzili się wziąć udział w tym projekcie. Z początku byli niechętni i pytali, czy są to jakieś zawody, czy będą się pojedynkować na gitary itp., itd. Musiałem im tłumaczyć, że nie chodzi o żadne ściganie się, że każdy w studiu będzie miał własny głos i nikt nikogo nie będzie w niczym ograniczał. Przecież zależało mi na wspólnym tworzeniu, a nie popisywaniu się. Chciałem coś razem zrobić i przy okazji dobrze się bawić. Zdecydowanie starałem się nie stwarzać atmosfery współzawodnictwa. No i co...? Udało się! Te dwa tygodnie na przełomie grudnia i stycznia - czyli samo nagrywanie - były najłatwiejszym i najprzyjemniejszym etapem pracy nad płytą. Cała reszta, czyli: zorganizowanie konkursu, strona internetowa, dopasowanie naszych grafików pracy, zorganizowanie sekcji rytmicznej, wybór melodii, komponowanie utworów i finansowanie przedsięwzięcia - wszystko to już nie było takie proste. Strona logistyczna okazała się bardzo skomplikowana i zajęła nam cały rok. Za to same sesje nagraniowe bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły - po prostu weszliśmy do studia i zrobiliśmy swoje. Miałem kilka aranżacji, Luke dorzucił parę melodii - wszystko odbywało się bardzo naturalnie. No i udało mi się załatwić świetną sekcję rytmiczną.


Zaprosiłeś wielu uznanych gitarzystów, ale dałeś też szansę wschodzącym talentom...


Tak, ponieważ chciałem, żeby to było coś więcej niż spotkanie scenicznych weteranów. Mój syn Wesley jest perkusistą. Ma dopiero kilkanaście lat i cały jego świat kręci się wokół YouTube. Ciągle woła mnie do komputera i pokazuje jakichś artystów. Zdałem sobie sprawę, że na świecie jest mnóstwo nieodkrytych talentów. Dzięki tej płycie odkryłem trzy prawdziwe perełki: Andy’ego McKee, Guthriego Govana i Joe Robinsona. Andy’ego McKee zobaczyłem na YouTube. Na Guthriego Govana zwróciłem uwagę dzięki mojemu koledze. Joe Robinson wygrał australijski Mam talent i moim zdaniem ma realne szanse zostać w przyszłości legendą gitary. Poza tym postanowiłem zorganizować konkurs na nową gwiazdę gitary. Liczba zgłoszeń przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Zwycięzca, zaledwie szesnastoletni Shon Boublil, zagrał z nami na płycie.


Czyli jesteś zadowolony z rezultatu?


Nagranie albumu okazało się najlepszym sposobem uczczenia mojej rocznicy. Kocham gitarę, a najbardziej fascynuje mnie to, że ciągle zmienia się sposób gry na niej i że ten instrument cały czas się rozwija. Gitarzyści dzisiaj grają inaczej niż 15 lat temu. I to właśnie oni będą nieśli kaganek dla następnych pokoleń.


Jak wyglądał dobór materiału na płytę? Znalazły się na niej nowe utwory, ale też i covery.


Każdy kawałek jest inny. Chciałem, żeby Andy, Joe i Guthrie czuli się swobodnie, dlatego grali swój własny materiał. Guthrie zagrał utwór Fives, zresztą mój ulubiony z jego repertuaru. Tym bardziej że w studiu miałem Vinniego Colaiutę (perkusja), Tal Wilkenfeld (bas) oraz Larry’ego Goldingsa i - z całym szacunkiem do innych wersji utworu - chciałem, żeby Vinnie zagrał tę melodię. Wiedziałem, że taka sekcja rytmiczna dodatkowo zmotywuje Guthriego - rzeczywiście, wszedł do studia i dał niezłego czadu. Słuchanie go było dużą przyjemnością. Andy McKee zagrał swój przebój z YouTube zatytułowany Drifting. Z Joe Robertsonem długo wybieraliśmy utwór. Najbardziej spodobał mi się Daddy Longlicks. Jest po prostu genialny.


Jakich gitar użyłeś podczas nagrywania materiału na płytę?


Przez moje ręce w studiu przeszło sporo wioseł. Całe życie grałem na Gibsonie ES-335 i bez niego nie wyobrażam sobie pracy w studiu. Poza tym miałem model L-5. Ale już na początku realizacji projektu zdecydowałem się na gitarę Gibson Les Paul, bo miałem przeczucie, że tym razem będę eksplorował nowe style. Na pięćdziesięciolecie Les Paula firma Gibson wypuściła serię '59 Les Paul Reissue. Poprosiłem o taki model dla siebie - zbudował go mój przyjaciel Mike McGuire, który pracuje dla Gibsona. Zrobienie go zajęło mu kilka miesięcy. Gitara ta dotarła do mnie w dniu, kiedy zmarł Les Paul. Dowiedziałem się o jego śmierci z telewizji i dosłownie kilka chwil później przyszedł kurier z przesyłką. Ciarki przeszły mi po plecach - odczytałem to jako znak, że Les Paul czuwa nade mną. Oprócz tej gitary towarzyszył mi w studiu akustyk marki Yamaha, a do kilku partii rytmicznych użyłem mojego Stratocastera z lat 60.


Który moment podczas nagrywania płyty był dla Ciebie szczególny? Takie swoiste twórcze i artystyczne apogeum...


To było kilka dni w czasie trwania targów The NAMM Show. W studiu nagrywali sami wielcy artyści: George Benson, Joey DeFrancesco i Will Kennedy, później ja i Pat Martino, Steve Lukather i Andy McKee, Slash i Neal Schon, Guthrie i Joe Bonamassa. Wszystko się odbyło w ciągu czterech dni. Nie sądzę, żeby coś takiego miało się kiedykolwiek powtórzyć.


Greg Cook, Jason Sidwell

GALERIA
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Zobacz wszystkie