Trudno powiedzieć. Żyję z muzyki jakieś dziesięć czy dwanaście lat, ale nie pamiętam, kiedy przyszedł ten moment przejścia na tak zwane zawodowstwo. Odkąd zacząłem grać na gitarze, wiedziałem, że będę to robił pomimo wszelkich trudności. Oczywiście wtedy myślałem, że to zupełnie inaczej wygląda, ale teraz już wiem, że wcale to nie jest łatwe zajęcie. Myślę jednak, że gdybym znowu znalazł się na początku mej drogi, to i tak wybrałbym to samo, bo jest to coś, co sprawia mi radość. Nie było jakiegoś konkretnego momentu przełomowego, to się po prostu rozwijało wraz ze wzrostem umiejętności. Jak już się nauczyłem w domu podstaw gry na gitarze akustycznej, a później również na elektrycznej, postanowiłem coś z tym zrobić i zagrać na scenie. Bardzo mi w tym pomogły jam sessions, które się odbywały w klubie Graffiti w Lublinie. Grywał tam na bębnach Grzesiek Kuligowski (obecnie członek Squadu Marka Raduli - przyp. red.), Piotrek Sztajdel na klawiszach, Alek Księski, który był głównym organizatorem tych jamów, a przy tym świetnym gitarzystą, Jurek Szela Stankiewicz, Krzysiek Krótki Nowak i całe mnóstwo innych muzyków. Postanowiliśmy założyć zespół, nawet nie nadając mu nazwy. Dołączyła do nas Basia Szade i graliśmy różne numery funkowe, jazzowe, czyli to, co Basia akurat lubiła śpiewać. Graliśmy też trochę coverów, ale oprócz poważniejszego repertuaru graliśmy również dość zabawne imprezy (w tym także dla dzieci). To był moment startu gry na gitarze, kontynuowania dalszej nauki i podpatrywania starszych - jak grają, na czym grają, jak uzyskują brzmienie itd. Wprawdzie był to dla mnie przełomowy moment, ale nie powiedziałbym, żeby to było przejście na zawodowstwo. Ja i tak zawsze wiedziałem, że będę to robił.