Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jarosław Śmietana

Jarosław Śmietana

Jarosław Śmietana, jeden z najsłynniejszych polskich jazzmanów, nagrał niedawno album zatytułowany przewrotnie "I Love The Blues".  Z artystą udało mi się porozmawiać podczas II Studenckiego Festiwalu Muzyki Bluesowej "Bluesroads", który odbył się w Krakowie w dniach 24-29 maja br.

Jak Pan ocenia festiwal Bluesroads?


Jestem związany z tym festiwalem, bo jestem takim jakby medialnym i duchowym jego patronem. Gdy w zeszłym roku przyszedł do mnie Bartek Stawiarz (dyrektor artystyczny imprezy - przyp. autora) z pomysłem stworzenia takiego festiwalu, to od razu stwierdziłem, że pomysł jest genialny. Dołożyłem więc wszelkich starań  żeby mu pomóc, przynajmniej logistycznie i merytorycznie jeśli chodzi o organizację. To oczywiste, że wyraziłem taką chęć, bo jakkolwiek jestem postrzegany jako muzyk jazzowy, ale cała moja kariera zaczęła się od zespołu bluesowego, który powstał pod koniec lat 60’tych. Graliśmy wówczas repertuar Alberta Kinga, B.B. Kinga, Johna Mayalla z płyty "Bluesbreakers" i Hendrixa. Od tego zacząłem, później dopiero zainteresowałem się jazzem na 40 lat. A teraz postanowiłem wrócić do tych korzeni, więc propozycja Bartka dotycząca zostania duchowym patronem festiwalu szczególnie wydała mi się bliska. Festiwal uważam za świetny pomysł, bo takiego festiwalu w Krakowie brakowało. Bluesroads rozwija się powolutku, ale dobrze, że powolutku, dobrze, że nie jest to wybuch, a potem nagle zwiędnięcie, tylko systematycznie jest coraz ciekawiej.


Czy brakuje takiego festiwalu też w Polsce?


Myślę, że tak, bowiem są jakieś festiwale bluesowe w Polsce, ale mają one mały zasięg. My mamy szanse tutaj, przy Uniwersytecie Jagiellońskim, na to, by festiwal ten nabrał rangi ogólnopolskiej, a może nawet w przyszłości, miejmy nadzieję, międzynarodowej. Wiążemy z tym festiwalem duże oczekiwania, ponieważ jest to wydarzenie kulturalne na wyższym poziomie, niż programy rozrywkowe proponowane na co dzień przez media. To, do czego nasze media sprowadzają słuchaczy jest po prostu żenujące. Uważam, że radio lansowało znacznie lepszą muzykę dawniej. W tej chwili komercyjne rozgłośnie puszczają tylko pop, który jest papką muzyczną, wpada jednym uchem, wypada drugim, w ogóle nie ma żadnej wartości duchowej. A blues… jego odmian są setki. Umówmy się - blues ma wpływ na wszystko; na jazz, na muzykę rozrywkową, na pop, na rock. Nie ma współczesnej muzyki, no, może poza symfoniczną, gdzie nie można byłoby znaleźć wpływów bluesa.


Obaj zasiedliśmy w tym roku w jury przeglądu zespołów. Czy przegląd zespołów amatorskich, w którym startują osoby w wieku studenckim ma szansę bytu? Nie jest to sprzeczne z obiegową opinią, że blues jest zarezerwowany wyłącznie dla ludzi dojrzałych wiekowo?


Ależ absolutnie taki przegląd ma sens. Wszelkie stwierdzenia, że bluesa grają wyłącznie starsi ludzie, są błędne. Są na to dowody. Wszak za najlepszą europejską płytę bluesową uważa się John Mayall &The Bluesbreakers z Erikiem Claptonem. Eric Clapton miał 22 lata, gdy nagrał tę płytę. John Mayall był niewiele starszy. Przez wielu jest ona uważana za jedno z czołowych osiągnięć gitarowych w ogóle i bluesowych również. Muzycy, którzy dzisiaj są uznawani za ikony bluesa, czyli Muddy Waters i John Lee Hooker, kariery zaczynali jako młodzi ludzie i wtedy zdobywali sławę. Robert Johnson przeżył zaledwie 27 lat, a jest uważany za główną ikonę bluesa. To są dowody przeczące obiegowej opinii, że jedynie starsi mogą grać dobrze bluesa. Nie ma żadnej granicy wiekowej, ani w jedną ani w drugą stronę.


A jakby Pan ocenił poziom, jaki reprezentowały zespoły amatorskie w tym roku?


Ten rok jest na wyższym poziomie artystycznym, niż zeszły rok. Jury wyłoniło najciekawszych wykonawców, zresztą, jak się później okazało nasza ocena była dość zbieżna z oceną publiczności, więc śmiało możemy stwierdzić, że jury nie składało się z zimnokrwistych fachowców oceniających inaczej niż publiczność - i bardzo dobrze. Ja zauważyłem kilku muzyków, w których warto inwestować i im pomagać, bo jeśli ci ludzie wytrwają w swojej determinacji, to będą przyszłością polskiej muzyki nie tylko bluesowej.


Chciałbym teraz porozmawiać o pańskiej najnowszej płycie "I Love The Blues". Nie ma wątpliwości, że jest Pan znany głównie z jazzu, skąd więc pomysł na płytę bluesową i dlaczego akurat teraz się ona ukazała?


To nie do końca jest tak, że pomysł na płytę powstał teraz. Tak jak powiedziałem, zaczynałem swoją przygodę z muzyką od bluesa. I pomyślałem, że po 38 latach grania jazzu chciałbym przypomnieć każdemu, a przede wszystkim sobie, gdzie są moje korzenie. Moje korzenie są w bluesie, więc był to idealny moment, żeby zrobić płytę bluesową. A poza tym ja do tego dojrzewałem długo, bo przecież dwa lata temu wydałem płytę z muzyką Jimiego Hendrixa, który też był moją fascynacją młodzieńczą. Ja nawet byłem na koncercie Hendrixa w 1968 r. Miałem wtedy zespół i graliśmy wszystkie przeboje Hendrixa - od tego zaczynałem. Więc to są takie sentymentalne podróże w czasy moich początków z tym, że już z pozycji dojrzałego muzyka, który z niejednego pieca chleb jadł. Jako muzyk jazzowy, jako muzyk doświadczony, rozwinięty i harmonicznie i melodycznie mogę spokojnie takie coś zrobić.


Czy do bluesa trzeba w takim razie dojrzeć ?


Bluesa trzeba czuć. Ja mam taką teorię - tyczy się ona muzyki. Nie ma czegoś takiego jak znanie się na muzyce, nie ma czegoś takiego jak dojrzewanie do jakiejś muzyki. Jest tylko wrażliwość człowieka. Jeśli człowiek jest wrażliwy i umie uruchomić pokłady wrażliwości, to może iść na każdy dowolny koncert dobrego artysty i przeżyje go w idealny sposób. Muzyka Igora Strawińskiego nie była pisana dla muzykologów, czy dla ludzi, którzy pokończyli wyższe studia muzyczne. To było dla ludzi. Chopin pisał dla ludzi, Mozart pisał dla ludzi, Jimi Hendrix grał dla ludzi, Ornette Coleman, Miles Davis, John Coltrane tak samo. Nie grali oni dla znawców. Tylko musieli trafić na wrażliwość. Ja grywałem w wielu miejscach w Polsce, grywałem dla górników, grałem w więzieniach i jeśli, jako zespół, byliśmy przekonywający z naszą muzyką, a ludzie chcieli nas słuchać to się zawsze sprawdzało. Muzyka jest przeznaczona dla człowieka wrażliwego, który potrafi te swoje pokłady wrażliwości uruchomić.


Ale sam Pan użył stwierdzenia, że musiał do tego dojrzeć, że teraz jako dojrzały muzyk może Pan sobie pozwolić na płytę bluesową.


Musiałem dojrzeć nie do bluesa, ale do decyzji, żeby po latach grania muzyki jazzowej zrobić płytę stricte bluesową, czyli taką, która sentymentalnie nawiązuje do czasów mojej młodości. Nie musiałem dojrzeć do muzyki, bo ja tę muzykę zawsze czułem. Moja muzyka wywodzi się z bluesa i będzie zawsze kojarzona z bluesem. Być może gdybym zrobił taką płytę wcześniej, to ktoś by mi zarzucił: "Właściwie, to kim on jest? Czy on jest jazzmanem, czy jest bluesmanem?" I właściwie kiedyś mi zależało na opinii, żeby mnie nie kojarzono z niczym. A w tej chwili jestem w pozycji człowieka, który się pogodził ze wszystkim. Pogodziłem się z samym sobą, moje korzenie wychodzą od bluesa, ja jestem jazzowym muzykiem, który kocha bluesa. I mało tego - uważam, że jazz pozbawiony elementów bluesa jest nie do przyjęcia.


Czy w takim razie ktoś nie powie, że blues jest ważniejszy od jazzu, skoro…


Ja wiem do czego Pan zmierza. Jest taka płyta Milesa Davisa "Kind of Blue". Na tej płycie jest osiem "bluesów". Fani bluesa mogliby powiedzieć śmiało, że to najlepsza płyta bluesowa, a fani jazzu - że to najlepsza płyta jazzowa. Ja tego nie rozdzielam. To jest tylko muzyka, muzyka, która ma elementy bluesa. Jazz i blues dla mnie jest tym samym. Czy płyta "I Love The Blues" jest bluesowa i jazzowa, to zostawiam ocenie słuchaczy. Dla mnie ta muzyka jest pełna bluesa, pełna elementów bluesa i pełna powietrza, które blues ze sobą niesie, oddechu, spokoju, a jednocześnie ukrytej energii. I taką płytę chciałem zrobić. To nie jest moja ostatnia płyta.  Być może za chwilę zrobię płytę z autorskimi kompozycjami odbiegającymi stylistycznie od bluesa, ale zawsze tam będzie jego element. W moich dotychczasowym poczynaniach jazzowych zawsze jakieś elementy bluesa się pojawiały. I dla mnie jazz to blues! Dla mnie nie ma jazzu bez bluesa. Wszyscy muzycy, na których muzyce się wychowałem grają bluesa. George Benson gra bluesa, Wes Montgomery gra bluesa. Ci wszyscy ludzie z bluesem są za pan brat. A to, że grają jazz? No bo jazz to blues. Jazz jest rozwiniętą formą bluesa. Gdyby muzycy ci odeszli od bluesa, to przestaliby mnie interesować. Ja kocham Milesa Davisa i jest on dla mnie bluesmanem. Najsłynniejsza jego płyta "Kind of Blue" jest płytą bluesową. O tym się nie mówi, ale to jest prawda.


Czy blues na najnowszej pańskiej płycie jest bluesem korzennym, czy może bluesem według Jarka Śmietany, czyli takim, w którym połączone są wszystkie ulubione Pana gatunki muzyczne?


To jest na pewno blues, taki, jak ja go słyszę. To jest moja płyta i Wojtka Karolaka. Ale z pewnością słuchacz dojdzie do wniosku, że płyta jest stylowa. Na tym mi głównie zależało. Grana przez muzyka jazzowego, który z niejednego pieca chleb jadł. I my tak widzimy nasze korzenie. Ta płyta, to nasze credo. Jest ona w różnych stylach, jest bardzo kolorowa, daje wiele odcieni. Tak jak muzyka jest bardzo kolorowa. I wszystkie te odcienie zawarte w 14 utworach, dają w każdym z nich bluesa. I proszę zwrócić uwagę podczas słuchania, jaka to jest różnorodna muzyka. Ile barw ma blues. Na tym mi bardzo zależało, żeby tutaj oddać kolory bluesa. Właściwie nawet się zastanawiałem, czy nie nazwać płyty "Colours of Blues". Może by to bardziej oddawało zawartość płyty, na które jest 14 różnych utworów i każdy jest inny.


Czy  jakoś szczególnie przygotowywał się Pan do nagrania tej płyty? Słuchał jakiś konkretnych bluesowych albumów/wykonawców?


Ja się do tej płyty całe życie przygotowywałem. Płyty bluesowe mam i słucham ich od 40 lat. Cały czas. Również jazzu słucham, także tego awangardowego. Słucham bebopu, rock’n rolla. Ja kocham muzykę i jestem przygotowany do różnych rzeczy. Dlatego co roku staram się wydawać płytę z jakimś nowym pomysłem muzycznym. Traktuję muzykę bardzo serio, ja ją analizuję, ja nią żyję, ja jej słucham na okrągło. I jej nie wartościuję. Dla mnie John Lee Hooker i Muddy Waters to są tacy sami geniusze jak Miles Davis lub John Coltrane, tylko w innej dziedzinie. I nie potrafiłbym odpowiedzieć na pytanie: "Jaka jest twoja ulubiona muzyka?". Mam to szczęście, że żyłem na przełomie XX i XXI wieku. Urodziłem się jeszcze w okresie panowania klasycznego jazzu. Później przeżyłem całą falę rocka, muzyki brytyjskiej. Ale załapałem się też troszkę na bebop. Kocham zupełnie skrajne rzeczy, Franka Sinatrę, Ornette Colemana, Erica Claptona, Jimi Hendrixa. Ale kocham też gitarzystów stricte jazzowych: Joe Pass, Jim Hall. Uwielbiam Johna Scofielda, mojego rówieśnika i kolegę. Poza tym uwielbiam Johna Mayera, młodego gitarzystę nowej generacji, który gra wspaniale. Jeśli muzyka jest robiona na dobrym poziomie, przez ludzi, którzy poświęcili życie tej muzyce i traktują ją serio, to ja w to wchodzę.


Gdyby teraz ukazała się płyta z muzyką Franka Sinatry autorstwa Jarka Śmietany, to nie byłby to pański kaprys, ale część pańskiej wrażliwości muzycznej, która żyła w Panu przez lata.


Dokładnie o to chodzi. Ta muzyka jest częścią moich przemyśleń i mojego dojrzewania muzycznego. Trudno mówić tu o jakiś kalkulacjach, czy kaprysach, bo ta muzyka gdzieś we mnie jest. Pewnie takie rzeczy, o których wcześniej rozmawialiśmy,  w przyszłości się pojawią. Ja będę różne rzeczy robił, ponieważ na różnych zostałem wychowany. Miałem to szczęście, że nie żyłem w jednej epoce muzycznej. Byłbym epigonem staroci, gdybym grał tylko rzeczy minione. Ja muszę grać to, co się działo w moim życiu.


Czyli kolejność wydawania płyt (muzyka Hendrixa, Seiferta, teraz blues) również nie miała znaczenia?


Ani kolejność ani moment, w którym zostały wydane. Akurat tak wyszło. Mogę zdradzić jedną tajemnicę - ja dużo pracuję w studiu. I mam taką filozofię życiową, że staram się rejestrować wszystko, co się da. Gram z różnymi ludźmi, z różnymi zaproszonymi gośćmi. Jeżeli ktoś u mnie jest, staram się go namówić na nagranie. Mam sporo materiału niewydanego jeszcze, z którego mógłbym poskładać bardzo ciekawe i różnorodne płyty. Np. planuję teraz wydanie płyty z big-bandem i mam już kilka nagrań. Chodzi to już za mną od dłuższego czasu. Mam na koncie płyty z orkiestrami symfonicznymi, ze smyczkami, w małych i dużych składach.


A co oprócz big-bandu w najbliższej przyszłości Pan jeszcze planuje?


Myślę o różnych rzeczach. Chciałbym np. zrobić autorską płytę akustyczną: gitara i same instrumenty akustyczne. W ogóle bez użycia elektroniki. Ja jestem zdeklarowanym gitarzystą elektrycznym, ale kilka rzeczy akustycznych nagrałem już w życiu. Mam też pomysł na drugą suitę z muzyką symfoniczną, która wydaje mi się bardzo ciekawa, bo byłoby to połączenie jazzu, rocka i symfonii.
Nie wiem jeszcze w jakiej kolejności ukażą się te płyty. Dopiero co wyszła płyta "I Love The Blues", więc na razie jeszcze za wcześnie na konkretną deklarację. Ale ja już powoli myślę o następnych albumach, aby w przyszłym roku mieć coś znowu do zaproponowania. Jedno mogę na dzień dzisiejszy powiedzieć - na pewno coś nagram, bo mam już taki charakter, że muszę coś robić.


Nie należy więc spodziewać się w najbliższym czasie emerytury Jarka Śmietany?


Nie - nigdy. Mam same dobre wzorce. Widzę jak np. B.B. King do tej pory gra, Ornette Coleman, 85 lat i gra trzygodzinne koncerty. Dizzy Gillespie i Miles Davis grali aż do śmierci. Trzeba grać. O, albo np. Eric Clapton, facet jest ode mnie sporo starszy, też ciągle gra…


Albo John Mayall, 77 lat. Rozmawiałem z nim rok temu, jest w świetnej formie, przede wszystkim umysłowej!


No właśnie! Muzyka utrzymuje człowieka w dobrej kondycji. Dlatego ja się nie boję emerytury, nie sądzę, żebym na nią poszedł. Będę grał do końca i do końca mam zamiar tworzyć, bo tak traktuję swoje życie. Jeśli nawet jakaś drobna cegiełka w tym oceanie muzyki po mnie pozostanie, to będę bardzo szczęśliwym człowiekiem. Ale i będę szczęśliwy bez tego, bowiem mnie sam proces tworzenia fascynuje.


A co jeśli nagle zaczną pojawiać się opinie negatywne na temat pańskiej twórczości?


Oczywiście, jest to możliwe. Ale nie ma artysty na świecie wolnego od takich opinii. Wielkie arcydzieło muzyczne, "Święto wiosny" Strawińskiego zostało w Paryżu obrzucone pomidorami. I jakoś Strawiński działał dalej, nie załamał się.


Zdarzają się jednak komentarze bolesne, dające czasem do zrozumienia, że pora zejść ze sceny. Mogłyby mieć one wpływ na dalszą działalność?


Nie, to ja bym musiał ocenić, że nie mam nic do powiedzenia. Ostatnia decyzja należy do mnie. Dopóki będą odbiorcy mojej muzyki, to będę robił, to co robię. Na moich koncertach jest dużo ludzi, a moje płyty są chętnie kupowane. Należę do tej elitarnej grupy muzyków jazzowych, których płyty są kupowane. I to jest wykładnik. Cóż, jeśli byłby zupełny brak zainteresowania, to wtedy trzeba by zamknąć teatrzyk. Ale póki co nie obawiam się tego.

Nie przejmuję się negatywnymi komentarzami, bo znam swoją wartość. Nie jestem jednak megalomanem i nie uważam, że to, co robię jest genialne. Potrafię też bardzo krytycznie spojrzeć na swoją twórczość. Poza tym robię rzeczy, które na ogół się sprawdzają. Jestem pod tym względem rozpieszczony przez fanów. Przychodzą oni na koncerty, więc czym mam się przejmować? Mam tego świadomość - nie biorę narkotyków, nie jestem odjechanym schizofrenikiem, nie występuję w programach, po których pieniądze uderzają do głowy. Ja stoję na ziemi i tworzę rzeczy bliskie normalnemu człowiekowi. Nie jestem i nie chcę być celebrytą. Chcę być artystą niepokornym, ale grającym dla ludzi. Mówiąc "niepokornym" mam na myśli to, że nie dam się przerobić na blichtr. Chcę robić swoje rzeczy i całe życie to robię. Dzisiaj się już nie zmanieruję. Trzeba było wcześniej namówić mnie na chałtury (śmiech).


A można było?


Być może, ale nie udało się. Miałem różne propozycje. Mogłem grać w każdym zespole popowym w Polsce. Nigdy nie skorzystałem z tego, bo mnie to nie interesowało.


Jarek Śmietana nie jest więc na sprzedaż?


Źle bym się z tym czuł. To tak jak z tymi programami telewizyjnymi, w których jury się na siłę produkuje. Patrzę na to z zażenowaniem. Nie wiem w ogóle o co chodzi w tych programach…


O promocję muzyki?


O promocję jurorów. Gwiazdą takich programów jest juror, a wykonawca tam występujący jest nieważny. To samo tyczy się programów, gdzie przeprowadza się wywiady z zaproszonymi gośćmi. Gwiazdą programu jest wówczas jego gospodarz, goście się nie liczą, nikt nie słucha tego, co mają do powiedzenia. A powinno być odwrotnie.


Zmieniając temat na przyjemniejszy, proszę powiedzieć coś o sprzęcie muzycznym, z którego Pan korzysta.


To mógłby być osobny temat na wywiad - rzekę, bo jestem świrem instrumentowym. Mam ponad 40 różnych gitar. Mam kilkanaście różnych wzmacniaczy. Przede wszystkim jednak używam prawdziwych instrumentów. U mnie nie ma sampli, syntezatorów. Zrobiłem wyjątek podczas płyty z raperami, bo charakter muzyki tego wymagał. Na "I Love The Blues" gram na gitarze dobro, na steel guitar, na hawajskiej gitarze, na kilkunastu innych prawdziwych gitarach. Jeśli chcę mieć brzmienie z lat 60’tych, to używam gitary Gretch. A jeśli chcę mieć brzmienie z końcówki tamtej dekady, to sięgam po Les Paula. Na "Hendrixie" grałem na trzech Fenderach. Najczęściej używam lampowych wzmacniaczy, najbardziej lubię Voxa, Labogę. Bardzo lubię sprzęt robiony na zamówienie, np. moją gitarę Mayonez. Gram też na Hoffnerze, mam kilka Les Pauli, mam w sumie 12 Gibsonów, z których kilka jest kultowych, z lat 60’tych. Mam jazzowe gitary absolutnie z górnej półki. Stratocastery oryginalne i lutnicze.


Ale to nie jest tylko kolekcjonowanie sprzętu?


Absolutnie nie. Kolekcja się zrobiła, ale ja z tego sprzętu ciągle korzystam. Po części dlatego moja muzyka jest różnorodna, bo korzystam z różnorodnych instrumentów. Kupiłem sobie np. oryginalnego Hammonda ze wzmacniaczem Leslie. Nie korzystam z keyboardów, które Hammonda tylko imitują. Na moich płytach jest prawdziwe pianino i fortepian, prawdziwe bębny, prawdziwy bas i gitary. Nie edytujemy wokali. Jak jest nieczysta partia, to się robi drugie podejście, a nie używa komputera. Nie znoszę tego. Dla mnie to jest zabijanie muzyki. Jestem purystą jeżeli chodzi o prawdziwe brzmienie. Zrobiłem jedną płytę na komputerze, w 92 r. i były tam same syntezatory, ale to była taka koncepcja.


Jak doszło do współpracy z muzykami występującymi na "I Love The Blues"?


To wszystko są moi przyjaciele. Płytę firmuję razem z Wojtkiem Karolakiem, który jest wybitnym muzykiem, dla mnie fenomenalnym partnerem, bo rozumiemy się doskonale. Wojtek poszerza moje horyzonty i bardzo dużo wnosi do zespołu. Mam stałą sekcję rytmiczną: Adam Czerwiński - bębny, Paweł Mąciwoda - bas. Poza tym goście zaproszeni do sekcji rytmicznej oraz gościnnie występujący wokaliści. Mowa tu o Billym Nealu z Australii, obdarzonym bardzo rasowym, mocnym głosem. Billa poznałem rok temu zupełnie przypadkowo. Jest także Z-Star, dziewczyna z Trynidadu, mieszkająca w Londynie, która śpiewa ze mną program "hendrixowski". Z-Star jest wybitną wokalistką, świetnie śpiewa bluesa i kocha Hendrixa. I w końcu Karren Edwards, pianistka i wokalistka jazzowa z Atlanty, z którą już kiedyś jedną płytę nagrałem i na stałe współpracuję. Każdy z tych wokalistów reprezentuje coś innego. Bill jest najbardziej rockowy, Z-Star jest taką metafizyczną, magiczną postacią na płycie, natomiast Karren reprezentuje klasyczne podejście do śpiewu jazzowego. Czyli znowu chciałem uchwycić tę różnorodność.


Czy ci muzycy musieli iść na jakieś kompromisy? Paweł Mąciwoda znany jest wszak z zupełnie innej twórczości.


Tutaj różni muzycy grają w różnych utworach. Jeśli chcę osiągnąć jakieś konkretne brzmienie, to przy pomocy muzyka, który odnajduje się w tym najlepiej. Paweł Mąciwoda jest wyjątkowym muzykiem i bardzo zdolnym człowiekiem. Granie w zespole Scorpions to jego praca etatowa, natomiast jego horyzonty są znacznie szersze. Znam go od czasu gdy  był dzieckiem i bardzo go sobie cenię. W większości utworów na basie gra Paweł, w kilku pojawiają się: Robert Kubiszyn, Antoni Dębski. Na tej płycie gra też znany basista, Krzysztof Ścierański, tyle, że na gitarze. Krzysiek gra świetnie na gitarze, więc postanowiliśmy zrobić na płycie duet gitarowy.


Jakie miałby Pan rady dla młodych muzyków?


Po prostu się nie poddawać. Najważniejszą cechą jest konsekwencja w działaniu. Przy założeniu, że jest się zdolnym i ma się coś do powiedzenia w sposób artystyczny. Ale to jest mus, bo jak ktoś jest niezdolny, to niech się nie zajmuje muzyką. Natomiast znam wielu bardzo dobrych artystów, którym siada konsekwencja. Zniechęcają się przy jakiś problemach, czy barierach. Wielu muzyków zarzuciło granie. Wielu muzyków zrezygnowało z progresywnego grania na konto chałturzenia. Ja tego nigdy nie zrobiłem, nigdy nie pojechałem na jakiś statek grać. Nigdy nie byłem muzykiem wynajętym za pieniądze do grania byle czego. Zawsze od tego stroniłem. Wolałem iść tą trudniejszą drogą, ale bardziej satysfakcjonującą. To jest też związane z konsekwencją w działaniu.

Poza tym nie należy też przeceniać swoich sukcesów, czyli być umiarkowanym w ocenach skrajnych. Jeżeli przychodzi jakiś sukces, nie zachłysnąć się nim. Cieszmy się nim, ale pamiętajmy, że tak jak w przypadku niepowodzeń - to tylko chwila i za moment może być zupełnie inaczej. Muzyka jest kapryśną panią, raz jest wspaniale, a raz jest słabo. Dlatego należy robić swoje i pomimo wszystko ciągnąć ten wózek. I to po latach daje efekty.

Uważam, że moim największym sukcesem jest to, że tyle lat gram, jestem konsekwentny i traktuję to na serio. Ja miałem bardzo trudne okresy w życiu związane z pracą w Polsce. Okres stanu wojennego był dla mnie zupełną klęską, bo zostaliśmy pozbawieni grania. Przeżyłem różne rzeczy, ale zawsze wierzyłem w to, że trzeba grać. Ale frustruje mnie czasem, jak widzę sukces ludzi, którzy na ten sukces nie zasłużyli. Bo zostali wylansowani na gwiazdy, a o ostatnio jest to bardzo w modzie. Ktoś jest gwiazdą, bo tak akurat wyszło. Ale nie należy na to zwracać uwagi. Jeśli jesteśmy pewni swoich działań i działamy konsekwentnie, wtedy możemy mówić o prawdziwym sukcesie.


Niedawno Ana Popovic powiedziała mi, że rynek amerykański jest bardziej otwarty na muzykę niż rynek europejski. W Stanach nie zwraca się uwagę na gatunek muzyczny, a w Europie panują wyraźne podziały na blues, jazz itd.


Jest sporo w tym racji. Na rynku amerykańskim jest miejsce dla każdej muzyki. A w Europie są mody. Jest moda na bluesa, na country a potem przychodzi moda na piosenki. Jak przychodzi taka moda, to wszystkie inny gatunki dostają w tyłek.


A w Polsce?


W Polsce też są mody. Teraz np. blues i jazz są w odwrocie. Ale kiedyś była wielka moda na bluesa. Był szał bluesowy, był też szał jazzowy. A teraz jest moda na przaśny pop. Ale myślę, że to też przejściowe, w końcu się ludziom znudzi.

Kuba Chmiel

Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie