Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Krzysztof "Puma" Piasecki

Krzysztof "Puma" Piasecki

To jeden z niewielu polskich gitarzystów mogących pochwalić się tak szerokim wachlarzem stylistycznym oraz tak bogatą listą zespołów, w których grał. Ten opolski muzyk planuje kolejny raz podbić nie tylko polską, ale i europejską scenę. Wraz ze Stanem Michalakiem i Kennym Martinem stworzyli The 3RIO i wydali znakomity album zatytułowany "We’ve Got Plans...". W rozmowie z nami Puma opowiedział o swoich muzycznych fascynacjach, życiu gitarzysty w dawnych latach oraz o kondycji polskiego jazzu.

Jak się rozpoczęła Twoja historia z instrumentem i w którym momencie postanowiłeś, że to właśnie muzyka stanie się Twoją profesją?


Gitara pociągała mnie już od najmłodszych lat, na co z pewnością miała wpływ wszechobecna w moim domu muzyka. Mój brat uczęszczał do szkoły muzycznej w klasie akordeonu, w której zgodnie z założeniem ojca ja miałem uczyć się gry na skrzypcach, co na szczęście nigdy nie miało miejsca (śmiech). Nie znaczy to, że nie lubię tego instrumentu, jednak wtedy zdecydowanie nie widziałem się w tej kategorii instrumentalnej. Gitara natomiast była obiektem, w którym się zakochałem i który kocham do dziś, i jestem przekonany, że tak już pozostanie do samego końca. Nawiązując do drugiej części pytania, mogę powiedzieć, że to była dosyć prosta sytuacja. Otóż mając 13 lat, sam zapisałem się do szkoły muzycznej - nie było tam klasy gitary, uczyłem się więc grać na kontrabasie. W tym samym czasie założyłem swój pierwszy zespół rockowy. Próbowaliśmy grać Deep Purple czy Zeppelinów. Trochę później zacząłem interesować się muzyką jazzową. Mając 19 lat, wraz z zespołem Ballada (założonym i prowadzonym przez Elę Zapendowską) wygraliśmy Opolskie Debiuty piosenką "Wycinanki", a potem pojechałem na swoje pierwsze w życiu warsztaty w Chodzieży, gdzie moim wykładowcą był nieżyjący już Marek Bliziński. Był to znakomity, niestety obecnie zapomniany i niedoceniany gitarzysta. To właśnie dzięki niemu i jego wykładom naprawdę połknąłem bakcyla. Będąc w tym samym miejscu, poznałem rok później Jarka Śmietanę, i wiedziałem już, co będę w życiu robił.


Wielu młodych gitarzystów uważa, że kompleksowe wykształcenie muzyczne nie jest do niczego potrzebne, gdyż lepiej opanowywać potrzebny materiał na własną rękę. Czy mógłbyś powiedzieć nam, dlaczego warto postawić na solidną edukację muzyczną?


Niestety czas tzw. prawdziwków minął i obecnie, kiedy konkurencja jest duża, również i na rynku muzycznym, solidne zaplecze każdego muzyka jest niezbędne. Każdy gitarzysta powinien opanować nie tylko podstawy swojego instrumentu. Oczywiście teraz każdy człowiek posiadający dostęp do internetu może korzystać z coraz to większych zasobów materiałów dydaktycznych, jednak niezbędny jest też odpowiedni dobór i uporządkowanie wszystkich tych zagadnień związanych z muzyką i właśnie na tym polu szkoła jest bezcenna. Kiedy ja zaczynałem swoją muzyczną przygodę, sytuacja była odwrotna - nie mieliśmy żadnych materiałów do nauki i kiedy ktoś wyjeżdżał na Zachód, stawał się celem naszych ciągłych nagabywań w sprawie zdobycia porządnych "kwitów". Podsumowując: uważam, że ogrom możliwości edukacyjnych w postaci szkół państwowych, prywatnych, a także prywatnych nauczycieli i różnego rodzaju szkółek DVD to doskonała okazja dla każdego gitarzysty, z której trzeba korzystać. W zależności od potrzeb można swą wiedzę pogłębiać i iść dalej, jednak jest to już kwestia indywidualna.


Na muzycznej scenie swoje pierwsze profesjonalne kroki stawiałeś już w latach 70. Jak wyglądało w tamtym czasie życie zawodowego gitarzysty?


To były naprawdę fajne czasy, bardzo miło wspominam tamte lata pomimo wszelkich trudności z dostępnością zawodowych instrumentów oraz materiałów edukacyjnych. W szkołach niestety byliśmy wręcz karceni przez wykładowców za zajmowanie się muzyką inną niż klasyczna. Poza tym dużym minusem tamtego okresu był dla mnie praktycznie całkowity brak kontaktu z Zachodem, skąd moglibyśmy czerpać większość inspiracji. Wszystko kręciło się dookoła własnej osi. Jako muzycy cierpieliśmy też dosyć mocno ze względów finansowych, ponieważ nie można było wtedy porządnie zarobić. Zabronione było posiadanie obcej waluty. Muzycznie pod wieloma względami teraz jest lepiej, otworzyliśmy się na Zachód, dzięki czemu krajowy rynek muzyczny naprawdę zyskał.


Na swoim koncie masz setki koncertów zagranych w klubach nie tylko na terenie naszego kraju, ale także Niemiec, Skandynawii i USA. Jak wypada Twoim zdaniem polska muzyka jazzowa w porównaniu z twórczością wywodzącą się z krajów, które odwiedziłeś?


Uważam, że pod tym względem jest naprawdę dobrze. W naszym kraju mamy wielu znakomitych jazzmanów, jak również muzyków rockowych czy bluesowych. Problemem jest natomiast popularyzacja tego gatunku. Mimo że istnieje wiele klubów i innych miejsc, w których gra się muzykę na żywo, nadal bardzo mało jazzu słyszy się w radiu czy telewizji, a promocja młodych muzyków jest wręcz znikoma. W kwestii samego poziomu sądzę, że jest on wyrównany, możemy się bowiem poszczycić wieloma artystami klasy europejskiej i nawet światowej.


Jesteś jednym z najbardziej utytułowanych gitarzystów jazzrockowych w Polsce, miałeś także okazję grać z legendami światowej estrady, wśród których był np. José Feliciano czy Alan White. Jak wielkim przeżyciem jest dla muzyka występowanie z gwiazdami takiego kalibru?


Poznanie takich ludzi to przede wszystkim ogromna satysfakcja i jednocześnie inspiracja. Miałem okazję zagrać nie tylko z Alanem czy Josém, ale także z Chesterem Thompsonem i wieloma innymi. Naturalnie pierwszy kontakt jest w takich przypadkach dosyć mocno stresujący, ale później zazwyczaj wytwarza się naprawdę znakomita i inspirująca chemia. Jeśli chodzi o Joségo Feliciano, to spotkaliśmy się na scenie w czasach, gdy grałem jeszcze w Alex Bandzie, i jest to jedno z najlepszych doświadczeń w mojej karierze. Już na etapie prób wiedzieliśmy, że to naprawdę wypali. Udało nam się zagrać świetny koncert, wszyscy mieliśmy znakomity kontakt i stworzyliśmy naprawdę zgrany zespół. Efektem wielu z tych okazjonalnych występów było nawiązanie trwałego kontaktu. Ze wspomnianym wcześniej Alanem White’em znamy się do dzisiaj i z naszą przyjaźnią wiąże się dosyć śmieszna historia. Otóż wracając z jednego ze wspólnych koncertów w Polsce, złapałem gumę i Alan White we własnej osobie pomagał mi przy zmianie koła (śmiech). Pamiętam, że powiedział wtedy: "Chris, a może zarzucimy granie i zajmiemy się zawodowo zmianą kół? Tak dobrze nam to idzie" (śmiech). Przyznam się, że wcześniej nigdy nie spodziewałbym się takiego obrotu wydarzeń.


Od pewnego czasu istnieje Twój nowy projekt pod nazwą The 3RIO. Grasz w nim z kontrabasistą Stanem Michalakiem oraz perkusistą Kennym Martinem. W jakich okolicznościach skrzyżowały się Wasze muzyczne drogi i kiedy zdecydowaliście, że powstanie to trio?


Stana Michalaka znam od kilku lat - poprzednio dosyć długo mieszkał w Europie Zachodniej, jednak parę lat temu przeniósł się znów do Polski. Poznaliśmy się podczas festiwalu Jazz nad Odrą, w klubie Rura. Naszym pierwszym koncertowym spotkaniem była wspólna sztuka w trio wraz ze Zbyszkiem Lewandowskim. Już wtedy poczuliśmy między sobą fajną muzyczną chemię. Jakiś czas później dostaliśmy propozycję nagrania płyty z pewną wokalistką. Pracowaliśmy w studiu w Koszalinie i właśnie tam poznałem Kenny’ego Martina. Wszyscy trzej wynieśliśmy z nagrania tamtej płyty naprawdę wiele, no i przede wszystkim wiedzieliśmy już, że świetnie się nam razem gra. Niedługo potem zdecydowaliśmy się na założenie trio, zagraliśmy kilka koncertów, i tak to się zaczęło.


Niedawno ukazała się Wasza pierwsza płyta "We’ve Got Plans". Jest to mieszanka nastrojowych melodii, świetnej harmonii i dynamicznego groove’u. Jak wyglądał proces powstawania materiału oraz tworzenia aranży standardów, które znalazły się na krążku?


Będąc liderem tej formacji, wpadłem na pomysł zawarcia na płycie nie tylko autorskich kompozycji, ale także standardów rockowych w aranżacjach jazzowych. Utwory, które wybrałem - "I Can’t Get No (Satisfaction)", "Stairway To Heaven" i "Samba Pa Ti" - noszę w sercu od zawsze i właśnie dlatego chciałem, aby znalazły się na tej płycie. Kiedy współpracuje się z muzykami klasy Stana i Kenny’ego, to całość nabiera zupełnie nowego wymiaru i koloru.


Wielkim plusem tego albumu jest znakomite brzmienie. Jak się Wam wspólnie pracowało w studiu i ile czasu zajęło dopracowanie tak świetnego soundu?


Nagrania tej płyty poszły nam naprawdę rekordowo szybko. Cały materiał nagraliśmy na tzw. setkę. Wszystkie numery są zagrane w całości, całkowicie zrezygnowaliśmy z robienia jakichkolwiek dogrywek. Jestem bardzo dumny z osiągniętych rezultatów. Dobrze znam studio oraz realizatora Andrzeja Czubińskiego, który bardzo nam pomógł w kreowaniu brzmienia. Dosyć długo zajęło nam ustawianie samego soundu, niestety trudno jest wejść do studia, rozpakować graty i po prostu nagrać (śmiech). Odpowiednie przygotowanie całego setupu zajęło nam około trzech dni. Co ciekawe, samo nagrywanie utworów trwało łącznie jedynie 20 godzin (śmiech). Skupiliśmy się na osiągnięciu dobrego brzmienia i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatów. Myślę, że tak naprawdę po raz pierwszy od wielu lat czuję się naprawdę spełniony!


Z jakich wioseł korzystałeś, pracując nad "We’ve Got Plans..."?


Korzystałem z kilku gitar, ale głównym wiosłem był czerwony Gibson ES-335, "Stairway To Heaven" nagrałem na stricte jazzowym Hofnerze Chancellor, natomiast do partii akustycznych używałem swojego starego i sprawdzonego Guilda.


Jesteś gitarzystą grającym, a także brzmiącym niezwykle przestrzennie. Jak wygląda Twój aktualny zestaw efektów i innych zabawek?


W przypadku "We’ve Got Plans..." tylko w jednym numerze skorzystałem z takiego sflangerowanego chorusu, do reszty materiału wykorzystałem wyłącznie czystą barwę gitary, ewentualnie z lekkim crunchem. W tym projekcie chciałem użyć jak najmniej efektów. Podczas pracy nad poprzednim albumem wykorzystałem ich o wiele więcej, sięgnąłem także po syntezator gitarowy. W moim koncertowym pedalboardzie, którego używam na co dzień, znajdują się dosyć standardowe i sprawdzone w boju kostki, takie jak: chorus Bossa, Xotic RC Booster, kaczka G LAB, delay Line 6 DL4, tremolo Carl Martin. Kiedy sytuacja tego wymaga, sięgam także po starego distortiona Rat. Przez długi czas używałem też procesora TC Electronic, z którego jednak zrezygnowałem na rzecz kostek analogowych.


Czy mógłbyś nam zdradzić, jakie są Twoje muzyczne plany na rok 2011? Czy poza albumem The 3RIO szykujesz jakieś inne produkcje?


Obecnie jestem mocno związany z teatrem muzycznym Capitol we Wrocławiu, bardzo dużo się tam dzieje - w tej chwili gram w dwóch musicalach. Rok 2011 będzie oczywiście związany z promocją płyty "We’ve Got Plans...", szykuje się nam duża trasa po Europie Zachodniej i naturalnie po Polsce. W mojej głowie i w sercu rodzi się już pomysł na kolejną płytę, ale o tym na razie nic więcej nie powiem (śmiech). Przygotowuję również aranże do płyty, którą zamierzamy nagrać "z" i "dla" niepełnosprawnych dzieciaków wraz ze Stowarzyszeniem na Rzecz Dzieci i Młodzieży o Niepełnej Sprawności Ruchowej "Ósmy Kolor Tęczy", z którym współpracuję. Z pewnością będę także prowadził różnego rodzaju wykłady - regularnie udzielam się na warsztatach bluesowych w Bolesławcu (Blues nad Bobrem), na jazzowych w Koszalinie (Hanza Jazz Festiwal) i w Małej Akademii Jazzu w Gorzowie Wlkp. Naturalnie mam zamiar skupić się na The 3RIO, ponieważ zależy nam, aby ta płyta dotarła do jak najszerszego grona odbiorców. Nie zamierzam odpoczywać!


Jaką muzykę znajdziemy obecnie w odtwarzaczu Krzysztofa "Pumy" Piaseckiego?


Nie chcę wpaść w pułapkę słuchania wyłącznie jednego artysty, bo jest to według mnie bardzo niebezpieczne. Właśnie dlatego sięgam po muzykę różnych artystów, w tym także polskich. Mówiąc o moich życiowych ulubieńcach, muszę wymienić takich artystów, jak: Jim Hall, Wes Montgomery, Pat Metheny i John Scofield. Bardzo cenię Herbiego Hancocka, a także Micheala Breckera. Muzyka, której słucham, zależy od mojego nastroju. Czasem mam ochotę posłuchać jazzu, momentami wolę jednak odpalić trochę dobrego rocka. Wtedy sięgam na przykład po Joe Satrianiego. Kiedy mam feeling bardziej bluesowy, wybór pada na Cornella Dupree. Zawsze staram się osiągnąć pewną spójność, wszystkie wymienione przeze mnie gatunki mają wspólne korzenie. Uważam, że każdy muzyk musi być bardzo czujny i mieć uszy szeroko otwarte.


Kuba Kardaś

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie