Pracę w studiu uwielbiam i nie mam złych wspomnień, najlepsze jest chyba wspomnienie połączone z nutką sentymentu. To było pierwsze nagranie, na które zostałem zaproszony jako 15-letni chłopak, aby zagrać solo na "Fishdick" Acid Drinkers. Duuuuże przeżycie - studio Modern Sound, w którym w tamtym czasie powstawały najlepsze produkcje, Adaś Toczko za gałami, a z tyłu na kanapie Skawa, co sprawiało, że wciąż się myliłem (śmiech). A na scenie? Każdy koncert jest inny i jednocześnie fajny. Jednak zdarzył się też ten najgorszy, a było to w roku 1995 w gdańskim klubie Żak. Miałem gitarę z jakimś nieszczęśliwym tremolem i już po pierwszej piosence strój się tak rozsypał, że nikt nie był w stanie go poprawić. Stres był wtedy potworny. Chłopaki z zespołu Tape Recorder, który później stał się grupą Crew, pożyczyli mi gitarę, ale oni stroili ton niżej... Resztę sobie wyobraźcie sami (śmiech). Myślałem, że tę gitarę rozerwę na kawałki. Ale nie było mnie stać na inną, więc jakoś się przeprosiliśmy. Po tamtym doświadczeniu wszystkie inne koncerty uważam zdecydowanie za najlepsze.