Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Thrash rządzi! (Megadeth, Slayer, Metallica)

Thrash rządzi! (Megadeth, Slayer, Metallica)

Czy rok 1986 był szczególny? Na pewno tak! Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu trzy największe zespoły thrashmetalowe, czyli Metallica, Slayer i Megadeth, nagrały przełomowe albumy, które stały się kultowe i do dziś są traktowane jako kamienie milowe muzyki spod znaku ostrzejszych brzmień.

Oto opowieść o roku 1986, który okazał się punktem zwrotnym w karierze wymienionych grup i wyznaczył nowy kierunek całej muzyce thrashmetalowej. Tych trzech produkcji nikomu nie trzeba przedstawiać: "Master Of Puppets" (Metallica), "Peace Sells... But Who’s Buying?" (Megadeth) i "Reign In Blood" (Slayer)

Metallica
Master Of Puppets


Przed nagraniem płyty "Master Of Puppets" zespół Metallica pozostawał nieco w cieniu. Wprawdzie miał już na swoim koncie dwa ważne krążki, ale nie dysponował jeszcze taką siłą przebicia, aby zawojować świat. I nagle dzięki "Master Of Puppets" muzycy z podbijającej kluby kapeli stali się pierwszoligową marką rozpoznawalną praktycznie na całym świecie, zdolną zapełnić największe hale i stadiony. Tak więc wystarczyło nagrać osiem składających się na album utworów, których zmiatające z powierzchni ziemi potężne riffy i szalone solówki powaliły fanów na kolana. Całość została okraszona tekstami traktującymi o takich sprawach, jak szaleństwo, narkotyki, manipulacja, wojna i śmierć.

Spójrzmy na okładkę płyty "Master Of Puppets" - widać na niej setki identycznych nagrobków wyrastających z wysokiej trawy. Tu leżą polegli żołnierze. Nad cmentarzem unoszą się wielkie ręce. Od tych rąk do każdego pojedynczego grobu odchodzi cienka lina. W tle widać czerwone, pełne dramaturgii niebo. Ta okładka od razu przykuwa uwagę. Co więcej, zawartość albumu nie mogła rozczarować żadnego miłośnika metalu. Album "Master Of Puppets" sprawił, że czas się zatrzymał, a historia rocka zaczęła pisać się na nowo. Wprawdzie wytwórnia płytowa nie zarobiła na niej kroci, bo - jak wówczas sądzono - "Master Of Puppets" to wielka płyta, ale Metallica nagra w przyszłości jeszcze lepsze albumy. Choć jest to oczywiście kwestia gustu, to my uważamy, że tak się nigdy nie stało...

Trzecia płyta zespołu okazała się dla niego przełomowa - wyznaczyła wyraźną granicę pomiędzy graniem w małych klubach a występowaniem na stadionach, granicę pomiędzy skromnymi motelami a pięciogwiazdkowymi hotelami. Tą płytą zespół postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Zdecydowanie za wysoko. Kilka lat po jej ukazaniu się na rynku fani czekali na kolejne, równie wybitne dzieło. Muzycy mają co prawda na swoim koncie takie płyty, jak techniczna i rozbudowana "...And Justice For All" czy znacznie łagodniejszy, bliższy stylistyki rockowej krążek "Metallica", jednak faktem jest, że w kolejnych latach grupa straciła swój rozpęd.

Światło dzienne ujrzał album "Load", później "Reload", a fani... dalej cierpliwie czekali - tolerowali eksperymenty z orkiestrą i doszukiwali się czegoś szczególnego na płycie "St. Anger". Na szczęście sytuację uratował album "Death Magnetic", faktem jest jednak to, że nic nie jest w stanie przebić "Master Of Puppets". To dzieło perfekcyjne, na które składa się odpowiednia mieszanka trucizny i złości, a także najlepsze kompozycje nagrane przez najlepszy skład w historii tego zespołu. Może i Lars Urlich był najlepszym rzecznikiem prasowym grupy, może Cliff Burton był genialnym basistą z klasycznym wykształceniem, ale przy nagraniu płyty "Master Of Puppets" to Kirk Hammett i James Hetfield pociągali za sznurki i to właśnie oni nadali płycie ostateczny kształt. Przed ukazaniem się albumu "Master Of Puppets" Metallica na pewno nie była zespołem, którego nazwa wiązałaby się z określeniem "dominacja światowego rynku muzycznego". Dwa pierwsze albumy umieściły ten zespół na pozycji wyjściowej i sprawiły, że trafił on w ogóle do obiegu. Co tu dużo mówić, początkowo muzycy wyglądali jak przebierańcy i niczym nie wyróżniali się spośród innych metalowców z lat 80. - trądzik, kamizelki, dżinsy i długie włosy. Byli uosobieniem wszystkich najbardziej typowych cech zakompleksionych nastolatków z ich rodzinnego San Francisco. Było im daleko do ikon, którymi stali się później.

Ale mieli coś, co sprawiło, że stało się o nich głośno - talent, o którym świat miał się wreszcie dowiedzieć. Jego próbkę zaprezentowali na płytach "Kill ‘Em All" (1983) i "Ride The Lightning" (1984), na których znalazły się takie klasyki, jak "Seek And Destroy" czy "Creeping Death". Nikt się wtedy nie spodziewał, że utwory te wejdą do rockowego mainstreamu lat 80. włącznie z samym zespołem. Na tamtym etapie jedynym celem muzyków była dobra zabawa i może przy okazji napisanie też kilku zgrabnych kawałków. Wiele mówi ich przydomek z tamtych czasów: Alcoholica. "Możecie rzucać na scenę wszystko, co chcecie - krzyknął ze sceny James Hetfield na jednym z koncertów - tylko nie potłuczcie nam piwa, bo to nasze jedyne paliwo!". Osoby, które były świadkami morderczych imprez po koncertach, nie dziwiły się, czemu muzycy Metalliki zawsze widzą podwójnie i mają przekrwione oczy. Ale jak się później okazało, nie przeszkodziło im to w żaden sposób skupić się na jasno wyznaczonym celu i w 1985 roku byli gotowi, by świat ich zauważył. A co zdecydowało o sukcesie? Muzyczna telepatia, szósty zmysł, geniusz...? "Już na "Ride The Lightning" słychać było przecież zapowiedź tego, co przyniosło "Master Of Puppets". "To się po prostu musiało zdarzyć, czuliśmy, że trafiliśmy w dziesiątkę" - wspominał później Lars Ulrich.

Z perspektywy czasu widać, że muzycy o wiele bardziej poważnie podeszli do nagrania tej płyty niż w przypadku swoich poprzednich dwóch krążków. "Kill ‘Em All" zarejestrowali przecież dosłownie w kilka dni! Przed nagraniem "Master Of Puppets" Ulrich i Hetfield dosłownie przemierzyli kontynenty w poszukiwaniu odpowiedniego studia. W końcu względy ekonomiczne i znajomość miejsca sprawiły, że trafili do kopenhaskiego studia Sweet Silence. Mieli znowu współpracować z producentem Flemmingiem Rasmussenem. Ale tym razem zdecydowanie zmienili swoje podejście do pracy. Nagle zapragnęli tworzyć prawdziwą sztukę, wcześniej ich założeniem było: grać najgłośniej jak się da. Wcześniej też Hetfield nie śpiewał, lecz krzyczał. Teksty były chaotyczne i z trudem można było dopatrywać się w nich głębszego sensu. "Master Of Puppets", trzeci album Metalliki, miał już jednak motyw przewodni. "Płyta mówi o manipulacji we wszystkich jej przejawach" - podsumował krótko Kirk Hammett.

Świetne teksty to jedno, a muzyka to drugie, ale to właśnie muzyka zdecydowanie stała się ważniejszą kwestią. Poza tym, w przeciwieństwie do pierwszych dwóch albumów wydanych przez wytwórnię Megaforce Records, Metallica nie miała już z góry narzuconej przez wytwórnię Elektra Records daty wydania swojego kolejnego albumu. Tak więc sytuacja była dla muzyków komfortowa i napisanie riffu nie zajęło im już z konieczności tyle czasu, ile wypicie jednego kufla piwa. Sesja nagraniowa rozpoczęła się we wrześniu 1985 roku i trwała całe pięć miesięcy. Na nagranie płyty poświęcono dużo czasu i energii, dzięki czemu została dopracowana w każdym szczególe. Pięć miesięcy to bardzo długo, zważywszy na fakt, że większość piosenek była gotowa na długo przed wejściem do studia. "Jedynie dwa utwory wymagały dokończenia: »Orion« i »The Thing That Should Not Be«" - powiedział Kirk Hammett.

Dlatego czas w studiu można było poświęcić na dopieszczanie szczegółów i poszukiwanie brzmienia, gęstego, mocnego soundu, tak charakterystycznego dla zespołu. Muzycy wyciskali dosłownie wszystkie soki ze stołu mikserskiego. Jeden kawałek zawierał nawet 52 ścieżki! "James jest niezmiernie dokładny - powiedział Rasmussen w rozmowie z biografem Metalliki, Joelem McIverem. - Jest najlepszym gitarzystą rytmicznym na świecie. Nie ma nikogo lepszego od niego, jeśli chodzi o szybkie i precyzyjne kostkowanie z góry na dół. W tej kwestii jest on wprost niewiarygodny. Choć nagrał osiem ścieżek, to i tak całość brzmiała jak jedna gitara - wszystko jest zagrane dokładnie tak samo".

Wszystkie encyklopedie muzyczne opisują Metallikę jako zespół thrashmetalowy. Może rzeczywiście utwory "Disposable Heroes" czy "Damage, Inc." należą do tego stylu, ale czy to samo można powiedzieć o całej płycie "Master Of Puppets"? Kiedy zestawi się ten krążek z albumem Slayera "Reign In Blood" z tego samego roku, okazuje się, że ten pierwszy jest zdecydowanie bardziej melodyjny i bardziej... eksperymentalny. Czasami nawet aż za bardzo, jak stwierdzili później sami muzycy. "Czuliśmy się bardzo niepewnie zarówno jako muzycy, jak i autorzy tekstów - powiedział Ulrich McIverowi - dlatego z płytą »Master Of Puppets« eksperymentowaliśmy na całego, bo chcieliśmy pokazać, na co nas stać. Stąd te wszystkie ozdobniki i dodatki. Chcieliśmy wreszcie pokazać, że naprawdę mamy muzyczny talent i że potrafimy nieźle komponować". To właśnie te kompozycyjne niuanse i światłocienie sprawiły, że album tak wyróżniał się na tle produkcji z lat 80. To właśnie dzięki nim album pozostaje świeży do dziś - inne, typowo thrashowe albumy z tamtych czasów, zmyły się już w jeden długi galopujący riff, który teraz często wywołuje uśmiech na twarzy słuchacza.

Weźmy otwierający płytę utwór "Battery" - odważna kompozycja zaczynająca się od spokojnych fraz granych na gitarze klasycznej, której charakter delikatnie ociera się o flamenco: "Pomysł, żeby zrobić tak rozbudowane intro, narodził się w studiu - powiedział Rasmussen. - Nie jestem w stanie zliczyć, ile ścieżek gitar nagraliśmy, aby osiągnąć to, o co nam chodziło, ale cały czas dogrywaliśmy nowe". Utwór jest ciężki, ale jednocześnie nieprzewidywalny, co dzieje się za sprawą umiejętnie wykorzystanego metrum 5/4. Rozpoczyna się bardzo spokojnie, choć to spokój tylko pozorny, bo skrywający nadejście niespodziewanej tragedii. Kompozycja ta opowiada bowiem o popadaniu w szaleństwo - im dalej, tym jest bardziej mroczna i ciężka. Wreszcie następuje solówka Hammetta, która doskonale oddaje to, co się dzieje w umyśle bohatera utworu. Nie ma czasu na zaczerpnięcie tchu. Nie ma czasu ochłonąć. Muzycy od razu serwują nam kolejny mocny i genialny kompozycyjnie utwór, mianowicie tytułowy "Master Of Puppets". Ta piętnująca narkotyki kompozycja to raj dla gitarzysty - liczne przejścia, szereg doskonałych riffów, mistrzowskie budowanie klimatu. Utwór rozpoczyna się mocnym akcentem, aby następnie przejść w spokojniejsze rejestry.

Ta płyta pełna jest takich właśnie przeskoków. Solówka Hetfielda grana na tle rozłożonych akordów weszła do kanonu heavy metalu - to chyba najbardziej rozpoznawalna solówka w tym gatunku muzycznym. Ale niedługo po niej następuje szybkie solo Hammetta, w którym zostawiono jedną błędnie zagraną nutę (flażolet ozdobiony intensywnymi ruchami mostka tremolo). To jedyna pomyłka, którą muzycy zdecydowali się umieścić na płycie. "Odsłuchaliśmy materiał i zgodnie stwierdziliśmy, że wyszło genialnie, więc trzeba to zostawić! Oczywiście nigdy później nie udało mi się tego odtworzyć" - mówił później Hammett. W outro kompozycji słychać dodatkowe partie gitary puszczone od tyłu. Nie ulega wątpliwości, że "Master Of Puppets" to nie tylko dynamiczna, ale również przejmująca kompozycja pełna niuansów aranżacyjnych - prawdziwy majstersztyk. Ośmiominutowy utwór "Disposable Heroes" również robi duże wrażenie. Przez niektórych uważany za najlepszy utwór na płycie, utrzymany w superszybkim tempie, oparty jest na szesnastkowych, gęstych podziałach rytmicznych, przy których nuty brzmią, jakby były wystrzeliwane z karabinu maszynowego. Utwór wolno się rozwija, instrumentalna sekcja na początku trwa aż półtorej minuty, a przesłaniem jego tekstu jest oddanie nieuchronności śmierci i okrucieństwa bezsensownej wojny, która do niczego dobrego nie prowadzi.

Podobnym zaskoczeniem jest utwór "Damage, Inc." ze swoim dość długim, przeciągającym się wstępem, po którym następuje nagłe przejście do szybkich riffów. Hammett powiedział McIverowi: "Interesowałem się wszystkim, co było związane z europejskim metalem, i ten utwór jest tego wyrazem. W tym kawałku użyłem kilku różnych skal. Szczególnie skala frygijska wpadła w ucho Cliffowi. Obserwował mnie, jak grałem solówki, próbował uczyć się zagrywek i z tych kawałków zaczerpnąć jakąś spójną informację dla siebie. Dużo rozmawialiśmy na temat teorii. Lubił o niej słuchać, był miłośnikiem muzyki klasycznej i wielkim fanem Bacha. Powiedział mi kiedyś, że intro do utworu »Damage, Inc.« przypomina mu kompozycję Bacha »Come Sweet Death«, co było nieco makabryczne, biorąc pod uwagę to, co mu się później przytrafiło (Cliff Burton zginął w wypadku autokaru podczas trasy koncertowej w Szwecji - przyp. red.)".

Oddaliśmy już szacunek Rasmussenowi i gitarowym geniuszom Hammettowi i Hetfieldowi, ale nie możemy zapomnieć o roli, jaką przy nagraniu tej płyty spełnił sprzęt. Wtedy jeszcze nie było mowy o sygnowanych gitarach, nie było też aktywnych przetworników, ale brzmienie grupy nigdy później nie było już tak dzikie i nieokrzesane. W większości utworów Hetfield gra na swoim kultowym białym Gibsonie Explorerze (w 1987 roku ceramiczne humbuckery zostały zastąpione aktywnymi przetwornikami EMG-81). Ale w ciężkim kawałku "The Thing That Should Not Be" Hetfield sięgnął po swojego Jacksona KV1 i po raz pierwszy obniżył strój gitary. Przester nie został osiągnięty dzięki kostkom podłogowym. "Po raz ostatni użyłem stompboxów przy nagraniu płyty »Ride The Lightning«, i efekt był koszmarny!" - powiedział w jednym z wywiadów udzielonych w roku 1992.

Tym razem muzyk zastosował istną mieszankę Mołotowa: Mesa Boogie Mark II C+ (użyty jako preamp) i 100-watowa końcówka mocy Marshalla z paczkami 4x12". Jeśli chodzi o efekty użyte podczas nagrywania partii prowadzących, Hammett nie był tak wybredny - używał kostki Ibanez Tube Screamer i kaczki Dunlop Cry Baby. Polegał przede wszystkim na swoich starych wiosłach, między innymi na Gibsonie Flying V (z 1974 i 1978 roku) i kopii Stratocastera firmy Fernandes z mostkiem typu Floyd Rose. Tak jak Hetfield również był zwolennikiem kombinacji Mesa Boogie i Marshalla, muzyk stwierdził: "Boogie produkowała te głowy tylko przez krótki okres w połowie lat 80. We wzmacniaczach Boogie Mark II C jest coś wyjątkowego, coś, co sprawia, że uzyskiwane dzięki nim brzmienie jest bardzo indywidualne. Większość albumu »Master Of Puppets« została nagrana z użyciem połączonych wzmacniaczy firm Mesa Boogie i Marshall".

Choć sprzęt wydawać się mógł dość skromny, biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, kampania promocyjna płyty "Master Of Puppets" była jeszcze skromniejsza. Żadne single nie pojawiły się w radiu, stacja MTV dopiero raczkowała i nie ukazały się na niej żadne teledyski zespołu, zresztą jeszcze wtedy ich nie było. Mimo że dziś trudno w to uwierzyć, album "Master Of Puppets" wspiął się aż na 29. miejsce listy przebojów w Stanach Zjednoczonych i 41. miejsce w Wielkiej Brytanii. Płyta obroniła się sama. "Od zawsze twierdziłem, że »Master Of Puppets« to wspaniały album. Nawet jeśli na początku nie sprzedawał się dobrze, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, bo uważałem go za dzieło wybitne" - stwierdził Hammett, rozmawiając z biografem Metalliki.

Ale wkrótce ruszyła lawina, która miała się już nigdy nie zatrzymać. "Master Of Puppets" zaczęła się sprzedawać i, jak dotąd, nie przestała. Ludzie przekazywali sobie informacje o płycie z ust do ust. Zespołowi pomogła też sześciomiesięczna trasa koncertowa po Stanach Zjednoczonych z Ozzym Osbourne'em, która odbyła się zaraz po ukazaniu się płyty. W 2003 roku liczba sprzedanych egzemplarzy przekroczyła sześć milionów. To chyba nieźle jak na płytę, która była trochę niezdarna, surowa i w niczym nie przypominała produkcji pop... "Myślę, że wielu naszych fanów identyfikuje się z płytą »Master Of Puppets«. Jest w niej jakaś niewinność, szczerość i... środkowy palec wystawiony światu. Łączy w sobie determinację i młodzieńczy bunt z prawdziwą wściekłością" - powiedział Hetfield McIverowi. Metallica miała wszystko. Nagrała album wszech czasów. Jej legendarny skład działał jak w zegarku. Muzycy mieli wiernych fanów na całym świecie. Spełnił się ich wielki sen. Sielanka jednak nie trwała długo. Niestety ich autobus podczas trasy koncertowej "Damage, Inc. Tour" miał wypadek, podczas którego zginął basista Cliff Burton. Widać władca marionetek miał co do zespołu nieco inne plany...

Megadeth
Peace Sells ... But Who ’s Buying ?


Oto kolejne wielkie dzieło, które ujrzało światło dzienne w roku 1986: krążek "Peace Sells... But Who’s Buying?" grupy Megadeth. Dave Mustaine opowiada nam o albumie, który okazał się przełomowy w historii jego zespołu. Podobno o mały włos w ogóle nie doszłoby do nagrania tej płyty...

Megadeth to marka znana dziś na całym świecie. Kojarzy się z superszybkimi, technicznymi solówkami i riffami o wysokim stopniu skomplikowania. Ale w połowie lat 80. Megadeth był tylko jednym z wielu undergroundowych zespołów, które próbowały się przebić z klubów na większe sceny. Dave Mustaine - który był członkiem zespołu Metallica od 1982 do 1983 roku, ale został wyrzucony za... nadużywanie alkoholu - wrócił w 1985 roku z albumem "Killing Is My Business... And Business Is Good". Choć "Killing..." była płytą dość ostrą i wyrazistą, zespół potrzebował czegoś lepszego, żeby naprawdę zaistnieć. Takim albumem okazał się "Peace Sells... But Who’s Buying?". Dzięki niemu zespół Megadeth, który tworzyli wówczas: Dave Mustaine, Chris Poland (gitara), David Ellefson (bas) i Gar Samuelson (perkusja), stał się częścią Wielkiej Czwórki Thrashu obok Anthraxu, Slayera i Metalliki. Album "Peace Sells..." ukazał się pod szyldem wytwórni Combat w 1986 roku i można go określić kilkoma słowami: był z jednej strony szybki, ale też melodyjny, a przy tym bezkompromisowy, choć chwytliwy. Utwór tytułowy ukazał się jako pierwszy singiel i stał się najbardziej znaną kompozycją zespołu (między innymi dzięki słynnemu basowemu riffowi w intro). Ten kawałek stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny, gdy jego fragment pojawił się jako dżingiel w programie "MTV News"...

Nagranie płyty nie przebiegało bezproblemowo. Momentami praca nad albumem przypominała koszmar - Chris Poland był uzależniony od heroiny, co znacznie utrudniało i opóźniało proces nagrywania. Dlatego dużym zaskoczeniem są jego partie gitarowe zagrane na bardzo wysokim poziomie. Przed producentem Randym Burnsem stało wiele wyzwań - przede wszystkim musiał ściągnąć zespół do studia (co nie było łatwe, ponieważ wszyscy jego członkowie byli nie tylko fanami muzyki, ale również alkoholu i narkotyków), musiał też sprawić, aby skomplikowany technicznie materiał brzmiał dobrze, a wszystko to nie mogło przekroczyć budżetu, który w dzisiejszych czasach starczyłby zaledwie na catering przy nagrywaniu porównywalnego albumu.

Dave, czy Chris Poland był bardziej zaawansowanym technicznie gitarzystą niż Ty, kiedy nagrywaliście "Peace Sells..."?


Wciąż jest lepszy! On wywodzi się z innej szkoły niż ja. Niestety - choć serce mnie boli, gdy o tym mówię - mieliśmy wtedy duży problem z narkotykami, co sprawiło, że niełatwo było dotrzeć do Chrisa. Kiedy razem z kimś grasz, trzeba być z tą osobą w bliskiej relacji, a my zbliżaliśmy się do siebie tylko wtedy, kiedy razem braliśmy narkotyki.


Jak na co dzień radziliście sobie z problemem narkotykowym w zespole? Jak w ogóle wtedy funkcjonowaliście?


Budziliśmy się w różnych miejscach miasta. Zazwyczaj budził mnie David Ellefson i jechaliśmy tam, gdzie można było kupić narkotyki, bo inaczej nie byliśmy w stanie grać. Wiele razy zdarzało nam się znaleźć śpiącego w drzwiach studia Chrisa. Musieliśmy go zabierać do kliniki na leczenie metadonem. To był dla nas bardzo trudny okres. Jeśli chodzi o grę na gitarze, Chris był jak z innego świata. Grał po prostu inaczej. Partie rytmiczne, które brzmią bardzo techniczne i czysto, takie dosłownie superstaccato, są nagrane przez niego - niestety ja nie gram tak czysto. Chris miał kontuzję palca wskazującego lewej ręki i nie mógł go zginać - palec był sztywny jak capo. I właśnie tak nim grał. Myślę, że to dlatego jego gra była tak egzotyczna.


Czy teraz, słuchając tej płyty, nadal jesteś zadowolony z partii gitarowych?


Chcieliśmy, żeby nasza gra była pełna energii. Mieliśmy olbrzymią motywację, ponieważ wówczas byliśmy paczką kolesi żyjących na krawędzi, którzy desperacko pragnęli odnieść sukces. Bardzo mi zależało, żeby wszystko poszło dobrze, bo do tamtej pory mój dorobek w Megadeth wypadał blado w porównaniu z poprzednimi zespołami, w których grałem. Byłem zły, bo ludzi interesowało przede wszystkim to, co mówię w wywiadach, a nie moja gra. Próbowałem za dużo nie mówić i trzymać gębę na kłódkę, ale czasami mnie ktoś sprowokował i potem tego żałowałem. Dlatego bardzo mi zależało, żeby pokazać, co potrafię. Chciałem, żeby moja gra obroniła się sama.


Jaka część brzmienia na płycie jest zasługą producenta Randy’ego Burnsa?


Randy ma charakter, to koleś o silnej osobowości, który lubi robić rzeczy z tak zwanym pazurem. To jego zasługa, że ta płyta wyszła tak dobrze. Wtedy był niszowym realizatorem dźwięku, mało kto o nim słyszał. Nie stać nas było na zatrudnienie profesjonalisty, bo wytwórnia Combat dała nam minimalny budżet. Ale bardzo się starał i udało mu się nadać płycie ten ostry, złowieszczy charakter, dzięki któremu krążek odniósł tak ogromny sukces. Pewnie gdybyśmy mieli większe fundusze i lepszy sprzęt, moglibyśmy w pełni wykorzystać potencjał Randy’ego. Ale tak naprawdę najtrudniejszą rzeczą dla producenta pracującego z muzykami, którzy piją i ćpają, jest zagonienie ich do pracy. I to mu się w końcu udało (śmiech).


Czy jesteś autorem wszystkich kawałków na tej płycie?


Owszem, napisałem wszystkie piosenki Megadeth, które ujrzały światło dzienne, choć wiele pojedynczych pomysłów pochodzi również od ludzi, którzy przewinęli się przez nasz zespół w ciągu tych wszystkich lat. Gdy jestem na scenie, nie myślę o tym, kto napisał dany utwór - po prostu gram dla swoich fanów. Jednak odkąd zostałem ocalony i nie stoczyłem się na samo dno, skąd nie byłoby już ratunku, gram dla mojego Stwórcy.


Jakich efektów i wzmacniaczy używałeś w studiu?


Używałem wzmacniaczy Marshalla i wtedy jeszcze Rockmana od Toma Scholza. Był to mały, przenośny wzmacniacz. W końcu zrobili sprzęt montowany w skrzyni rackowej, ale już wtedy mieliśmy inny sprzęt tego typu i ich wzmacniacz nie był nam potrzebny... Oczywiście kiedy podpina się ten sprzęt, od razu słychać brzmienie z utworu "The Conjuring", bo to właśnie przy jego użyciu udało mi się uzyskać to zabójcze brzmienie.


Czy sesje nagraniowe do "Peace Sells..." różniły się od sesji do "Killing Is My Business..." dwa lata wcześniej?


Po pierwsze, przez te dwa lata rozwinęliśmy się jako muzycy. A po drugie, na nagranie "Killing Is My Business..." mieliśmy tylko 8.000 dolarów. To znaczy teoretycznie tyle, bo zanim weszliśmy do studia, byliśmy biedniejsi o połowę tej kwoty. Nasz ówczesny producent, który już nie żyje, wydał te pieniądze na narkotyki. Ostatecznie uzbieraliśmy trochę funduszy, skąd się tylko dało, i nagraliśmy tę płytę za jedyne 12.000 dolarów. Wiem, że trudno w to uwierzyć!


Czy uważasz, że "Peace Sells..." to Twoje najlepsze dzieło?


Tak, to jedna z moich najlepszych płyt. Obok niej wymieniłbym jeszcze "Countdown To Extinction" i "Rust In Peace", które mają już jednak inny charakter. Zresztą wszystkie moje płyty różnią się między sobą. Człowiek przez całe życie się rozwija i zmienia. Z czasem uczymy się akceptować rzeczy, które wcześniej nas irytowały. Zaczynamy też pewne rzeczy ignorować. Coś, co wcześniej mnie nie interesowało, teraz zaczyna przyciągać moją uwagę. Jest to normalne zjawisko.


Jakbyś określił swoją relację z Chrisem w tamtym okresie?


Jak już mówiłem, byliśmy uzależnieni od narkotyków i nasza relacja kręciła się wokół nich. Jakbyś porozmawiał z Chrisem albo z Davidem, to obaj przyznaliby, że zupełnie nie kontrolowaliśmy swojego życia. Mój ulubiony cytat z Chrisa Polanda brzmi: "Postanowiliśmy, że złamiemy wszystkie reguły ustanowione przez człowieka i Boga. Prawie nam się to udało". Abstrahując od narkotyków, myślę, że dobrze się jednak dogadywaliśmy. Jest taka część Chrisa, którą naprawdę kocham. Każdy napotkany człowiek spełnia jakąś rolę w naszym życiu - jedni tylko przez krótki okres, drudzy przez cały czas. Szkoda, że nie wiedziałem wtedy tego, co wiem teraz. Byłbym bardziej stabilnym i mocniejszym gitarzystą. A tak w ogóle to podczas nagrywnia płyty "Peace Sells... But Who’s Buying?" nie wierzyłem w siebie. Nie patrzyłem na siebie jak na osobę wartościową, która coś znaczy. Rozumowałem w ten sposób: "Jesteś głodny. Musisz grać na gitarze".


Z pewnością fakt, że "Peace Sells..." odniósł na rynku muzycznym ogromny sukces, podniósł Twoją samoocenę...


Podniósłby na pewno jeszcze bardziej, gdyby nie to, że dosłownie głodowaliśmy. Zadzwoniłem do wytwórni i wiceprezes, z którym rozmawiałem, powiedział wprost, żebyśmy sobie poszukali normalnej pracy. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tylu zespołom nie udało się odnieść sukcesu, szefowie wytwórni płytowych byli po prostu krótkowzroczni. Byli nastawieni na szybki sukces i zarobienie dużych pieniędzy kosztem zespołu. Pomyśl, co by się stało, gdybym wtedy go posłuchał. Nie nagrałbym już ani jednego kawałka!


Jak album wpasował się w scenę metalową tamtego okresu?


W ciągu następnych kilku lat kalifornijska scena metalowa wprost eksplodowała. Zrobiło się głośno o Mötley Crüe, Metallice,  WASP, no i o nas. Pamiętasz film "The Decline And Fall Of Western Civilisation Part II: The Metal Years"? Świetnie oddaje mentalność sceny muzycznej tamtego okresu. Ludzie tak imprezowali, że to przechodziło ludzkie pojęcie. Jest taka scena, w której Chris Holmes z WASP opróżnia duszkiem butelkę wódki. Nie było w tym ani trochę przesady, tak to naprawdę wyglądało!


Może, ale z tego, co mówisz, wynika, że życie raczej Was nie rozpieszczało...


Pamiętam dzień, kiedy pisałem teksty na płytę "Peace Sells...". Byłem bezdomny, mieszkałem w studiu, gdzie nie było łazienki i praktycznie nie miałem co jeść. Pisałem teksty na ścianach, bo nie miałem papieru. Jestem pewien, że ludzie, którzy wynajęli ten budynek później, byli w niezłym szoku. Pewnie zamalowywali ściany nieświadomi, że była na nich wypisana historia rocka!


Slayer
Reign In Blood


Ostatnia z prezentowanych tu płyt to "Reign In Blood" grupy Slayer, czyli ultraszybkie riffy, niewiarygodna energia, mroczny klimat, a w warstwie tekstowej nazistowscy lekarze, seryjni mordercy, trupy i lejąca się prosto z nieba krew. W udzielonym nam wywiadzie Kerry King wspomina sesje nagraniowe sprzed lat, których efektem jest najbardziej kontrowersyjny album thrashowy wszech czasów...

Spośród thrashowej elity 1986 roku największą gwiazdą była Metallica, z kolei Megadeth był najbardziej zaangażowany politycznie. Ale zdecydowanie najszybsi, najbardziej groźni i najbardziej żądni krwi byli shredderzy z zespołu Slayer. Zarówno wcześniej, jak i później scena metalowa nie widziała czegoś takiego. "Reign In Blood" jest albumem, który podnosi adrenalinę jak żaden inny wydany dotąd krążek. Począwszy od krzyku otwierającego płytę w utworze "Angel Of Death", a skończywszy na ostatniej błyskawicy w utworze "Raining Blood" - są to najbardziej ostre i intensywne chwile w historii muzyki trwające 28 minut. Płyta jest na tyle krótka, że mieściła się na jednej stronie kasety audio. Fani, którzy mają obecnie ponad trzydzieści lat, wiedzą, że można ją było nagrać na obu stronach kasety - kiedy kończyła się na jednej, wystarczyło przerzucić na drugą i cała jazda zaczynała się od początku...

Co ciekawe, o mały włos w ogóle nie doszłoby do nagrania tej płyty. Slayer był wtedy wschodzącą gwiazdą metalu, której w karierze pomógł sam Rick Rubin z wytwórni Def Jam Recordings. To on wyciągnął ich z nikomu nieznanej wówczas niszy. Jak się później okazało, teksty były zbyt kontrowersyjne dla CBS, dystrybutora Def Jam Recordings. Firma ze strachu przed skandalem odmówiła dystrybucji płyty. Chodziło przede wszystkim o dwa utwory: "Angel Of Death", który opowiada o oświęcimskim lekarzu Josefie Mengele, i utwór o seryjnym mordercy zatytułowany "Piece By Piece". Wydanie płyty zostało opóźnione, a grupę oskarżono o satanizm i sympatie nazistowskie. Muzycy nie przyznali się ani do jednego, ani do drugiego. W końcu do akcji wkroczyła bardziej liberalna firma Geffen i album pojawił się w sklepach. Dzięki niej teraz, po 25 latach, wciąż możemy słuchać płyty, która mimo swoich lat wcale się nie zestarzała. To prawdziwy, mroczny horror, tyle że w wersji audio, napisany przez genialnych muzyków, których bawi szybkość gry i spora dawka okrucieństwa. Jak coś takiego może się nie podobać? Dziś muzycy Slayera - gitarzyści Kerry King i Jeff Hanneman, wokalista i basista Tom Araya oraz perkusista Dave Lombardo - zajmują zasłużoną pozycję na szczycie thrashmetalowego panteonu. Ale kiedy prosimy Kerry’ego Kinga, żeby podzielił się z nami wspomnieniami z nagrania płyty, opowiada o tym z takim entuzjazmem, jakby znowu był młodzieńcem...

Czy wchodząc do studia, żeby nagrać płytę "Reign In Blood" z Rickiem Rubinem, byliście podekscytowani?


O tak, i to bardzo! Byliśmy strasznie podnieceni. Przecież udało nam się podpisać kontrakt ze znacznie większą wytwórnią niż wcześniej. Trzeba pamiętać, że ja i Jeff mieliśmy wtedy tylko po 22 lata. To bardzo mało, zważywszy na fakt, że nagrywaliśmy już trzeci album - i to album, który miał się okazać najlepszą płytą w naszej karierze. To był dla nas niezwykły czas. Byliśmy bardzo młodzi i nie mieszkaliśmy daleko od siebie, wszyscy byliśmy na miejscu. To był też pierwszy raz, kiedy współpracowaliśmy z inżynierem dźwięku Andym Wallace'em. Bardzo dobrze się nam razem pracowało.


Na jakich gitarach grałeś?


Jestem prawie pewien, że były to gitary marki B.C. Rich. Zresztą zaraz po nagraniu płyty zostałem endorserem tej firmy, ale wcześniej i tak kupowałem prawie wyłącznie te wiosła. Już wtedy miałem swojego pierwszego Warlocka. Na dwóch pierwszych albumach ("Show No Mercy" z 1983 i "Hell Awaits" z 1985 roku - oba wydane pod szyldem Metal Blade) grałem na gitarach Mockingbird. Wtedy graliśmy z użyciem tylko jednego stroju, więc całkiem możliwe, że na tej płycie grałem na obu tych gitarach. Przestroiliśmy gitary o jeden półton w dół, czyli tak jak to robiliśmy na każdej płycie, począwszy od "Show No Mercy", choć dziś oczywiście stosujemy też kilku innych strojów.


Jakich efektów i wzmacniaczy użyłeś?


Wtedy korzystałem z 10-pasmowego korektora marki Boss. Później zaczęliśmy używać jakiegoś efektu firmy Dunlop, choć możliwe że był to MXR. To dzięki niemu uzyskiwałem przester. Oczywiście nie mogło się obejść bez kaczki Dunlop Cry Baby. Poza tymi kostkami używałem tylko rzeczy dostępnych w konsoli. Jeśli chodzi o wzmacniacze, jestem na 99 proc. pewien, że używałem Marshalla JCM800.


Brzmienie "Reign In Blood" bardzo różni się od tego na "Hell Awaits". Pozbyliście się reverbu i postawiliście na bardziej klarowne brzmienie gitary. Czy to był pomysł Ricka Rubina?


Prawdopodobnie był to jego pomysł, bo my byśmy pewnie czegoś takiego nie wymyślili. Bardzo fajnie nam się z nim pracowało i on też był podekscytowany, że mógł zrobić coś innego. Był naszym wielkim fanem - do tego stopnia, że podpisał z nami kontrakt, choć jego wytwórnia zajmowała się wyłącznie rapem i R&B. To było całkowicie szalone. Chociaż z drugiej strony byliśmy jedynym metalowym zespołem w wytwórni i mógł się skupić tylko na nas. Jeśli chodzi o brzmienie, wciąż byłem wielkim fanem zespołu Venom - uwielbiałem ich muzykę, a przecież każdy chce naśladować swoich idoli. Byłem też fanem grup Iron Maiden i Judas Priest, jednak Venom był zupełnie inny. Lubiłem czasem myśleć, że byliśmy amerykańskim odpowiednikiem właśnie tego brytyjskiego zespołu. Kiedy jednak pozbyliśmy się pogłosu i całego tego niepotrzebnego hałasu, nasze brzmienie weszło na kolejny, wyższy poziom.


Czy Rubin był wymagający w studiu? Czy okrzyki: "Jeszcze jedno podejście Kerry! Postaraj się, bo jak nie, to popamiętasz!" były w jego stylu?


Raczej nie. Zresztą to by nigdy na mnie nie działało. Coś takiego mi się nie zdarzyło od czasu, kiedy postanowiłem zająć się muzyką na poważnie, czyli kilka lat przed nagraniem płyty "Show No Mercy". Metal był całym moim życiem. Oczywiście słuchałem różnych sugestii, ale ostatecznie mój pomysł i tak zawsze okazywał się najlepszy (śmiech). Choć, jak to mówią, nigdy nie mów nigdy. Przy nagraniu naszej ostatniej płyty ("World Painted Blood", 2009) współpracowaliśmy z Gregiem Fidelmanem. Tak bardzo cenię sobie jego zdanie, że chciałem przynajmniej wypróbować kilka pomysłów, jakie zaproponował, no i ostatecznie zdecydowaliśmy, że parę z nich wykorzystamy na naszej płycie. Muszę przyznać, że zupełnie się tego nie spodziewałem. Możliwe, że Rick też sugerował mi różne rzeczy podczas nagrywania "Reign In Blood", ale wyparłem to z pamięci (śmiech).


Czy przy nagrywaniu legendarnej solówki w harmoniach do utworu "Angel Of Death" potrzebowaliście z Jeffem dużo podejść?


Nie, nie sądzę. Byliśmy przyzwyczajeni do nagrywania w stylu Metal Blade - wchodziliśmy do studia i pracowaliśmy przez całą noc, bo wtedy nikogo innego w nim nie było. Poza tym wynajęcie studia w nocy było najtańsze. Byliśmy więc przygotowani na to, że mamy wejść do studia i po prostu zrobić to, co jest do zrobienia. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że cały krążek nagraliśmy mniej więcej w pięć tygodni. Chciałbym, żeby dziś też się tak szybko nagrywało, to by było o wiele prostsze!


Czy "Necrophobic" i inne szybkie utwory grane były na próbach również w takim szybkim tempie jak to słychać na nagraniu?


Nawet dzisiaj, gdy ja lub Jeff gramy Dave’owi jakieś riffy po raz pierwszy, zawsze robimy to w wolniejszym tempie. Kiedy riff mu się spodoba, wtedy automatycznie zaczynamy grać go szybciej. Wszystko podczas tamtej sesji nagraniowej grane było szybciej, bo stwierdziliśmy, że tak będzie lepiej. Niektóre riffy - na przykład ten w utworze "Necrophobic" - wytrzymywały taką szybkość, ale inne, bardziej skomplikowane, trzeba było zagrać trochę wolniej.


Czy to prawda, że środkowy riff w utworze "Altar Of Sacrifice" pojawił się w Waszym dużo starszym utworze "Ice Titan"?


Tak, to prawda. Zawsze podobał nam się ten riff, ale kawałek "Ice Titan" jest dla niego zbyt mało wyrazisty. Czekał więc wiele lat na odpowiedni utwór, no i się doczekał. Co ciekawe, nie wykorzystaliśmy pierwszej połowy tej kompozycji, ale wykorzystamy ją pewnie za jakieś pięć lat. Musi trafić na swój czas. Na pewno znajdzie się dla niej właściwy kontekst. Chodzi o to, żeby produkcja, którą wydajemy, miała spójną całość.


Teksty z płyty "Reign In Blood" przysporzyły Wam sporych kłopotów. W utworze "Piece By Piece" znalazł się zwrot "modulistic terror". Co on dokładnie oznacza? Fani od lat się nad tym zastanawiają...


Akurat na to pytanie znam odpowiedź! Gościu w tej piosence tnie ludzi na kawałki (module, czyli z ang. moduł - przyp. red.). Stąd słowo modulistic.


Czy nie uważasz, że to trochę dziwne, że Wielka Czwórka Thrash Metalu nagrała swoje największe albumy w tym samym czasie, tj. w latach 1986 - 1987?


To rzeczywiście dziwne i sam się nieraz nad tym zastanawiałem. Nikt czegoś takiego nie przewidział. To tak, jakbyśmy wszyscy wspinali się na ten sam szczyt i jednocześnie go zdobyli. Albo jakby wszystkie gwiazdy naraz eksplodowały. W każdym razie wszyscy swoimi albumami wyznaczyliśmy nowe kierunki rozwoju gatunku na najbliższe 25 lat. Nie mieliśmy oczywiście pojęcia, że tak się stanie. Dla nas było to tylko kolejne 10 utworów.


Czy między Waszymi zespołami była spora rywalizacja?


Oczywiście, że była rywalizacja, ale był też wzajemny podziw. Przynajmniej jeśli o nas chodzi. Zawsze z niecierpliwością czekaliśmy na nową płytę Metalliki, chcieliśmy się dowiedzieć, co tym razem zaproponują. Wiem, że oni też śledzili naszą karierę. Dziwne, że wcześniej razem nie graliśmy. Udało nam się to dopiero w ramach trasy Big Four w zeszłym roku.


Tekst: Henry Yates, Joel McIver

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie