Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Doug Aldrich (Whitesnake)

Doug Aldrich (Whitesnake)

Są takie zespoły, z których legendą ciężko się zmierzyć. Whitesnake istnieje na rynku muzycznym już od wielu lat i wszystko wskazuje na to, że jeszcze trochę z nami pozostanie. W tym miesiącu rozmawiamy z Dougiem Aldrichem, gitarzystą i stałym członkiem zespołu od 2003 roku. Jego energia i umiejętności wzbogaciły muzykę Whitesnake, wprowadził bowiem do niej wiele świeżych pomysłów i dźwięków. W rozmowie z nami Doug podzielił się przemyśleniami na temat swej przeszłości, utraconych przyjaciół i nadziei na przyszłość.

Do zespołu wstąpiłeś na początku roku 2003. Jakie były Twoje oczekiwania? Czy Whitesnake okazało się wszystkim, o czym marzyłeś?


Wydaje mi się, że jest nawet czymś więcej. Na początku nie robiłem sobie dużych nadziei - nie wiedziałem, na jak długo wstępuję w ich szeregi i w jakim stopniu będę członkiem zespołu. David Coverdale szukał wtedy tylko kogoś, kto mógłby z nimi zagrać na trasie koncertowej. W tamtej chwili nie było żadnych planów nagraniowych, jednak dzisiaj, dziewięć lat później, nadal jestem z nimi. Od tamtego czasu David i ja napisaliśmy wspólnie sporo nowych piosenek. Muszę przyznać, że świetnie mi się z nim pracuje, a nasza współpraca jest bardzo owocna. Dlatego sądzę, że Whitesnake okazał się dla mnie czymś zdecydowanie więcej niż tylko marzeniem. Stał się po prostu moim drugim domem i jestem z tego faktu bardzo zadowolony.


Domyślam się, że owoce Waszej współpracy usłyszymy na najnowszym krążku...


Dokładnie tak! W roku 2006 napisaliśmy wspólnie cztery utwory, które potem znalazły się na naszym wydaniu koncertowym. Natomiast w 2008 stworzyliśmy jedenaście kawałków na płytę "Good To Be Bad". Z kolei na naszej ostatniej płycie popełniliśmy trzynaście nowych piosenek, dlatego śmiało mogę powiedzieć, że mamy już spore doświadczenie w tym temacie.


Czego w takim razie możemy się spodziewać na "Forevermore"? Czy będzie to coś nowego w stosunku do materiału sprzed lat?


"Forevermore" jest z pewnością interesującą płytą, ponieważ zawiera w sobie wszystkie te elementy Whitesnake, które podobały się naszym fanom od początku istnienia zespołu. Znajdują się tam fragmenty tego, co chłopaki grali na początku kariery, i materiał, który grają dzisiaj. Połączenie to wyszło nam naprawdę dobrze i wierzę, że ta płyta spodoba się wielu osobom. Mamy genialną sekcję rytmiczną, której przewodzi Brian na perkusji, a Michael panuje nad basem. W dwójkę są zdolni stworzyć naprawdę niesamowite partie, które dodają smaku całości. To bardzo utalentowani muzycy i niezmiernie się cieszę, że mamy ich w naszym zespole.


W swojej karierze zdarzyło Ci się popełnić kilka solowych albumów. Czy wolisz pracować sam, czy być raczej członkiem jakiegoś większego projektu?


Jako członek Whitesnake mam teraz tak naprawdę wszystko, co mi jest potrzebne do wyrażania samego siebie. Co prawda nagrałem kiedyś kilka solowych krążków, ale to był trochę inny czas i inne emocje. Obecnie Whitesnake jest moim jedynym zajęciem i to jemu poświęcam całą swoją uwagę.


Czy to prawda, że kiedyś brałeś udział w przesłuchaniu do Kiss?


Tak, bardzo dawno temu. Z tego, co pamiętam, było to chyba w 1982 roku - miałem wtedy 18 lat i byłem jeszcze żółtodziobem. Pamiętam też, że niedługo przed tym przeprowadziłem się z Filadelfii do Los Angeles. Grałem trochę w nocnych klubach i małych barach. Któregoś dnia podszedł do mnie Eric Carr, ówczesny perkusista Kiss, i zaproponował, abym przyszedł na przesłuchanie. Tak też zrobiłem i okazało się, że było lepiej, niż się mogłem spodziewać. Zaprosili mnie jeszcze na kilka następnych spotkań, ale ostatecznie wybrali kogoś innego. Chyba zdali sobie sprawę z tego, że byłem trochę za młody na takie wyzwanie. Niemniej jednak doświadczenie to zainspirowało mnie i pozwoliło uwierzyć we własne siły. Skupiłem się na grze. Mój styl był wtedy dosyć niedbały i musiałem ciężko pracować, aby dojść do tego, gdzie jestem dzisiaj.


W ciągu swojej kariery grałeś w wielu różnych zespołach. Jednym z nich był DIO. Jak przyjąłeś wieść o śmierci Ronniego?


Byłem bardzo zszokowany, gdyż wydawało mi się, że w tamtym okresie czuł się już dużo lepiej. Skontaktował się ze mną w 2009 roku, kiedy właśnie skończyliśmy trasę koncertową z Whitesnake. Ronnie poprosił mnie wtedy, abym dołączył do niego w trasie po Europie, której start był zaplanowany na grudzień 2009. Nie potrzebował mnie nawet do tego przekonywać. To była świetna zabawa. Przeprowadzaliśmy próby i nagraliśmy razem chyba ostatni wspólny kawałek. O ile pamiętam, nosił tytuł "Electra". Niedługo przed trasą Ronnie zaczął narzekać na bóle brzucha. Kiedy tylko dowiedział się, w jak poważnym stanie się znajduje, od razu odwołał wszystkie terminy i cały projekt został zawieszony, a sam niezwłocznie udał się do szpitala. Kiedy wyszedł, widać było znaczną poprawę. Nikt nie chciał pojawiać się w jego obecności z kaszlem lub katarem, żeby go przypadkiem nie zarazić. Z tego też powodu odwołałem kilka naszych spotkań. W tamtym czasie ciężko pracowałem z Whitesnake. Na dodatek mój synek też miał chorowity okres, więc cały czas chodziłem z katarem. Niestety nie udało mi się już zobaczyć z Ronniem. Na krótko przed jego śmiercią pojawiły się na jego stronie daty z koncertami na lato, dlatego byłem przekonany, że jest z nim już znacznie lepiej i że niedługo wróci do normalnego życia. Nadal utrzymywaliśmy kontakt mailowy i pisaliśmy sobie wiadomości. Często rozmawialiśmy o sporcie i widziałem, że wraca do niego życie. Niestety wrażenie to było mylne i niedługo potem Ronniego już z nami nie było. Ta informacja wbiła mnie w ziemię. Niesamowicie dużo mu zawdzięczam, jeśli chodzi o moją karierę muzyczną. Prawdopodobnie gdyby nie Ronnie, nigdy nie poznałbym chłopaków z Whitesnake. Odszedł zdecydowanie za szybko i strasznie żałuję, że tak to się skończyło. Teraz ważne jest jednak to, aby nigdy nie został zapomniany i aby nadal żył w swoich piosenkach.


Na pewnym etapie swojego życia zajmowałeś się nauczaniem gry na gitarze. Czy jesteś zdania, iż każdy potrafi się nauczyć grać na tym instrumencie, jeśli tylko tego bardzo pragnie?


Tak mi się wydaje. Jeśli tylko jesteś zdeterminowany, to będziesz w stanie osiągnąć wszystko. Kiedy uczyłem gry na gitarze, bardzo popularne były ciężkie brzmienia i riffy. Miałem wtedy naprawdę wielu uczniów. Dziennie spotykałem się z około 15 osobami, przy czym nigdy nie było ich mniej niż 10. Do tego dochodziły zajęcia w grupach i szkołach, więc miałem do czynienia z naprawdę dużą liczbą osób. Oczywiście zdarzały się dzieciaki, które od razu łapały, o co w tym wszystkim chodzi. Widać było w nich talent i pasję do gry. Ich koordynacja pracy obu rąk i styl wróżyły naprawdę wiele dobrych rzeczy. Niemniej jednak najbardziej pamiętam te osoby, które musiały ciężko pracować, aby dojść tam, gdzie co zdolniejsi już dawno byli. Widać było, że te osoby naprawdę ciężko pracowały i z lekcji na lekcję były coraz lepsze. Ostatecznie to właśnie ci młodzi, zdecydowani na wszystko, adepci gry na gitarze zostali najlepszymi muzykami wśród moich uczniów. Pomogła im determinacja i silna wola. Co prawda musieli pracować ciężej niż pozostali, ale wyszło im to na dobre. Jeśli tylko wkładasz w coś swoje całe serce, to możesz być pewny, że coś z tego będzie.


Czy któryś z Twoich uczniów osiągnął sławę i renomę?


Nie wydaje mi się, żeby byli oni światowej sławy muzykami, ale wielu dołączyło do różnych zespołów i nagrywało swoje płyty. Wiem jednak, że kilka z tych osób też naucza dzisiaj gry na gitarze, więc jest to dla mnie pewien powód do dumy. Nie uczyłem może Zakka Wylde’a, ale i tak jestem zadowolony (śmiech).


Ostatnio rozmawiałem na ten temat również z Joe Satrianim, który zdradził mi, że miał kiedyś okazję uczyć Kirka Hammetta z Metalliki.


Jak widać, świat jest mały. Miałem niedawno okazję poznać Kirka. Robiliśmy wspólnie program telewizyjny i mieliśmy czas trochę pogadać. Okazało się, że to naprawdę miły facet. Typowy luzak z Kalifornii (śmiech).


Kiedy tak naprawdę poczułeś nutę do gitary?


Pierwsze kroki zrobiłem chyba w roku 1974. Miałem wtedy jakieś 10 czy 11 lat. Moja siostra miała gitarę akustyczną i książkę z akordami, które zawsze plątały mi się pod nogami. Coś mnie wtedy popchnęło do tego, aby spróbować swoich sił, i nagle się okazało, że gra sprawia mi dużą przyjemność. No i tak już zostało. Niedługo potem miałem swojego pierwszego elektryka i od tej pory nie było już odwrotu.


Czy to była ta sławna gitara z hipermarketu?


Dokładnie tak! Kupiłem ją na jakimś stoisku muzycznym w centrum handlowym. Nie był to jednak najlepszy instrument na świecie (śmiech). Kilka lat potem sprawiłem sobie jednak prawdziwego Gibsona Les Paul Goldtop. Był to używany egzemplarz, ale grał jak marzenie i, co ciekawe, nadal go czasami odpalam, żeby zagrać jakiś kawałek. W swojej karierze miałem naprawdę dużo gitar i przerobiłem chyba każdą firmę na rynku, ale do dzisiaj zawsze z sentymentem wracam do Les Paula.


Mówiąc "dużo gitar", naprawdę nie żartujesz. Posiadasz podobno bardzo bogatą kolekcję Fenderów i Gibsonów. Czy w takim razie mam rozumieć, że Les Paul to Twój ulubiony instrument?


Les Paul przypomina mi chyba nadal czasy, kiedy byłem dzieckiem. Moimi pierwszymi prawdziwymi idolami byli wtedy Jeff Beck i Jimmy Page. Jeff jest co prawda bardziej znany ze swojego Stratocastera, ale pamiętam, że na płycie "Blow By Blow" był na okładce z Les Paulem. Dopiero potem dowiedziałem się, że faktycznie bardziej był fanem Strata i Telecastera aniżeli Les Paula, ale taki już obraz zakodowałem sobie w głowie. Do dzisiaj gra mi się najlepiej na tym modelu. Jest wygodny i waży dokładnie tyle, ile powinien. Mam również kilka fajnych Stratocasterów, Telecasterów i parę modeli Dan Armstrong. Te ostatnie naprawdę dobrze spisują się w studiu. Ostatnio nabyłem też kilka wioseł PRS, które, jak się okazało, brzmią rewelacyjnie. Mam też w kolekcji kilka Zemaitisów, z których jeden został podpisany przez samego Danny'ego O’Briena. Tylko ja i Ron Wood posiadamy takie egzemplarze, więc jest to dość wartościowy eksponat. Zawsze szukam nowych gitar. Mam teraz jednak w domu małego synka, który skutecznie odrywa mnie od moich poszukiwań (śmiech).


Czy to prawda, że masz również kilka gitar basowych? Grywasz czasami na basie?


Zdarza się, co prawda, że czasem gram na jakichś demach, ale w żaden sposób nie powiedziałbym, że jestem prawdziwym basistą. Moje próby ogarnięcia tego instrumentu to tylko zabawa. W zespole to Michael Devin jest pełnokrwistym wymiataczem na basie. Ten facet ma naprawdę do tego smykałkę. Kiedy tworzyliśmy muzykę na "Forevermore", starałem się pokazać mu kilka swoich pomysłów, ogrywając pewne partie na basie. Najciekawsze jest jednak to, że w chwili, kiedy zaczynał grać Michael, brzmiały one tysiąckroć lepiej, pomimo iż tempo i nuty były te same. Przemawia za nim oczywiście doświadczenie i duży talent, dlatego dobrze, że mamy go w Whitesnake.


Czy złoty okres Twojej kariery właśnie nadchodzi, czy może masz go już za sobą?


Myślę, że jest jeszcze sporo rzeczy, które chciałbym zrobić, a których do tej pory nie miałem szczęścia doświadczyć. Czas pokaże, ale wydaje mi się, że dopiero teraz moje możliwości są w szczytowej formie. Dorosłem jako gitarzysta i skupiam się na innych rzeczach niż kiedyś. Obecnie przywiązuję sporą wagę do melodii. Kiedy posłuchasz płyty "Forevermore", zauważysz, że jest tam naprawdę dużo melodii, które bardzo łatwo wpadają w ucho. Właśnie takie elementy dają mi w tej chwili więcej radości niż wybuchowe solówki. Tych oczywiście na płycie nie brakuje, ale nie do końca się na tym koncentruję.


Co Cię motywuje do tworzenia nowego materiału?


Chęć tworzenia nowego materiału (śmiech). Dzięki temu wiem, że poruszam się do przodu i że rozwijam swoje możliwości. Co więcej, ostatnio zauważyłem, iż powoli staję się coraz lepszym kompozytorem. Pisanie piosenek z Davidem Coverdalem to ogromna przyjemność. Złośliwi twierdzą, iż jest on w stanie napisać świetny utwór z kimkolwiek, ale tak naprawdę proces ten wygląda zupełnie inaczej. To bardziej współpraca niż dominacja. Czasami David ma jakiś pomysł, który potem ja poprawiam, a innym razem to on poprawia mnie. Wydaje mi się, że bardzo dobrze się rozumiemy. Mam nadzieję, że za kilka lat ludzie spojrzą na ten album i stwierdzą, że był to jeden z najlepszych krążków w historii Whitesnake. Głęboko w to wierzę.


Jeśli musiałbyś wskazać jakiś punkt w swojej karierze, który najbardziej zapadł Ci w pamięć, to co by to było?


Chyba pierwsze koncerty z Davidem i Ronniem. Byłem ich wielkim fanem, odkąd tylko zacząłem interesować się tą muzyką. David jest teoretycznie tylko 10 czy 12 lat starszy ode mnie, ale w kwestii tworzenia muzyki jest o lata świetlne przede mną. Pamiętam, jak bardzo podziwiałem go, kiedy byłem małym chłopcem. Dlatego właśnie możliwość zagrania z nim i Ronniem na jednej scenie była dla mnie czymś zjawiskowym. Grając z DIO, stałem na brzegu sceny i nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Wtedy właśnie Ronnie spojrzał na mnie i pochwalił za dobrą robotę. Kiedy miałem zagrać z Whitesnake, byłem nie mniej zdenerwowany i podekscytowany. Co prawda miałem już doświadczenie i renomę po występach z DIO, ale to był dla mnie kolejny poziom do pokonania. Musiałem udowodnić, że jestem tego wart.


Czy oprócz Whitesnake słyszałeś ostatnio jakiś ciekawy zespół?


Chyba nie! (śmiech). Oczywiście, że jest parę ekip, które mi się wyjątkowo podobają. Ostatnio podoba mi się to, co robi Jonathan Tyler. Jego muzyka przypomina mi trochę The Black Crowes, ale bardzo przyjemnie się tego słucha. Jakiś czas temu słyszałem też dużo dobrego o zespole Disturbed, ale dopiero kilka dni temu usłyszałem parę ich kawałków w radiu. Bardzo mi się spodobała ich energia i brzmienie, jakie tworzą. Muszę się chyba nimi mocniej zainteresować. Poza tym raz na jakiś czas lubię wracać do starszych płyt i wykonawców z mojej młodości. Odnalazłem niedawno bardzo fajny album Jethro Tull, który kiedyś umknął mojej uwadze. A ostatnio, w związku ze śmiercią Gary'ego Moore'a, sięgnąłem po płytę "Run For Cover" i obecnie odkrywam ją na nowo. Wszystko więc zależy od mojego nastroju i stanu ducha.


Jakie macie plany na ten rok?


Na pewno będziemy intensywnie koncertować. Mamy sporo planów promocyjnych i ustawionych gigów. Niedługo również wybieram się do Francji na prezentację sprzętu Marshalla. Potem kilka prób i trasa koncertowa aż do grudnia. Jestem przekonany, że to będzie naprawdę dobry i pracowity rok. Mimo że ciężko jest się rozstawać z rodziną na tak długi czas, to właśnie tak wygląda moje życie.


M. Kubicki

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie