Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Zakk Wylde

Zakk Wylde

Wygrał z alkoholem, pozbył się zatorów w żyłach i jest w tak dobrej formie, jak dawniej. W tym miesiącu Zakk Wylde, bo o nim mowa, opowiada nam o płycie "Order Of The Black", o swojej chorobie i o... książkach, które właśnie pisze.

Zakk Wylde jest z siebie dumny i ma do tego pełne prawo. Bilety na koncerty Black Label Society sprzedają się na pniu, a ich ostatnia płyta, "Order Of The Black", zadebiutowała na czwartym miejscu listy Billboard 200 w Stanach Zjednoczonych. Zakk Wylde jest w szczytowej formie. Zakk Wylde znowu rządzi. A przecież wiadomo, że jeszcze niedawno borykał się ze sporymi problemami. Najpierw muzykowi podziękował za współpracę długoletni przyjaciel Ozzy Osbourne. Później musiał poradzić sobie z zakrzepicą żył, która prawie go zabiła. Musiał przyjmować tabletki, co oznaczyło konieczność całkowitego odstawienia alkoholu.

Jedno jest pewne: Zakk Wylde nie poddaje się bez walki. Mówimy tu o walce gargantuicznej, walce tytana, walce wściekłego Vikinga. Na pewno pomogło mu jego pozytywne podejście do życia, ale też wsparcie fanów na całym świecie. Na żywo nie rozczarowuje, rzeczywiście wygląda tak, jakby był w stanie podbić świat. Choćby teraz.

Z Zakkiem spotykamy się w Colston Hall, największej sali koncertowej w Bristolu. Towarzyszy mu dwóch barczystych ochroniarzy, ale czy jemu w ogóle potrzebna jest obstawa? Chłop jak dąb, z brodą Odyna i włosami Zeusa, wygląda jakby właśnie zszedł z planu filmu "Thor". Robi wrażenie nie tylko ze względu na posturę, ale także niespożytą energię: ten mistrz gitary wprost nie może przestać mówić. Wielu dziennikarzy z rozmowy z nim nie wychodzi zwycięsko. Zanim się obejrzą, Zakk serwuje im porcję zabawnych anegdot i rockowych przypowieści przerywanych salwami rubasznego śmiechu. Tacy wracają do redakcji jedynie z garstką anegdot niekoniecznie związanych z muzyką... Ale nam chyba się udało. Zakk dał się wyciągnąć na zwierzenia: opowiada o chorobie i o tym, jak praca nad nową płytą przywróciła mu ochotę do życia. Choć nie nazywałby się Zakk Wylde, gdyby chociaż trochę sobie nie pożartował...

Czy uważasz, że dzięki "Order Of The Black" więcej ludzi usłyszało o Black Label Society? Staliście się bardziej popularni?


Złożyło się na to wiele rzeczy. Po pierwsze nasza płyta zadebiutowała na czwartym miejscu listy Billboard i na pierwszym miejscu na paru listach hardrockowych. Myślę, że jest to dowodem na to, że Black Label ma już bardzo dużą bazę fanów. Myślisz, że "Order Of The Black" wszedł na tak wysokie pozycje na listach, bo to nasza najlepsza płyta? Prawda jest inna. Do nagrania każdego krążka podchodzę tak samo, czy jest to krążek Ozzy’ego czy nie: za każdym razem, kiedy wchodzę do studia, staram się grać jak najlepiej. Nie ma solówek, w których staram się mniej lub bardziej, nie ma też takich riffów. Na każdej płycie jest jakaś perełka: na tej płycie to utwór "Chupacabra", na krążku "1919 Eternal" jest "Speedball", a na płycie "Mafia" "Dr Octavia".


Nagrywacie płytę raczej szybko. Czy przy pracy tego typu ważne jest odpowiednie tempo?


Zdecydowanie tak. Zanim nagraliśmy "Order Of The Black", wydawaliśmy nową płytę co roku. Tak jak Led Zeppelin, Black Sabbath i inne moje ulubione zespoły z lat 70. To niesamowite, ale grupa Led Zeppelin nagrała trzy płyty w ciągu dwóch lat ("Led Zeppelin I", "Led Zeppelin II", "Led Zeppelin III"). Jeździli w trasę i potem do studia, w trasę i do studia. Nam z płytą "Order" też poszło szybko. Jej nagrywanie zajęło nam dokładnie 94 dni - od wejścia do studia do ostatecznego masteringu. Nie robimy sobie wolnych weekendów. Black Label Society nie pracuje w trybie 24/7, tylko w trybie 25/8, 366 dni w roku. Kocham tak pracować. Jimmy Page zawsze mówił o Led Zeppelin: "To jest całe moje życie". Ja mogę powiedzieć to samo o Black Label Society.


Zdaje się, że Black Label to nie tylko zespół, to cała filozofia życia...


Tak, masz całkowitą rację. To cała filozofia. Jaka to filozofia? W skrócie: samobójstwo nie wchodzi w grę. Życie to góra i trzeba jakoś ją pokonać. Albo się na nią wspiąć, albo obejść dookoła. Można też wykopać pod nią tunel, ewentualnie wysadzić ją w powietrze, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W każdym razie trzeba jakoś dostać się na drugą stronę i nie ma innej opcji. Takie właśnie mamy podejście do życia. Jeśli zachorujesz, będziesz walczył i zwyciężysz.

(Zakk wie, co mówi: sam miał poważne problemy ze zdrowiem. Zachorował podczas trasy koncertowej w sierpniu 2009 roku. Nadmiar rock and rolla szkodzi zdrowiu - uznali wszyscy zgodnym chórem (tym bardziej, jeśli zbyt często przebywa się w towarzystwie Ozzy'ego Osbourna). Okazało się jednak, że u Zakka zdiagnozowano rzadką chorobę genetyczną polegającą na tworzeniu się skrzepów we krwi. Ale artysta podszedł do problemu ze wspomnianym wcześniej hartem ducha. Na bieżąco publikował na Twitterze informacje o stanie swojego zdrowia, umieścił nawet swoje zdjęcie w szpitalnej koszuli. Choć jego stan był ciężki i wszystko mogło skończyć się tragicznie, on pozował do zdjęć z palcem środkowym wystawionym do góry... - przyp. red.)


Czy problemy zdrowotne wpłynęły na Twoje podejście do życia?


Jestem żołnierzem Chrystusa i nie zadaję żadnych pytań, ja tylko wyrażam wdzięczność. Czymkolwiek Chrystus mnie doświadcza - czy są to zakrzepy, czy cokolwiek innego - nie pytam: "Dlaczego ja?", lecz mówię: "W porządku. Masz dla mnie coś jeszcze?" To po prostu jeszcze jeden wybój na drodze... Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta, ale jeśli mówimy o piwie to zupełnie inna sprawa (śmiech). Kiedy leżałem w szpitalu, moja żona, menadżer i prawnicy świętowali. Spisałem już testament, więc oni sobie grillowali, a szampan się chłodził. Najwyraźniej zdrowiejąc, pokrzyżowałem im plany (śmiech). Chociaż tak poważnie, to nie powiem, żeby wszyscy byli szczęśliwi z takiego obrotu spraw. Widocznie Pan chciał, żebym został na tej imprezie zwanej życiem, zanim zaprosi mnie do swojej tawerny tam na górze.


To musiały być dla Ciebie trudne chwile. Co sobie wtedy myślałeś?


Miałem trzy zatory w płucach. Lekarz powiedział, że wystarczy jeden, żeby umrzeć. Odwróciłem się do żony i powiedziałem: "Jestem tu, żeby cię torturować przez resztę twojego życia. Musisz słuchać moich beznadziejnych utworów i znosić co rano mój śpiew przy pianinie". Udało mi się spełnić wszystkie groźby! Biorę leki na rozrzedzenie krwi, sterydy, tabletki antykoncepcyjne oraz żeńskie hormony wzrostu. I znowu jest dobrze!


Czy odstawienie alkoholu ma wpływ na Twoją grę?


Myślę, że pod koniec okresu, kiedy piłem, zdecydowanie za dużo imprezowałem i to zaczęło mieć negatywny wpływ na jakość koncertów. Myślę, że każdy gitarzysta wie, jak to jest, kiedy dosłownie walczy się ze strunami i nic mu nie wychodzi. Czułem, że się kończę. Zdałem sobie sprawę, że już nie mogę tyle pić. Choć muszę uczciwie przyznać, że nigdy nie zdarzyło mi się nagrywać płyty po dużej ilości alkoholu. Owszem, piliśmy trochę w ciągu dnia i piwko wesoło krążyło nam w żyłach, ale nigdy do tego stopnia, żeby nie móc utrzymać gitary. Kiedy zapraszaliśmy do studia przyjaciół i wspólnie słuchaliśmy naszych wypocin, sprawa miała się już zgoła inaczej - wtedy wszyscy zaczynali chlać i kończyło się tak, że budziłem się rano na sofie w studiu. Nie było takiej możliwości, żebym jechał samochodem do domu...


Aż w końcu wybudowałeś własne studio...


Tak. Mam teraz prywatne studio w domu. Nazywa się Black Vatican. Mogliśmy upijać się bez ograniczeń, bo potem wystarczyło tylko przetoczyć się do domu. No ale teraz, kiedy nie piję, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Bardzo cieszę się z tego studia. Jak będę starszy, chciałbym zostać producentem i nagrywać młodsze zespoły. Zamiast być bokserem, będę trenerem!


Nie współpracujesz już z Ozzym, ale podobno pozostaliście przyjaciółmi. Ozzy powiedział nam w wywiadzie: "Zakk przez wiele lat wyświadczał mi wielką przysługę. Jest dla mnie jak rodzina. Wiem, że gdybym chwycił za telefon, zadzwonił do niego i powiedział, że potrzebuję pomocy, na drugi dzień rano stałby przed moimi drzwiami"...


Tak, Ozzy zawsze będzie moim przyjacielem.


Czy dałeś z siebie więcej przy tej płycie ze względu na to, że pracujesz na własne nazwisko?


Nie, nic z tych rzeczy. "Teraz, gdy gram dla Manchester United, naprawdę dam z siebie wszystko" - to tak nie działa (śmiech). Nieważne czy założę na siebie barwy Manchester United czy Liverpool - moim zadaniem jest niszczyć! Chcę skopać wszystkim tyłki! I to niezależnie od tego, co gram, pod jakim szyldem. Takie samo podejście miałem, nagrywając "No Rest For The Wicked" i "No More Tears". Przy tych dwóch płytach byłem zaangażowany w proces komponowania materiału. Później Ozzy współpracował z innymi autorami piosenek. Przy płycie "Down To Earth" towarzyszył mu Tim Palmer - ja nie napisałem tam ani jednej linijki. Ozzy mówił tylko: "Zakk, możesz przyjść to zagrać? Chcę to zrobić i przejść do następnego etapu". Byłem do jego dyspozycji, szedłem i nagrywałem.


Jak wyglądała praca nad nową płytą Black Label Society?


W Black Label Society piszę muzykę, teksty, tworzę melodie. Zajmuję się produkcją, miksowaniem, wybieram okładkę - robię dosłownie wszystko. Ja stoję na czele tej drużyny, ja jestem jej menedżerem, ja wybieram zawodników. W swoim zespole jestem w stu procentach odpowiedzialny za całość. To spore wyzwanie, ale dzięki temu czerpię z tego dużą satysfakcję. Są takie dni, kiedy nic mi nie wychodzi, ale przecież to jest normalne, więc wtedy daję sobie czas. Czasami jednak zmuszam się do napisania jakiegoś riffu i okazuje się, że wychodzi mi coś tak dobrego, że sam bym się nie spodziewał. Czasami trzeba zmuszać się do bycia twórczym, po prostu inaczej się nie da. Nie ma jednego sprawdzonego sposobu.


Skąd czerpiesz inspiracje?


Cały czas czerpię ze swojej wiedzy i doświadczenia. Prawnik ma wielką bibliotekę, z której nieustannie korzysta. Muzyk powinien mieć wiedzę dotyczącą osiągnięć innych muzyków. Kiedy powiem do kolegi: "Pamiętasz, jak goście z Led Zeppelin zagrali w tym i w tym utworze? Zróbmy coś takiego", to on powinien wiedzieć, o co mi chodzi. Trzeba uczyć się od poprzedników. To kopalnia wiedzy. Ważne jest też słuchanie swoich ulubionych zespołów - czasami zespołów, które nie mają nic wspólnego z hard rockiem bądź metalem. Podoba ci się utwór Crowded House? Nie ma w tym nic złego.


Skąd wziął się pomysł na utwór "Crazy Horse"?


Ludzie często mnie pytają, o czym jest ten utwór. Utwór opowiada o wodzu indiańskim, który nazywał się Szalony Koń. Przeczytałem na Wikipedii biografię Siedzącego Byka i Wielkiego Małego Roga. Życiorys Szalonego Konia jest połączeniem tych dwóch biografii. Ale piszę o różnych rzeczach, na przykład "Darkest Days" opowiada o Marvinie Gaye’u - widziałem w telewizji film o nim i postanowiłem go upamiętnić. Obaj z Johnem DeServio (bas) jesteśmy fanami Marvina Gaye’a i wytwórni Motown. Nagrywali dla nich genialni muzycy, powstało wtedy wiele wspaniałych, ponadczasowych płyt.


Na początku roku internet obiegła sensacyjna wiadomość, że nagrywasz cover utworu "Iron Man" z legendą "Star Treka" Williamem Shatnerem. Jak się z nim pracowało?


Jestem fanem "Star Treka" od bardzo dawna. Jak miałem 11 lat, tata zabrał mnie na zlot fanów tego serialu. Tak się złożyło, że znałem gościa, który pomagał przy produkcji albumu Williama Shatnera. Zadzwonił i powiedział, że nagrywa z nim płytę i zapytał, czy nie chciałbym na niej zagrać. Zgodziłem się bez wahania. To coś niesamowitego! Poczułem się, jakbym znalazł się wśród elity. Kto może się pochwalić, że jammował z najbardziej znanym kapitanem przestworzy? Okazał się być przemiłym człowiekiem. Mam szczęście, bo wszyscy moi idole na żywo okazują się być fantastycznymi ludźmi - Ozzy na przykład. Albo nigdy nie trafiłem na ich zły dzień (śmiech)...


Zabrałeś się też do pisania książki...


Tak, właśnie piszę książkę zatytułowaną "Bringing Metal To The Children". To książeczka humorystyczna - opowiada o tym, jak zabawną i jednocześnie absurdalną rzeczą może być zajmowanie się muzyką. Kiedy zaczynasz grać, masz na ścianie podobizny swoich idoli. Zanim się obejrzysz, już ćwiczysz całymi dniami grę na gitarze, aż zdzierasz sobie opuszki palców. Pomysł na książkę narodził się w pubie. Siedzieliśmy ze znajomymi i rozmawialiśmy o tym, jak zwariowane jest życie muzyka. Stwierdziliśmy, że musimy napisać o tym książkę. Nie jest to książka, którą trzeba czytać od początku do końca - można ją otworzyć w dowolnym miejscu i zaśmiewać się do rozpuku. Moja autobiografia będzie za to bardziej patetyczna - dla niej zachowuję poważniejsze wydarzenia.


Gdybyś spotkał teraz siebie samego w wieku 18 lat, co byś o sobie pomyślał?


Myślę, że ten młody popatrzałby na mnie i powiedział: "Co to za stary nudziarz? Nie mogę znieść tego gościa!" No cóż, kiedy piłem, mogłem uciec od problemów. Dlatego teraz wącham klej (śmiech). Ale jestem dumny z moich osiągnięć. Grupa Black Label Society staje się coraz bardziej popularna. W końcu uda nam się zdominować cały świat, zaprowadzić pokój i rozprawić się z terroryzmem. Taki mamy plan. Fajny, nie?

Zdjęcia: Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie