Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jeff Beck

Jeff Beck

Nowy album Jeffa Becka zaskoczył jego fanów na całym świecie. Kto by przypuszczał, że on tak szybko nagra kolejną płytę...

Ostatni raz rozmawialiśmy z Jeffem Beckiem w 2010 roku przy okazji ukazania się entuzjastycznie przyjętego przez krytyków krążka "Emotion And Commotion" będącego niezwykłą mieszanką eklektycznych wpływów, zawierającego stare i nowe utwory instrumentalne, a także gościnne wokale w wykonaniu Joss Stone, Olivii Safe i Imeldy May. Kolejne wydawnictwo "Rock 'n' Roll Party: Honouring Les Paul" (CD, DVD 2011) również jest bezkompromisowym i świeżym albumem, który nie odbiega zbytnio od poprzedniego. Płyta została zarejestrowana podczas dwóch koncertów z okazji 95. rocznicy urodzin nieżyjącego już Lesa Paula, które odbyły się w Iridium Jazz Club w Nowym Jorku. To właśnie w tym klubie Les Paul - znakomity gitarzysta jazzowy a zarazem innowator przemysłu nagraniowego i genialny konstruktor gitar elektrycznych - grywał przez piętnaście lat aż do śmierci w wieku 94 lat w 2009 roku.

Beckowi towarzyszyła na scenie Imelda May (wokal) wraz z zespołem, która odegrała rolę muzy Lesa Paula, wokalistki Mary Ford. Wśród muzyków znalazł się także mąż Imeldy May, Darrel Higham (gitara rytmiczna, wokal). Wystąpili również goście specjalni - pojawili się między innymi Brian Setzer, Gary U.S. Bonds i Trombone Shorty. Nie zabrakło też największych przebojów Lesa Paula i Mary Ford, takich jak "How High The Moon", "Bye Bye Blues" czy "Sitting On Top Of The World". Można było też usłyszeć utwory instrumentalne i klasyki rockabilly, jak choćby kompozycje pochodzące z repertuaru grupy The Shadows ("Apache", "Sleep Walk"), w których Beck mógł dać popis swoich umiejętności technicznych. Słuchanie płyty audio jest tak samo przyjemne jak oglądanie DVD, a publiczność - wśród której znalazło się wiele znanych osób - świetnie się bawiła. Takiego wieczoru łatwo się nie zapomina...

Podczas koncertów z serii "The Rock 'n' Roll Party" wszyscy doskonale się bawili. Ta muzyka jest niezwykle radosna i podnosząca na duchu. Mnóstwo w niej energii. Czy taki był zamysł tego projektu?


Na szczęście dla nas, muzyka z tego okresu była właśnie chwytliwa, pełna optymizmu i pozytywnej energii. Na scenie gościli Brian Setzer, Gary U.S. Bonds i Trombone Shorty. Gdy masz obok siebie muzyków takiego formatu i grasz największe hity, które zna cała widownia, to dobra zabawa jest po prostu zagwarantowana.


Jakie to uczucie grać przeboje Les Paula, stojąc na "jego" scenie w Iridium Jazz Club?


Wybór tego właśnie klubu był dla mnie rzeczą oczywistą. Les grał w nim w każdy poniedziałek przez piętnaście lat. Nie było lepszego miejsca na ten projekt. Rzeczywiście, grając jego muzykę na jego scenie, czułem się dość surrealistycznie, ale bardzo chcieliśmy w szczególny sposób uczcić urodziny naszego Mistrza. Chciałem sprawić, żeby był z nas dumny.


Cały czas byłeś w samym centrum wydarzeń. Wszystkie kamery skierowane były na Ciebie. To sytuacja raczej dość stresująca... Rodzaj muzyki, jaką grałeś, też nie pozwalał wiele ukryć - były to przede wszystkim czyste partie gitarowe...


Na pewno czułem się pod presją, tym bardziej że nie mieliśmy zbyt wiele czasu na próby. Byliśmy zajęci naszą amerykańską trasą koncertową, a mnie bardzo zależało na tym, żeby koncert wypadł dokładnie w 95. rocznicę urodzin Lesa Paula. Mimo że pracowaliśmy pod silną presją czasową, to gdy już znalazłem się na scenie, zapomniałem o kamerach i całym emocjonalnym stresie. Skoncentrowałem się tylko na tym, żeby oddać cześć Lesowi - nie mogłem go przecież zawieść!


Na tej imprezie, tak jak na koncertach Ronniego Scotta w 2007 roku, również gościło wiele sław...


Gdy spojrzałem na widownię, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Kirk Hammett przyleciał specjalnie na nasz koncert z Hawajów! Specjalnie też przyleciał Nils Lofgren. Na widowni siedzieli również: David Bowie, Stevie Van Zandt, Meat Loaf, Ace Frehley... Założę się, że przyszli zobaczyć, czy przypadkiem nie dam plamy (śmiech). Całe szczęście, że nie wiedziałem wcześniej, kto ma przyjść, bo wtedy przygotowalibyśmy chyba zupełnie inny show...


Założę się, że gdybyś to Ty siedział na widowni, wielu gitarzystów zeżarłaby trema. Czy jest ktoś, kto u Ciebie wywołałby siódme poty?


Występowanie przed każdym wspaniałym gitarzystą może nieźle zszarpać nerwy, nawet jeśli jest się profesjonalistą. Pamiętam, że byłem niesamowicie stremowany, gdy grałem przed Lesem Paulem. Granie dla niego było dla mnie bardzo stresujące, mimo że reprezentowaliśmy przecież różne style. Ale czy ja również aż tak onieśmielam innych gitarzystów? Tego nie jestem pewien...


Les Paul przyczynił się do powstania muzyki rockowej. Czy uważasz, że tacy muzycy, jak Scotty Moore, Cliff Gallup i Eddie Cochran czerpali inspirację bezpośrednio od niego?


Cóż, nie mogę mówić w ich imieniu, ale uważam, że muzyka Lesa miała wpływ na każdego gitarzystę. Nie można nie inspirować się jego brzmieniem, kiedy gra się na gitarze. Sposób, w jaki grał, fascynował i każdy z nas chciał grać tak jak on! Był absolutnym mistrzem. Jestem szczęśliwy, mogąc wykorzystać pewne elementy jego stylu w mojej muzyce. Mam nadzieję, że spuścizna po nim nie zginie. Choć Lesa już nie ma wśród nas, będę popularyzował jego twórczość wśród następnych pokoleń.


Les był znany ze stosowania różnych sztuczek - niektóre partie grał szybciej, stosował dogrywki, eksperymentował. Naraził się tym na krytykę. Dopiero dużo później zyskał uznanie, na jakie zasługiwał. Jak to wytłumaczysz?


Les Paul znacznie wyprzedzał swoje czasy. Był prekursorem w dziedzinie technik nagrywania i konstruował gitary elektryczne. Ludziom mogło się wydawać, że on po prostu bezcześci gitarę. Być może myśleli, że te dziwactwa nigdy się nie przyjmą. Całe szczęście mylili się, ponieważ Les Paul nie tylko tworzył prawdziwą muzykę, ale robił to w sposób tak oryginalny, że ją - chcąc nie chcąc - zrewolucjonizował. Był prawdziwym geniuszem.


Czy Les znaczył dla Ciebie więcej jako przyjaciel czy jako muzyk? On sam bardzo Cię szanował, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach.


Był moim przyjacielem i mentorem. Pierwszy raz usłyszałem jego muzykę, kiedy miałem sześć lat. Słuchałem sobie radia w domu i nagle usłyszałem coś zupełnie niesamowitego. Mama powtarzała mi, że dźwięki, które słyszę, to tylko sztuczki. Ale ja od razu wiedziałem, że chcę się nauczyć, jak się je robi. Chciałem grać jak Les Paul. Od początku bardzo go podziwiałem i szanowałem.


Sam lubisz przekraczać granice - własne i te związane z grą na gitarze. Ale Twoja miłość do rock and rolla i rockabilly od lat nie słabnie. Co Cię tak nakręca w tej muzyce?


No cóż, z jednej strony rock and roll to czysta, radosna i prosta muzyka. Granie jej to dla mnie prawdziwa frajda. Z drugiej zaś strony lubię wyzwania i przekraczanie granic. Od początku chciałem jakoś połączyć te dwie rzeczy. A ponieważ jestem wielkim fanem Gene’a Vincenta, postanowiłem zagrać coś z jego repertuaru. Rzuciłem sobie też wyzwanie, żeby zagrać tak dobrze jak moi koledzy, a może nawet i lepiej. Nie uważam się za najlepszego gitarzystę na świecie, ale trzeba mierzyć wysoko, dlatego ćwiczę codziennie. Dzięki temu wciąż mogę robić to, co robię. Ale granie musi być przede wszystkim przyjemne. Gdyby nie było przyjemne, nie wiem, czy grałbym nadal.


Czy musiałeś dużo ćwiczyć, żeby grać w stylu rockabilly?


Prawdę mówiąc, nie ćwiczyłem dużo. Kiedy ćwiczę w domu lub garderobie, gram we wszystkich możliwych stylach. Raz grałem nawet coś z repertuaru Barbry Streisand, choć nie wiem, czy powinienem to mówić (śmiech)...


Na koncercie grałeś raz kostką, raz palcami. Nawet jak używałeś palców, to miało się wrażenie, że stosujesz kostkę...


Grając swoją muzykę, nie używam kostki. Uważam, że mogę uzyskać ciekawsze brzmienie, grając palcami - wtedy mam lepszą kontrolę nad strunami. Jednak w Iridium chciałem grać całkowicie w stylu Lesa Paula, dlatego od czasu do czasu musiałem używać kostki. Nie leży to w mojej naturze, ale gdzieniegdzie kostka okazała się niezbędna.


Czy solówki były napisane wcześniej, czy może improwizowałeś?


Cóż, to nie były moje piosenki i nie mogłem sobie pozwolić na zbyt wiele. Byłoby nie w porządku, gdybym improwizował. Zrezygnowałem z tego w piosenkach Lesa i Mary. Mam nadzieję, że ludzie zauważyli i docenili fakt, że te kawałki pozostawiłem nienaruszone. Choć przyznaję, że niektórym solówkom nadałem bardziej osobisty charakter, przez co zyskały trochę współczesnego pazura.


Intro do utworu Lesa "How High The Moon" jest niezwykle skomplikowane technicznie. To nie ma nic wspólnego z graniem bluesa czy rocka. Można połamać sobie palce...


To typowy Les Paul - ludzie od razu rozpoznają to intro, ale nikt nie potrafi go zagrać! Patrzyłem jak oczarowany, kiedy to grał. Potrafię grać szybko, ale to, co on wyprawiał, było niewiarygodne. Dlatego musiałem poświęcić trochę czasu na przećwiczenie tego kawałka. Znałem go dosłownie na pamięć, no i widziałem, jak grał go sam mistrz - to mi na pewno pomogło.


Zespół Imeldy May wraz z jej mężem Darrelem Highamem na gitarze rytmicznej stworzył dla Ciebie wspaniałe muzyczne tło...


Imelda śpiewa zupełnie bez wysiłku. Mógłbym słuchać jej śpiewu bez przerwy, jej głos nigdy mi się nie nudzi. I naprawdę brzmi dokładnie jak Mary Ford - a może nawet lepiej. Natomiast Darrel jest nie tylko wspaniałym gitarzystą, ale także ma bardzo dobry wokal. To prawdziwy zespół w stylu rockabilly - potwierdza to ich image, ich brzmienie oraz ich styl gry. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego akompaniamentu na ten koncert.


Również goście, których zaprosiłeś, nadali projektowi wyjątkowy charakter, dlatego mogliśmy słuchać rockabilly w pełnej palecie barw i światłocieni.


Nie można zorganizować takiego koncertu, nie zapraszając Briana Setzera. On jest uosobieniem rockabilly. Jak usłyszałem, że Gary U.S. Bonds jest w Nowym Jorku i będzie grał następnego wieczoru, po prostu musiałem go zaprosić. Był niesamowity - dopiero słuchając płyty i oglądając film, zdałem sobie w pełni sprawę z tego, jak genialnie zagrał. Podczas koncertu człowiek nie jest w stanie skupić się na wszystkich muzykach. Niestety następnego dnia grał swój koncert i nie mógł już z nami wystąpić. Bardzo nieładnie z jego strony (śmiech)!


Czy zdarza Ci się konkurować z innymi gitarzystami?


Nie! Ale zdarza się, że oni rywalizują ze mną...


Choć większość utworów grałeś na Gibsonie Les Paulu, to jednak utwory "Rockin’ Is Our Business" czy "Walking In The Sand" skłoniły Cię do sięgnięcia po Stratocastera...


Tak, podczas wykonywania kilku kawałków musiałem sięgnąć po Stratocastera, żeby nadać niektórym z nich inny charakter.


Wspaniale zabrzmiały utwory "Sleep Walk" i "Apache". Są bardzo zbliżone do oryginału, choć dodałeś do nich oczywiście kilka "beckizmów". Czy to ważne dla gitarzysty progresywnego?


Owszem, są tam też i "beckizmy" (śmiech). Lubię wyzwania i eksperymenty, więc nie mogło ich zabraknąć. Nie chciałem, żeby ktokolwiek miał wątpliwości, że to Jeff Beck gra "Apache"!


Jakiego sprzętu używałeś podczas tych dwóch koncertów?


Nie obeszło się bez Les Paula - byłoby raczej dziwne, gdybym nie zagrał kilku kawałków na tej kultowej gitarze. Do albumu "Crazy Legs" użyłem gitary Gretsch Duo- -Jet, co na pewno pomogło mi uzyskać odpowiednie brzmienie - chodziło mi o sound w stylu Cliffa Gallupa. Grałem też na Gibsonie ES-175, choć ta gitara jest dla mnie trochę za ciężka i na pewno nie byłbym w stanie zagrać na niej całego koncertu. W zespole Yardbirds jedną z moich pierwszych gitar był Telecaster. Zawsze chciałem dokonać w nim jakichś zmian i udało mi się - mój model jest absolutnie doskonały. No i jak mógłbym zapomnieć o Stratocasterze - to jedna z moich ulubionych gitar, która idealnie nadaje się do mojego stylu gry. Przy jej użyciu umiem uzyskać optymalne brzmienie.


Zauważyliśmy, że w swoim arsenale masz kilka małych wzmacniaczy marki Fender - pewnie używałeś innych efektów i różnych ustawień do poszczególnych gitar. Jakie to były efekty?


Niestety nie zdradzę mojego sekretu, nic z tego! A może posłuchacie mojej płyty i powiecie mi, jakich efektów używałem (śmiech)?


Neville Marten

Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie