Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Piotr Peter Wiwczarek (Vader)

Piotr Peter Wiwczarek (Vader)

Piotra "Petera" Wiwczarka nie trzeba przedstawiać żadnemu wielbicielowi ciężkich brzmień w naszym kraju. Od blisko trzech dekad prowadzi zespół określany powszechnie "najlepszym polskim towarem eksportowym".

Deathmetalowa grupa Vader, bo o niej mowa, wydaje wkrótce nowy album, którym - jak sugerują sami jego twórcy - zaskoczy zarówno swoich fanów, jak i przeciwników. Rozmowa z Piotrem Wiwczarkiem, który okazał się nad wyraz sympatycznym i otwartym rozmówcą, nie koncentrowała się jednak tylko na jego dokonaniach. Jeśli więc interesuje Was nie tylko "Welcome To The Morbid Reich", ale także to, jakim tatą jest lider Vader i co intrygującego można znaleźć w twórczości Madonny oraz na nowej płycie Morbid Angel, to zachęcamy do lektury!

Poprzedni album "Necropolis" klimatem kojarzył się z Waszymi starszymi dokonaniami, jak choćby z "De Profundis". "The Art Of War" i "Impressions In Blood" zaskoczyły w kontekście nowoczesności. Jak będzie tym razem?


Trudno powiedzieć, bo jak sam wiesz, wszelkie opinie czy porównania są sprawą bardzo subiektywną. Z jednaj strony bardzo mnie cieszy, kiedy widzę, jak ludzie mocno sugerują się moimi wypowiedziami na temat nagranej płyty. Z drugiej jednak strony, martwi mnie - i to bardzo - praktycznie zupełny brak ich własnej oceny czy opinii. Każdy powinien sam przesłuchać materiał i skonfrontować swoje wrażenia z własną wizją. Czytając niektóre z wypowiedzi wszelakiej maści internautów, mam wrażenie, iż panuje jakiś zwyczaj bycia w opozycji do ogólnie panującej opinii. Tego również nie rozumiem... No cóż, widać świat zmienia się wokół nas, a my razem z nim (śmiech). Wracając jednak do Twojego pytania. Ciężko mi jednoznacznie określić muzyczny klimat "Welcome To The Morbid Reich". Na pewno jest tam sporo świeżości i - jak na Vadera - wręcz eksperymentalnych zagrywek. Nie znaczy to jednak, że próbujemy na nowo odkryć Amerykę. Sztuka ma wiele twarzy, a tą prawdziwą nie musi być akurat ta, która wciąż się zmienia. Vader od samego początku miał swoje miejsce w muzyce i twardo tam pozostaje. Metal od lat przez wielu określany był jako mało rozwojowy, ale to samo można powiedzieć o każdym innym stylu muzycznym. Jest mnóstwo ludzi, którzy najlepiej czują się w tym, co sprawdzone od lat i co ciągle powoduje gęsią skórkę. Nasza nowa płyta zdecydowanie będzie zaskoczeniem dla tych wszystkich, którzy uważają, że nic nowego nie da się już zrobić. Pisarze, stosując wciąż te same litery alfabetu, do dziś tworzą piękne dzieła, my zaś, stosując klasyczne środki wyrazu, stworzyliśmy materiał pełen wrażeń. Powiem tak: muzycznie jest to najbardziej zróżnicowana płyta w całej historii naszego zespołu! Jest ona również najpotężniej brzmiącym krążkiem. Ta płyta spokojnie nawiązuje do wielkich tradycji metalu z lat 80. i 90., gdzie nie produkowano wyłącznie suchych i wysterylizowanych płyt. "Welcome..." to nie tylko wszechpotężny pęd w takich kawałkach, jak "Only Hell Knows", "Lord Of Thorns" czy "I Had A Dream", ale także monumentalny ciężar "Black Velvet And Skulls Of Steel" czy "I Am Who Feast Upon Your Soul". Zupełnie innych wrażeń dostarczają kawałki "The Black Eye" oraz utwór tytułowy. Ale to jeszcze nie wszystko...


Kiedy Ci się lepiej pracuje nad kompozycją? Czy wtedy, gdy masz dużo czasu na dopracowanie szczegółów, czy gdy jesteś w stresie?


Sposób tworzenia w moim przypadku nie odbiega aż tak znacznie od tego sprawdzonego przeze mnie od lat. Cały czas większość utworów powstaje w studiu. Ja po tylu latach nie potrafię już chyba pracować inaczej. Owszem miałem kiedyś sporo czasu, bo aż trzy miesiące - było to przed wejściem do studia - lecz przez cały ten czas w zasadzie zbierałem riffy, pomysły itd. By komponować, muszę się totalnie oderwać od tzw. zwyczajnego dnia. W studiu jestem kompletnie odizolowany od świata i tego właśnie potrzebuję do pracy. Niczego więcej. Kawałki na nową płytę powstawały w bardzo naturalny sposób i to jest chyba największą "innością" w całym cyklu twórczym. Nie nagrywaliśmy płyty jednym ciągiem. Po sesji bębnów robiliśmy sobie jedno-, dwutygodniową przerwę, by wrócić i kontynuować pracę. Podobnie było po nagraniu ścieżek gitar. Takie przerwy dają przede wszystkim odpoczynek dla umysłu i uszu. Jest też większy dystans do tego, co zostało już nagrane. Przypominało to trochę pracę nad nowymi kawałkami na próbach, tak jak to bywało ileś lat temu. Żaden z utworów nie powstawał miesiącami. Jeśli już bywały zmiany, to raczej natury kosmetycznej. Nie wiem, skąd w ludziach przekonanie, że jeśli coś powstaje w dłuższym czasie, to musi być dobre, a to, co nagle, to po diable. I może coś właśnie w tym jest (śmiech)! To tak jak z seksem - jeden do spełnienia potrzebuje godziny, a drugiemu wystarczy pół minuty... Spontan w muzyce, a szczególnie w metalu, jest niezbędny. Faktem jest jednak, że mieliśmy więcej czasu i sposobności na wydobycie wszelkiego rodzaju smaczków. Jest tego sporo. Myślę, że po kilku przesłuchaniach będzie jeszcze można coś odkryć w tle.


Ponoć w studiu powstał jeszcze jeden utwór, który pierwotnie nie był planowany.


Początkowo chcieliśmy nagrać "Decapitated Saints" jako remake w ramach bonusów. Kiedy już nagraliśmy, wyszedł tak zaskakująco świeżo, że dołączyliśmy go do regularnego programu płyty. Ten kawałek mimo tylu lat ma w sobie okrutną energię. Pięknie pasuje do całej płyty i uzupełnia ją. Czy zamiast niego można było nagrać kolejny nowy utwór? Oczywiście, że tak, ale po co? Zresztą zapraszam do przesłuchania płyty na potwierdzenie moich słów.


Wiele kontrowersji wzbudziło parę lat temu Twoje wyznanie, że to Ty zawsze nagrywałeś partie basu na płytach. Wielokrotnie tłumaczyłeś już, jaki był tego powód. Dlaczego jednak na reportażu ze studia z okresu "The Beast" widzimy Novy’ego rejestrującego ślady gitary basowej?


Raport ze studia z okresu nagrań "The Beast" był pierwszym tego typu medialnym posunięciem w grupie Vader i z pewnością pierwszym w Polsce zrobionym na takim poziomie. W raporcie obok samej sesji nagraniowej chciałem pokazać cały zespół. Widzimy tam debiutującego w zespole Daraya, Mausera, Novy’ego i mnie. Nie interesowało mnie to, czy moi koledzy w mniejszym lub większym stopniu przyczynili się do samych nagrań, lecz to, że są oni w zespole Vader. Tamten raport był bardziej wizytówką zespołu niż relacją z pracy w studiu. Dziwi mnie też, że w dobie, kiedy 90 proc. wszelkich programów telewizyjnych czy innych prezentacji jest totalną fikcją i zmontowanym spektaklem, ludzie zarzucają mi, iż pokazałem grającego Novy’ego, skoro on tam tak naprawdę nic nie nagrał. W całej historii Vadera tylko Novy zagrał w studio pięć czy może sześć kawałków na podsumowującej dwadzieścia pięć lat historii płycie "XXV", z których i tak dwa utwory musiałem wyrzucić, bo były po prostu jednym wielkim basowym burakiem. Kiedy zakładaliśmy zespół Vader, grałem na basie, więc nie jest to dla mnie instrument niepojęty. Od demo "Necrolust" to ja nagrywałem basy w studio, bo tak było łatwiej, sprawniej i... lepiej. Podobnie było z Pająkiem. To on rejestrował basy do swoich kompozycji na "Welcome...". Efekt finalny zawsze jest najważniejszy.


Właśnie! Pamiętam, jak fani nerwowo zareagowali kiedyś na zmianę logo przez Vadera. Może kogoś oburzyć porównanie, jakie za chwilę padnie, ale Twoi wielbiciele zdają się traktować elementy wizerunku grupy jako... święte.


Wiem. I błędem było to, że nie wziąłem tego pod uwagę. Miałem swoje powody, by zmienić logo po rozstaniu się z Docem (Krzysztof Raczkowski, perkusista zespołu, zmarł w 2005 roku - przyp. JW). Praktycznie od początku budowaliśmy imperium razem i Vader bez niego był dla mnie - przynajmniej mentalnie - już trochę innym zespołem. Zamanifestowałem wielkie zmiany właśnie poprzez inne logo... Teraz wiem, że nie był to właściwy ruch. Wracamy więc do tego, co powinno pozostać niezmienne - logo z "Morbid Reich", później w różnych kombinacjach kontynuowane do płyty "The Art Of War".


Trochę przypomina to tezę Leszka Kołakowskiego, że sfera sacrum w życiu wielu współczesnych ludzi przeniosła się na obszar popkultury. Zgadzasz się z tym ostatnim? To wskazywałoby, że ludzie potrzebują idoli, bogów czy pewnych wzorów.


Tak było zawsze! Na tym polega popkultura. Nawet w metalu. Szczególnie dziś... Ocenianie zespołów po tzw. oglądalności w mediach jest największą krzywdą, jaką można było zrobić muzyce w historii ludzkości zaraz po programach typu "Mam talent". Już nie liczy się pasja, naturalny talent czy charyzma. Dziś wystawienie na scenie penisa przebije oglądalnością najlepszy koncert Gary’ego Moore’a... Czasami nie wiem, czy to cały czas jest jeszcze ta sama planeta.


Na pewno nasz kraj zmienia się pod wieloma względami. Przygotowując pytania do tego wywiadu, sięgnąłem do numerów pisma "Thrash’Em All" z lat 90. W jednym z nich jest zapis rozmowy Pawła Frelika z Tobą, w której narzekasz na stan demokracji w Polsce i na odwoływanie koncertów Vadera. Czy teraz zauważasz jakąś poprawę stanu świadomości i akceptacji inności przez Polaków?


Polacy lubią inność dla samej inności, a nie, że to im się podoba. Każdy zespół jest szkalowany za wierność sobie i fanom, a za rozwojowe traktuje się te, które nagrywają każdy album inaczej. A przynajmniej do momentu, kiedy - wreszcie! - coś się zaczyna lepiej sprzedawać... Ja podzieliłbym dzisiejszą Polskę grubą linią na tych, którzy realnie wspierają muzyczną scenę, przychodząc na koncerty, i na tych, którzy zasiadają za klawiaturą komputerów, bawiąc się w oceny dalekie od pochlebstw czy komplementów. Oczywistym jest fakt, że gdyby nie było tych pierwszych, skazani bylibyśmy już od dawna na oglądanie koncertów jedynie na YouTube...


Czy granie w zespole Vader to już w większym stopniu zarabianie na życie czy hobby? Czy zdarza lub zdarzało Ci się wychodzić na scenę lub wchodzić do studia nagraniowego ze świadomością, że jest to w pewnym sensie odrobienie pańszczyzny? Przykładowo, gdy zdarzało się Wam grać przed mniejszą publiką lub w klubach z kiepskimi odsłuchami itd.


Nie ilość, a jakość ma znaczenie... Graliśmy wiele koncertów w małych klubach, gdzie "kult się sączył ze ścian" - jak mawiał mój przyjaciel Paweł Frelik. Nie jest wstydem granie w mniejszych, gorzej wyposażonych miejscach, ale uważanie, że takie koncerty to ujma. Jeśli nie potrafimy podjąć wyzwania, wówczas stajemy się rutyniarzami. Droga po najmniejszej linii oporu jest prosta, łatwa, ale czy przyjemna?


Czy nadal odczuwasz tremę przed koncertem?


Tremę na scenie miałem tylko raz. Miałem wtedy osiem lat i grałem "Kurki trzy" na skrzypcach na dużej scenie filharmonii olsztyńskiej. Oglądał mnie wówczas jakiś znany rosyjski skrzypek. Miałem z nim nawet spotkanie po występie. Niestety zupełnie nie pamiętam nazwiska tego wirtuoza skrzypiec.


Czyli była szansa na to, by Piotr Wiwczarek został znanym skrzypkiem (śmiech)?


Raczej nie. Wkrótce zmarł mój dziadek, a wraz z nim pasja do skrzypiec. Pomogła temu również nauczycielka instrumentu. Na każdej lekcji wykręcała mi ręce, waliła po łapach. Ja chciałem grać, a nie spędzać godziny na właściwym ustawianiu ręki. Technika jest ważna, ale w nadmiarze już niejednego utalentowanego muzyka wyjałowiła z tego, co najważniejsze, czyli z pasji do tworzenia i grania. Wiesz, samo narzędzie nie powinno być ważniejsze od tego, do czego zostało stworzone.


W oprawach graficznych albumów oraz tekstach Vadera często pojawiały się elementy kojarzące się z magią chaosu. Czy uważasz, że wizualizowanie sukcesu pomaga w osiąganiu swoich celów? Czy sam to stosujesz? W pewnym sensie jesteś człowiekiem sukcesu, który spełnił swoje marzenia z lat nastoletnich...


Nie zaczynałem grać metalu dla sukcesu. Tak czyni dziś wielu. Dla mnie ta muzyka była i jest buntem. Jest krzykiem gniewu i żalu. Metal zawsze wspomagał się efektami i atakował wszystkie zmysły, wprowadzając słuchaczy w stan ekstazy. Dziś mam wrażenie, że to, co było uzupełnieniem, stało się głównym punktem uwagi. Symbolika działa na wyobraźnię. Jeśli zamiast magii więcej jest tych symboli, to mamy jedynie cyrk i rubaszny folklor.


Jak wygląda normalny dzień Piotra Wiwczarka, gdy nie nagrywa lub nie jest w trasie? Czy potrafisz żyć jak typowy domator?


Jak najbardziej! W domu jestem raczej leniwy. Wiesz, pilot w łapie, telewizor i dobre domowe żarcie. Oczywiście mam też i swoje hobby. Albo latam uzbrojony po zęby z kolegami na planach filmów wojennych czy historycznych mitingach, albo pomagam w domu w typowych pracach remontowych. Sporo też czytam. Przy dłuższej przerwie w koncertowaniu ustawiam sobie również kilka razy w tygodniu ćwiczenia fizyczne i oczywiście treningi z gitarą. Jeśli mam tydzień lub dwa tygodnie wolnego, to gitarę odstawiam w kąt.


A jakie lektury ostatnio znalazły się w Twoich rękach? Coś z bestsellerów czy raczej klasyka?


A czym jest klasyka? Jeśli masz na myśli naszych narodowych wieszczów, to raczej nie. Obecnie czytam dwie książki: sensacyjną powieść Roberta Ludluma pt. "Strażnicy Apokalipsy" i wspomnienia Willy’ego Feya - niemieckiego pancerniaka, a po wojnie budowniczego nowoczesnej Bundeswehry. Przede mną saga "Gra o tron". Właśnie zakupiłem na Allegro sześć tomów tej powieści. W trasach sporo czytam.


Może to pytanie powinienem zadać Twoim dzieciom, ale jakim ojcem jesteś? Czy można uznać, że raczej tatą-kumplem?


No nie wiem... Musiałbyś raczej porozmawiać z Oskarem i Agatą (śmiech). Staram się być ojcem i dać im to, czego ja mieć nie mogłem. Jestem jednak dość konserwatywny w sprawach wychowawczych i dyscyplina ma w domu duże znaczenie.


Jak podchodzisz, w kontekście wychowywania dzieci, do kwestii religii? Wielu zdziwiło kiedyś, że Twój syn miał komunię. Z drugiej strony, sam przyznawałeś, że byłeś wychowywany jako katolik, by ostatecznie samemu zdefiniować się potem w tych kwestiach.


W zasadzie sam już sobie odpowiedziałeś na to pytanie. W naszym domu w zasadzie niczego nikomu się nie narzuca. Pewne decyzje trzeba podejmować samemu, ale najpierw wypada do nich dorosnąć. Po to mamy rodziców, by nas chronili przed błędami wieku mlecznego i pomagali w mozolnym rozumowaniu, poznawaniu praw otaczającego świata. Jeśli nie robią tego rodzice, robi to szkoła, podwórko, koledzy... A tak naprawdę dziś wszyscy po trochu. Widzisz, ja nie mam nic przeciwko ludzkim wyborom wiary. To powinno pozostać jednak decyzją osobistą. Dlatego właśnie gardzę systemami religijnymi, które tę wiarę wykorzystują do własnych celów. Przeważnie bardzo odległych od głoszonych w świętych księgach poglądów. Do tego dochodzi indoktrynacja od najmłodszych lat pod płaszczykiem tradycji. Moje dzieci znają mnie i moje poglądy. Swoje będą kształtować same...


Masz bardzo charakterystyczny styl komponowania i gry na gitarze. Czy w chwilach wolnych od Vadera eksperymentujesz, grając inne gatunki niż metal? Odnajdujesz coś inspirującego w jazzie czy bluesie?


Z pewnością nie jazz... To bardzo specyficzny styl i wymagający zupełnie innego spojrzenia na muzykę. No i oczywiście inna technika gry. Improwizacja jest tym, co mnie łączy z jazzem. Nie lubię perfekcyjnych, odtwórczych koncertów. Lepiej jest coś zburaczyć, niż pamięciowo odtwarzać to samo na każdej sztuce. Jest czas na ustawione linie solowe, ale powinno być coś, co czyni każdy koncert czymś wyjątkowym.


Kiedyś narzekałeś na wokal Toma Arayi na "South Of Heaven". Moim zdaniem Slayer zaczął się właśnie od tego albumu i nawet kultowe dla wielu "Reign In Blood" jest szczytem ich młodzieńczego, ale trochę infantylnego grania na zasadzie "grajmy jak najszybciej się da" (śmiech).


No to mamy inne pojęcie o metalu (śmiech). O ile wiem, do dziś Slayer gra na koncertach utwory z "Reign In Blood". Z "South Of Heaven" przeważnie tylko tytułowy kawałek. To przełomowa płyta nie tylko dla "Zabójcy", ale całego stylu w metalu. To, że na "South Of Heaven" wrzucili kilka czystych wokali i gitar, nie czyni tej płyty progresem. Jeśli mówiłem źle o tym albumie Slayera, to wynikało to raczej z mojej ortodoksyjności w tamtym czasie. Nie przyjmowałem niczego, co nie było szybkie, złe i brutalne. Większe otwarcie na spokojniejszą muzę przyszło kilka lat później.


No tak, pamiętam, że odnalazłeś coś dla siebie nawet w twórczości Madonny...


Tak. A czy to coś złego? Nie jestem może ortodoksyjnym fanem tej artystki, ale bardzo cenię kilka jej albumów i to, jak ciężko pracuje na swój sukces i utrzymanie się w tak drapieżnym biznesie. Pamiętam trasę z Morbid Angel w 1998 roku. Wówczas wszyscy fascynowali się płytą "Ray Of Light". To już nie była ta wyszczekana nastolatka z pierwszych płyt. Piękne melodie, aranże i ta otaczająca całość magia. Obok takiego zestawu żaden artysta nie może przejść obojętnie...


Zagracie na Metal Hammer Festival przed Judas Priest, z którego odszedł niedawno K.K. Downing. Sam zespół lata świetności ma już chyba za sobą. Co sądzisz o ich ostatniej płycie "Nostradamus"? Dla wielu fanów było to rozczarowanie...


Kiedy się zna i wielbi takie płyty, jak "Screaming For Vengeance", "Unleashed In The East" czy "Painkiller", ostatnia płyta może pozostawiać pewien niedosyt. Myślę, że gdyby z "Nostradamusa" wybrać materiał na jeden 45-minutowy krążek, byłby to całkiem solidny album. A tak jest monotonia i przesyt. Ale to tylko moje zdanie... Czekam na każdy nowy album Judasów z zapartym tchem. Dla mnie ten zespół to ikona stylu!


W wywiadach wspominałeś kiedyś, że styl gry gitarzystów Judas Priest był dla Ciebie bardzo inspirujący...


Owszem wspominałem, ponieważ to prawda. Chwyciłem za "szóstkę" w tym samym czasie, kiedy w moim życiu pojawił się Judas Priest. Pierwszym kawałkiem był usłyszany w Trójce "Riding on The Wind". Oszalałem! Dorwałem koncert z Japonii... To właśnie "Sinner" w wykonaniu K.K. zapoczątkował moją miłość do wibratora. Swoją drogą do dziś nie wiem skąd taka nazwa  tego urządzenia w języku polskim (śmiech). Slayer był kontynuacją, a Morbid Angel kulminacją. jestem pewien, że Kerry'ego i Treya inspirowały te same kawałki co mnie. Oni byli na Florydzie czy w Kalifornii - ja zaś w Olsztynie.


Ciekawe czy dziś inspiruje Was to samo. Słyszałeś nowy Morbid Angel? Wyobrażasz sobie, żeby Vader mógł popełnić tego typu album?


Morbid Angel idzie swoją drogą, a ja swoją. Te drogi mogą się krzyżować ale nie zawsze muszą. Kilka dni temu oglądaliśmy koncert Morbidów na festiwalu Hellfest i widziałem ten sam genialny ekstremalny zespół, które podziwiałem we Wrocławiu na Wyspie pod koniec lat 90. Póki nie tańczą na scenie i nie gibają się jak Korn w rytm techno, mogą sobie wydawać co tylko chcą. Ja na "Illud Divinum Insanus" znalazłem wiele świetnych kawałków i riffów - i to mi wystarczy. Nie muszę łykać wszystkiego, co nagrano na tej płycie. Trey ma swoje okresy i wszystko dostosowuje do osobistych emocji i fascynacji. Jako artysta ma przecież do tego prawo.
   

Jacek Walewski



RECENZJE

Mental Castration Holy Toy
3 /10

Marna wartość artystyczna, zerowa w kwestii rozrywki. Krążek "Mental Castration" grupy Holy Toy został wypuszczony chyba tylko po to, by pokazać,... Gramy dalej

Sugar Death and 222 Imperial Bitches Tuff Enuff
8 /10

Zespół Tuff Enuff okazał się wystarczająco twardy by wytrzymać próbę czasów. Kapela powróciła do obiegu materiałem zatytułowanym "Sugar... Gramy dalej

Dear Youth The Ghost Inside
9 /10

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tegorocznych premier z miejsca stała się kandydatem do miana jednej z czołowych płyt roku.

Gramy dalej
Formis ocena 7
Mental Survival
Gatunek: Death metal
Rammstein - Die Band
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie