Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tommy Denander

Tommy Denander

Tommy Denander jest jedny m z bardziej rozchwytywanych gitarzystów studyjnych. Jest również autorem i producentem utworów wielu znanych artystów. Rocznie Tommy bierze udział w powstawaniu ponad 150 albumów. Do tej pory ukazało się blisko 2.000 płyt z jego udziałem.

Od dawna grasz na gitarze?


Zacząłem grać na gitarze w wieku pięciu lat, w roku 1973. Ale mam zdjęcie, na którym mam dwa latka i siedzę przy fortepianie. Moja mama grała na pianinie i trochę na gitarze. Mój wujek, brat ojca, także grał na gitarze. Odkąd pamiętam, grali na wszelkiego rodzaju rodzinnych uroczystościach, spotkaniach czy obiadach. Jeśli dorasta się w takich warunkach, nietrudno złapać bakcyla. Pewnego dnia pożyczyłem dużą gitarę akustyczną mojej mamy i nie mogłem się już od niej oderwać. Dwa lata później oznajmiłem rodzinie, że chcę mieć gitarę elektryczną. Powiedzieli: "OK, ale musisz sobie na nią zarobić". Kosiłem więc trawniki wszystkim sąsiadom przez miesiąc, żeby zdobyć pieniądze. Wtedy dołożyli mi drugą połowę i kupiłem sobie używanego elektryka. Potem na gwiazdkę dostałem małe combo Rolanda i jakiś efekt distortion. Zacząłem poświęcać na muzykę coraz więcej czasu, i tak to się zaczęło. Już wtedy wiedziałem, że chcę związać swoje życie z muzyką i że nic nie jest w stanie mnie na tej drodze zatrzymać.


Masz jeszcze tę pierwszą gitarę elektryczną?


Niestety nie, chociaż chciałbym. To był najbardziej nietypowy instrument, jaki miałem w życiu - gryf a la Stratocaster, korpus a la SG, a w nim cztery przystawki typu single-coil osadzone w dziwacznej płytce. Mój późniejszy okres fascynacji Van Halenem nie był korzystny dla tej gitary - wierciłem w niej dziury, malowałem, oklejałem, rzucałem nią... Niestety nie przetrwała tej zabawy. Myślę, że jej części nadal leżą gdzieś na strychu w domu mojej mamy.


Co ją zastąpiło?


Kiedy tylko zaoszczędziłem trochę więcej pieniędzy, zainwestowałem je w sprzęt. Kupiłem więcej efektów, basowy wzmacniacz Fendera i nową gitarę. Był to Les Paul wyprodukowany w latach 70. przez Ibaneza, który robił te kopie tak dobre, że Gibson wytoczył firmie proces. To było świetne wiosło. Miało na pokładzie trzy humbuckery, bo byłem wtedy wielkim fanem Kissów. Żałuję, że ją sprzedałem. Potem miałem już wiele innych gitar - myślę, że około 400 lub 500 - każdy typ i marka, jakie tylko możesz sobie wyobrazić. Sporo eksperymentowałem i sporo się dzięki temu nauczyłem. Gram już na gitarze 38 lat i tyle czasu zajęło mi dojście do mojego ideału. Trzymając w ręku VGS-a, pierwszy raz w życiu nie czuję potrzeby posiadania kilku różnych instrumentów.


Czy to prawda, że podpisałeś swój pierwszy kontrakt płytowy w wieku 15 lat?


Właściwie to miałem wtedy lat 14. Od pierwszych dni, kiedy miałem gitarę elektryczną, zacząłem grać w zespołach. Grałem na gitarze po 12 godzin dziennie. Wkrótce pojawiły się przenośne studia nagraniowe i zacząłem nabierać doświadczenia w pracy z nimi. Często znajomi zapraszali mnie do siebie, żebym nagrał partię gitary. Tak trafiłem zespołu ATC ze Sztokholmu, z którym podpisaliśmy kontrakt z wytwórnią płytową Polygram/Vertigo. To był dla mnie moment przełomowy, bo w stajni tej były wszystkie najważniejsze zespoły hardrockowe, które zawsze kochałem. Poza tym, z racji mojego wieku, stałem się ulubieńcem prasy - dzieciakiem z gitarą, który przyciągał uwagę mediów.


Wykorzystałeś swój moment?


Kiedy ATC się rozpadło, każdy poszedł w swoją stronę. Ja dołączyłem do zespołu Cheese, a drugi gitarzysta Mats Björkman wraz z Leifem Edlingiem powołali do życia grupę Candlemass. Ale tak naprawdę chciałem być muzykiem sesyjnym. Zebrałem więc wszystkie wycinki prasowe na mój temat i pukałem do różnych drzwi: "Słyszeliście o mnie?", a ludzie mówili: "Aaaa, to ty jesteś tym dzieciakiem, co gra jak Van Halen" (śmiech). Były to czasy, kiedy nawet w popowych piosenkach ludzie chcieli usłyszeć rockowe solo - jak w "Beat It" Michaela Jacksona, gdzie zagrał Eddie. W studiach rozsianych po całej Szwecji zacząłem więc nagrywać masę takich rzeczy dla różnych artystów. To była świetna zabawa, ale gdzieś w głębi duszy czułem, że jeśli chcę się dalej rozwijać, to muszę wyjechać do USA. I tak, w roku 1987, wysiadłem na lotnisku w Los Angeles, by tam spróbować swych sił.


Szybko odnalazłeś się na drugim kontynencie?


Dzięki dobrej reputacji drzwi do pracy studyjnej stały przede mną otworem. Zacząłem grywać w rozmaitych projektach, między innymi z ludźmi z Toto, z Davidem Fosterem, Quincy Jonesem, Nealem Schonem, Tonym Franklinem i wieloma innymi znanymi muzykami i producentami. Pracowałem tam przez pięć lat.


Brałeś udział w nagraniu blisko 2.000 płyt. To wydaje się niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika.


Nie możesz być leniwy, jeśli chcesz robić to, co ja. Trzeba się naprawdę przyłożyć do pracy, a ja pracuję naprawdę szybko i mam w tym spore doświadczenie. Poza tym na dużej części tych płyt nie gram we wszystkich utworach. Często są to partie podkładowe lub solówki w kilku tylko piosenkach. Próbowałem to policzyć - średnio biorę udział w sesjach nagraniowych do 100-150 płyt rocznie. Współpracowałem z takimi artystami, jak: Carlos Santana, Jimmy Page, Stanley, B.B. King, Sheryl Crow, David Coverdale, Jeff Beck, Toto, Tokio Hotel, Radioactive, Michael Schenker, Steve Vai, Yngwie Malmsteen... I tak można by długo wymieniać. Jestem naprawdę dumny z tego dorobku.


Ozdabiasz tymi płytami ściany, podobnie jak się to robi z myśliwskimi trofeami?


(śmiech) Szczerze mówiąc, przez długi czas wieszałem na ścianie płyty, w których nagraniu brałem udział. Robiłem to mniej więcej do 25 roku życia. Potem zaczęło to wyglądać głupio - brakowało już miejsca na ścianach. Przerzuciłem się więc na złote i platynowe płyty, których mam obecnie około 40. Teraz wygląda to dużo lepiej (śmiech). Ale całą tę kolekcję trzymam obecnie w swoim studiu. W domu nie mam nawet gitary. Dom to dom i staram się go nie mieszać z pracą.


Jakie cechy powinien mieć dobry muzyk sesyjny?


Musisz to kochać, musisz być w tym dobry, musisz rozumieć, na czym polega ta praca, ale przede wszystkim musisz dobrze żyć z ludźmi. Umiejętności, opanowanie instrumentu, osłuchanie w różnych stylach muzyki i posiadanie odpowiedniego sprzętu to sprawy oczywiste. Trzeba mieć dobre wiosła, kilka dobrych wzmacniaczy i cokolwiek jeszcze może być potrzebne, aby uzyskać pożądane na sesji brzmienie. Ale elementem, który najczęściej uchodzi uwadze młodych gitarzystów, jest to, że przede wszystkim musisz być fajnym gościem. Kimś, z kim inni lubią przebywać. Człowiekiem, w którego towarzystwie inni ludzie czują się dobrze. Pracując jako muzyk sesyjny, nie masz prawa mieć złego dnia, a jeśli akurat taki masz, to inni nie muszą o tym wiedzieć. Powinieneś mieć pozytywne nastawienie i trzymać mocno swoje ego na smyczy. Twoi pracodawcy płacą ci, abyś wniósł do ich życia i muzyki coś dobrego. To proste - jeśli ludzie dobrze się bawią, to zwykle wychodzi z tego dobra muzyka. A jeśli wychodzi dobra muzyka, to będziesz dobrze zarabiać i ponownie do ciebie zadzwonią, kiedy będą nagrywać kolejny album. Ale jeśli będziesz niemiły, będziesz marudził lub próbował forsować swój punkt widzenia, bo jesteś "świetnym gitarzystą i wiesz lepiej" - to cześć, pozamiatane, nikt cię już więcej nie zatrudni! Moim zdaniem umiejętności i sprzęt to tylko mała część kwalifikacji niezbędnych do bycia muzykiem sesyjnym.


OK, ale ta druga część jest chyba trudniejsza. Nie da się jej wyćwiczyć, siedząc 12 godzin dziennie z metronomem.


Dokładnie. Co więcej, jest tu pewna sprzeczność - musisz dużo ćwiczyć, żeby dobrze grać. Ale im dłużej ćwiczysz, tym bardziej dziczejesz, a musisz być raczej ekstrawertykiem niż zamkniętym w sobie introwertykiem. Tak więc, jak to zwykle w życiu bywa, najważniejszy jest tzw. złoty środek.


Na czym więc powinien się skupić młody człowiek marzący o karierze muzyka sesyjnego?


Moja rada jest taka: zapomnij o solówkach. Większość gitarzystów skupia się na fajerwerkach, superszybkim kostkowaniu, tappingu, sweepie, i zwykle to jest właśnie przyczyną porażki, kiedy wreszcie dostaną szansę w postaci zaproszenia na sesję. O ile nie jesteś gwiazdą, solówki są tym, czego nie będziesz grać, kiedy ktoś cię wynajmie do studia. Do gościnnych popisów solowych wynajmuje się gitarzystów o znanych nazwiskach. Jeśli chcesz pracować jako muzyk studyjny, to powinieneś się skupić na gitarze rytmicznej. Podkłady w najróżniejszych stylach to jest to, na czym powinieneś się skupić - akordy, rozmaite bicia, arpeggia - a wszystko to w nieskazitelnie doskonałej rytmice. Rytm i groove to coś, na czym powinieneś się skupić. Masz umieć zagrać podkład pasujący idealnie do dowolnej piosenki. Ważne jest też, żeby się nauczyć, czego nie grać - umieć powściągnąć ambicje i nie próbować grać zbyt dużo, tyle tylko, ile trzeba.


Co z ostatnio nagrywanych rzeczy najbardziej zapadło Ci w pamięć?


Vic Heart, przesympatyczny piosenkarz w stylu Johna Mayera. Nagraliśmy mu płytę w składzie marzeń - sami topowi muzycy, śmietanka sidemanów Nashville itd. Także najnowsza płyty Alice’a Coopera "Welcome 2 My Nightmare", która powinna się za jakiś czas ukazać. Jestem osobiście wielkim fanem Alice’a, więc było to dla mnie nie lada przeżyciem. Brałem udział w nagraniu jednej z nieopublikowanych piosenek Michaela Jacksona - mam nadzieję, że wyjdzie to na płycie. Niezwykle miło wspominam też nagrywanie płyty Ricky’ego Martina "Música + Alma + Sexo". Lubię sesje, które niosą ze sobą wyzwania. Pamiętam, jak producent Desmond Child powiedział: "Pamiętasz utwór »Poison«, który nagrałem z Alice’em Cooperem? Na samym początku jest partia gitary, która kojarzy mi się z Van Halenem". Pomyślałem "hmm, interesujące", bo nigdy bym nie podejrzewał, że właśnie tego będzie chciał użyć w kompozycji Ricky’ego Martina, ale zrobiłem dokładnie tak, jak chciał. Możesz to usłyszeć w utworze "No Te Miento" - najpierw nagrałem tam wstawkę z gitar puszczonych od tyłu, a potem jest riff a la Van Halen. Właśnie to lubię w tej pracy najbardziej - nieprzewidywalność. Przychodzisz na sesję, niczego się nie spodziewając, i nagle słyszysz, że masz zagrać jak Eric Clapton w utworze "Layla". Czasem musisz być jak dziesięciu gitarzystów w jednym ciele. Musisz wiedzieć, co z czym połączyć i jakie składniki wrzucić do kotła, żeby wyszła zamawiana potrawa. Trzeba umieć łączyć różnych gitarzystów, różne techniki i style. Postrzegam to podobnie jak malarz postrzega swą paletę malarską, z której dobiera i miesza kolory na swe nowe płótno. Historia muzyki jest dla mnie gigantyczną paletą z milionami kolorów.


Wraz z marką VGS opracowałeś niezwykłą sygnaturę - VGS TD-Special. Co lubisz w niej najbardziej?


Wszystko, ponieważ lubię ją za całokształt - VGS to moja pierwsza gitara, która leży w ręku perfekcyjnie, gra perfekcyjnie, brzmi perfekcyjnie i stroi perfekcyjnie. Każdy jej element został dogłębnie przemyślany, dzięki czemu udało się stworzyć konstrukcję nawiązującą do klasyki, a jednocześnie rewolucyjną. Genialny mostek EverTune, który sprawia, że gitarę stroisz tylko raz po założeniu strun, a potem możesz zapomnieć o tunerze - to wspaniały, czysto mechaniczny wynalazek bez zbędnej elektroniki, jakichś elektrycznych silniczków czy podobnych świństw. Progi True Temperament dające ci perfekcyjną intonację w każdym miejscu na gryfie. Do tego moje ulubione przetworniki EMG i niezawodny osprzęt Schallera.


Stroiki wyglądają dość nietypowo. Co to za model?


To standardowe, blokowane Schallery M6 Mini, ale z nietypowymi, radełkowymi skrzydełkami. Blokowane klucze są dla mnie istotnym elementem dla uzyskania dobrego brzmienia. Im więcej zwojów, tym gorsze przełożenie - kontakt struny z metalową częścią stroika musi być bezpośredni, co sprawia, że rezonans jest lepszy. Jeśli ktoś nawija po kilka zwojów, a znam takich, co nawijają ich dziesięć, to całkowicie rujnuje brzmienie.


Czy ten system rzeczywiście sprawia, że nie musisz stroić gitary przed koncertem?


Dokładnie tak. W gitarze, którą teraz trzymam w ręku, struny zmieniałem wczoraj, po raz pierwszy od 4 miesięcy, i stroiłem je tylko raz, a podróżowałem przez ten czas przez pół świata. Grałem zarówno w Kalifornii przy +27 st. C jak i w Austrii przy -18 st. C. Ludzie reagują na to z niedowierzaniem, bo dotychczas nie było to możliwe. Właściwie wygląda to tak, że po koncercie pakujesz wiosło do futerału, wrzucasz do auta, jedziesz do innego miasta, wyciągasz gitarę i grasz. Nie ma znaczenia reakcja drewna na temperaturę czy wilgotność albo to, jak bardzo struny się rozciągnęły na ostatnim gigu. System EverTune wszystko to rekompensuje. Sprawdziłem to empirycznie, zanim zdecydowaliśmy się na produkcję - pierwszy prototyp, który dostałem na jesieni ubiegłego roku, pojechał ze mną w trasę po Niemczech. Przez cztery tygodnie grałem kliniki i pokazy dla firmy Gewa. Pomiędzy graniem trzymałem gitarę w bagażniku samochodu, a było wówczas dość zimno. Za każdym razem wiosło stroiło perfekcyjnie. Po tej trasie wysłaliśmy VGS-a na testy do niemieckiego magazynu "Gitarre & Bass". Redakcja zrobiła swoje i odesłała gitarę UPS-em, gdzie ktoś przypadkowo zrzucił zapakowane w gig-bag wiosło z 10-metrowej rampy. Uderzenie było tak silne, że gryf przebił pokrowiec. W kilku miejscach nastąpiły pęknięcia, lakier był cały potłuczony. Dramat, bo to był jedyny prototyp. I wtedy ktoś wziął gitarę do ręki, zagrał... i brzmiało to tak (tu Tommy gra akord E dur) - nadal perfekcyjnie! Goście z "Gitarre & Bass" zadzwonili do Gewy, że zdarzył się poważny wypadek i UPS musi zapłacić odszkodowanie, ale instrument nadal stroi (śmiech).


Niewiarygodna historia...


Prawda? Mieć zawsze nastrojoną gitarę to świetne uczucie. Jednakże dla mnie, kiedy pracuję w studiu, ważnym elementem są także progi. Dzięki nim mogę zagrać gdziekolwiek na gryfie i wszystko idealnie siedzi w tonacji, co nie jest możliwe na standardowej gitarze. Posłuchaj tego (tu Tommy gra serię akordów i arpeggiów wysoko ponad XII progiem).


Brzmi to tak czysto, jakbyś zagrał to na keyboardzie.


Dokładnie! To niesamowite. Dzięki temu zacząłem eksperymentować z kapodastrem i rozmaitymi technikami, które nie były możliwe wcześniej. Przez ostatnie pół roku wpadło mi do głowy mnóstwo nowych pomysłów, a wszystko to dzięki niezwykłemu połączeniu progów True Temperament z systemem EverTune. Uważam, że ta gitara VGS to prawdziwa rewolucja.


W jaki sposób dowiedziałeś się o tych nowych rozwiązaniach?


True Temperament to system progów wymyślony w Szwecji jakiś czas temu. Używał go między innymi Steve Vai. Ich sklep jest jakieś 7-10 minut spaceru od mojego studia, ale zawsze byłem zbyt zajęty, by tam zajrzeć. Poza tym te powyginane progi wyglądały dziwnie. Kiedy już to zrobiłem - wpadłem na dobre. Progi pod palcami leżą niezwykle naturalnie i stroją idealnie. Z kolei EverTune to wynalazek amerykański, nad którym pracowano przez ostatnie pięć lat. Jeden z moich bliskich przyjaciół z Los Angeles pracuje w tej firmie. Kiedyś zaprosił mnie do siebie i pokazał, nad czym pracują. Prototyp miał rozmiary sporej cegły i nie wyobrażałem sobie, aby mogło to być zamontowane w gitarze. Ale stało się - minęło trochę czasu i wykombinowali, jak zmniejszyć gabaryty mostka. Na próby zostałem zaproszony podczas NAMM. Grałem na tym przez ponad dwie godziny i nie mogłem przestać. To było tak porażające, że tej nocy nie mogłem zasnąć. Cały czas myślałem o mostku EverTune.


Co jeszcze znajdziemy w Twoim arsenale? Jakich używasz strun i kostek?


Uwielbiam Elixiry za ich żywotność - zakładam komplet o grubości .009-.042". Jeśli chodzi o kostki, to zwykłem używać Dunlopów Jazz III, ale od jakiegoś czasu zakochałem się w marce FireStone, która robi własny model Jazz 3 o grubości 1,38 mm. Znakomite, wysokiej jakości piórka - zwykle kupuję ich po 100 sztuk, aby zawsze były pod ręką. Lubię je tak bardzo, że postanowiłem zrobić wraz z firmą FireStone kostkę sygnowaną moim nazwiskiem. Będzie wkrótce dostępna na rynku. Tej samej marki mam pasek do gitary. Muszę też tu wspomnieć, że obecnie korzystam ze wzmacniaczy Labogi - Mr. Hector, Alligator i The Beast, w projektowaniu którego miałem udział. Posiadam oczywiście inne wzmacniacze, bo czasem mogą być potrzebne w studiu, ale jakieś 80% rzeczy nagrywam na Labodze.


Biorąc pod uwagę ogromną liczbę sesji, w których bierzesz udział, czy masz jeszcze czas na ćwiczenia?


Nigdy nie ćwiczę. Ćwiczyłem, kiedy byłem dzieckiem, przez pierwsze 10 lat po 12 godzin dziennie. Prawie nie chodziłem przez to do szkoły, ale zbudowałem solidny fundament. Przestałem ćwiczyć jakieś 20 lat temu. Gram obecnie tak dużo, że to w zupełności wystarczy. Jeśli mam dłuższą przerwę, na przykład wakacje, potrzebuję jakieś pół godziny do godziny grania, by odzyskać pełną szybkość - mam to tak głęboko wgrane w palce. Jeśli już funduję sobie sesję z gitarą, to nigdy nie jest to ćwiczenie skal czy jakichś wprawek. Zamiast tego komponuję, wymyślam riffy lub po prostu aranżuję muzykę. Bawię się różnymi brzmieniami. Robię to, co przyjemne.


Myślisz, że czasem ludzie zbyt dużo ćwiczą, a zbyt mało grają?


Człowiek łatwo ulega demonowi doskonałości. W rezultacie, osiągając pewien poziom, ćwiczy dalej, zamiast zająć się po prostu muzyką, graniem jej z ludźmi i czerpaniem z tego przyjemności. Co z tego, że wykostkujesz skalę miksolidyjską w tempie 300 BPM, jeśli wszystko, co grasz, brzmi kwadratowo i bez polotu? Co z tego, że będziesz miał doskonałą technikę, jeśli nie będziesz w stanie skomponować żadnego wpadającego w ucho utworu? Co z tego, że będziesz się uważał za świetnego gitarzystę, jeśli nikt nie będzie chciał cię słuchać? Miles Davis powiedział kiedyś: "Czego nie przeżyłeś, tego nie zagrasz na swojej trąbce". Nic dodać, nic ująć. Czasem lepiej jest wyjść ze swoich czterech ścian, spotkać się z przyjaciółmi i przeżyć coś. Przynajmniej będziesz miał o czym opowiadać, kiedy weźmiesz znów wiosło do ręki.


Na koniec pytanie, którego normalnie nie usłyszysz od redaktora pisma gitarowego. Jaki jest sens życia?


Według mnie sens życia łatwo jest nazwać, ale trudno osiągnąć. Uważam, że jest nim po prostu bycie szczęśliwym. Niezależnie od tego, czy osiągniesz to, będąc prostym człowiekiem żyjącym bez pieniędzy w środku dżungli czy prowadząc życie glamour gwiazdy rocka w Beverly Hills. Nie ma znaczenia, czy chcesz być przyszłym prezydentem, czy kolejnym papieżem. Kiedy budzę się rano i pytam sam siebie: "czy jesteś szczęśliwy?", a moja odpowiedź brzmi "tak" - to życie jest dobre. Natomiast jeśli moja odpowiedź brzmi "nie" - to znak, że muszę coś zmienić. I zmieniam.


Krzysztof Inglik

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie