Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Duane Eddy

Duane Eddy

Nagrał takie przeboje, jak m.in. "Peter Gunn" czy "Rebel Rouser". Pół wieku temu zrewolucjonizował świat gitary, stosując stworzoną przez siebie technikę gry zwaną twang, polegającą na graniu tremolo na basowych strunach gitary elektrycznej. Pretekstem do spotkania z muzykiem jest jego nowy album, który ukazał się 20 czerwca tego roku...

Niewielu jest gitarzystów, którzy mogą poszczycić się stworzeniem własnego, niepowtarzalnego stylu gry. Ale na pewno jest nim Duane Eddy, który swoją nowatorską techniką gry położył podwaliny pod muzykę rockową. Kostkowanie będące swoistym znakiem rozpoznawczym tego artysty, czyli charakterystyczne podciągnięcia i ciężkie riffy, zapewniły mu sławę już w latach 50. W jego przebojach z tamtych lat, granych na gitarze marki Gretsch, na pierwszy plan wybijają się niskie wibracje strun E6 i A5. Kiedy to było? W czasach, kiedy dziadek większości z Was był jeszcze młodym chłopakiem...

Choć artysta przez ostatnie lata dał trochę o sobie zapomnieć, to jednak teraz powraca z nową, świeżą płytą. Wyprodukowany przez Richarda Hawleya album nosi tytuł "Road Trip" i udowadnia, że 73-letni mistrz wciąż jest w świetnej formie. Album został zarejestrowany w Sheffield w ciągu zaledwie jedenastu dni. Pianino Hawleya, gwizdanie w stylu starych westernów i klimat wszechogarniającego spokoju sprawiły, że twang Duane’a nabiera nowych, zupełnie magicznych właściwości...

Zanim postanowiłeś rozpocząć karierę solową, występowałeś w zespole Buddy’ego Longa o nazwie Western Melody Boys. Czy graliście tylko western swinga?


Bawiliśmy się trochę western swingiem, ale przede wszystkim graliśmy największe przeboje country, wśród których były między innymi piosenki George’a Jonesa. Eksperymentowaliśmy z rockabilly, bo na horyzoncie pojawił się już Elvis Presley. Nie stroniłem od jazzu, myślę, że można by to nazwać prymitywnym jazz-rockiem.


Czy już w latach 50. gatunki się nawzajem przenikały?


Oczywiście, że tak, ale w latach 50. nikt nie bawił się w szufladkowanie wszystkich możliwych dźwięków. Teraz, gdy słyszy się jakikolwiek nowy rytm albo akord, od razu trzeba wymyślać dla niego jakąś nazwę.


Dlaczego muzyka z tamtych lat jest tak porywająca i brzmi wciąż tak świeżo?


Może niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale rock and roll wyłonił się - choć trwało to jakiś czas - z muzyki country. Tak się składa, że ja również przyczyniłem się do tego procesu, z czego jestem bardzo dumny. Pojawił się Elvis, który pokazał nam, jak to należy zrobić. Okazało się, że nie jest to trudne - potrzebna nam była tylko perkusja. Szybko załapaliśmy, o co chodzi, i ten nowy styl od razu bardzo nam spasował. Świetnie się bawiliśmy, a ponieważ wszystko było takie świeże i nowe, poczuliśmy się jak pionierzy odkrywający nowe lądy.


Czy zawsze grałeś na gitarach archtop?


Nie, nie zawsze. W 1954 roku zaczynałem od Gibsona Goldtop Les Paul. Kupiłem go w sklepie z narzędziami w Coolidge w stanie Arizona za 75 dolarów. Wtedy to była spora suma. Niestety ta gitara nie miała mostka tremolo. Pewnego dnia wybrałem się do sklepu muzycznego w Phoenix i sprzedawca pokazał mi Gretscha za 450 dolarów. Idealnie leżał w moich rękach! Miał gryf jak marzenie i był wyposażony w wajchę Bigsby. Dokonaliśmy handlu wymiennego: sprzedawca zapłacił mi 65 dolarów za mojego Gibsona, a resztę wziąłem na kredyt, chociaż nie byłem pełnoletni i nie mogłem podpisać żadnych papierów. To były czasy! W każdym razie wyszedłem szczęśliwy ze sklepu z Gretschem pod pachą.


Jak wypracowałeś swoją charakterystyczną technikę grania riffów na niższych strunach?


Po kilku sesjach nagraniowych doszedłem do wniosku, że niższe struny brzmią potężniej niż wyższe - i to wszystko (śmiech). Kiedy chciałem zagrać jakąś melodię albo riff, coraz częściej wybierałem niższe struny. Tak narodził się mój styl. W przeboju "Moovin’ And Groovin’" grałem na niskich, ale też i na wysokich strunach. Zdecydowanie jednak wolę struny basowe, ponieważ oferują znacznie bardziej mięsiste brzmienie niż struny wiolinowe.


Czy używałeś strun o większych grubościach?


Raczej średnich, zresztą cały czas gram na tego typu kompletach. Mają naprawdę mocne brzmienie, zupełnie wystarczające do moich potrzeb. Jeśli chodzi o najgrubszą strunę, to z reguły gram na .054" lub .052", natomiast struna A5 to najczęściej .044", więc jest to coś pomiędzy medium a heavy. Nie da się robić na nich takich podciągnięć, jak na strunach cieńszych, toteż z zainteresowaniem obserwuję dzieciaki, które wyczyniają cuda z takimi strunami. Potrafią je naprawdę mocno podciągnąć, co nie sprawia im większych trudności. Ja mogę je podciągać na tyle, żeby zagrać to, co chcę zagrać. I chyba o to chodzi.


Jakich wzmacniaczy używałeś na wczesnych singlach, a jakich używasz teraz?


Początkowo używałem wzmacniacza Magnatone. W Phoenix było kilku gości, którzy za 100 dolarów potrafili przebudować każdy wzmacniacz. Mogli na przykład zwiększyć moc i wymienić głośniki na 15-calowe JBL, i jeszcze dołożyć do tego tweeter. Całość obijali pięknym czarnym skajem oraz białą tkaniną. I oto stał przed tobą zupełnie nowy wzmacniacz, który miał moc i czyste brzmienie. Dzisiaj używam wzmacniaczy Rivera.


Czy używałeś kiedykolwiek efektów, czy zawsze wystarczała Ci tylko gitara i wzmacniacz?


We wzmacniaczu miałem efekt echo - i to był właściwie jedyny efekt, którego używałem. W niektórych utworach pojawiło się też tremolo. Kilka razy użyłem też efektu typu phaser. Chorus też brzmi nieźle, ale zostawiam go gitarzystom, którzy są jego większymi fanami. Kiedyś w studiu wypróbowałem także takiego wynalazku jak harmonizer, ale - jak dla mnie - nie brzmiał zbyt przekonująco.


The Beach Boys skopiowali Twój riff z "Movin’ And Groovin’" w swoim utworze zatytułowanym "Surfin’ USA". Jak się poczułeś, kiedy po raz pierwszy usłyszałeś ten kawałek w radiu?


Czułem się zaszczycony i szczęśliwy, że go ode mnie pożyczyli. To tak, jakby ktoś pożyczył moją marynarkę. Jeśli ona mu się podoba, to nie ma sprawy, niech ją sobie weźmie! Nie uważam więc tego za kradzież. Po prostu spodobało im się to brzmienie, które zresztą w intro do "Surfin’ USA" brzmi rzeczywiście świetnie. Niestety, nie podzielili się ze mną tantiemami, ale to już zupełnie inna historia...


Czy kiedykolwiek czułeś, że Hank Marvin, brytyjski gitarzysta używający techniki twang, po prostu Cię naśladuje?


Nie, nie mogę tego tak nazwać. Owszem, może trochę mnie naśladuje, ale nadał temu swój własny charakter. Hank jest genialnym muzykiem i wszystko, co robi, jest po prostu świetne. Dwadzieścia lat temu nagraliśmy razem utwór - był to cover piosenki "Pipeline" z 1963 roku zespołu Chantays. Nie rywalizujemy ze sobą, mamy ze sobą bardzo przyjacielskie stosunki.


W latach 60. próbowałeś swoich sił jako aktor. Skąd pomysł występowania w filmach?


Trwało to dosłownie chwilę, ale dobrze się przy tym bawiłem. Miałem okazję poznać wielu wspaniałych ludzi, jak choćby Charlesa Bronsona, George’a Harrisona i Richarda Bootha. No i Richarda Chamberlaina, którego uważam za genialnego aktora. Musiałem wcześnie wstawać, czego bardzo nie lubiłem (śmiech). O piątej czy szóstej byłem na planie, szedłem do charakteryzatorni, w końcu zakładałem kostium. Późnej zwykle cały dzień stałem gdzieś zupełnie bezczynnie, czekając na swoje zdjęcia.


W 1960 roku wydawnictwo NME uznało Cię za najciekawszą muzyczną osobowość, wygrałeś nawet z Elvisem Presleyem. Raczej mało prawdopodobne, żeby w 2011 roku jakiś instrumentalista miał szansę wygrać w tej kategorii. Jak myślisz, dlaczego muzyczny świat tak się zmienił?


Myślę, że wtedy była większa otwartość. Mój producent Lee Hazlewood mawiał: "Trend to brak jakichkolwiek trendów". A jak powiedział kiedyś Willie Nelson, po prostu stałem jako następny w kolejce, ale byłem też wyjątkiem od reguły! Moje instrumentalne utwory jeden po drugim stawały się przebojami, choć wszyscy inni artyści śpiewali.


Przede wszystkim jesteś znany z gry na gitarze elektrycznej. Czemu w 1960 roku zdecydowałeś się nagrać album akustyczny? - mam na myśli "Songs Of Our Heritage".


Panowała wtedy moda na utwory folkowe i wiele zespołów, między innymi grupa Kingston Trio, nagrywało właśnie takie utwory. One po prostu od razu stawały się przebojami. Postanowiłem więc spróbować tego samego i zobaczyć, czy uda mi się trafić w ten sam rynek - nagrałem album "Songs Of Our Heritage", który niestety okazał się totalną klapą; był to chyba najgorzej sprzedający się album w mojej karierze. Owszem, podobał się wielu ludziom, ale młodzież nie chciała go kupować. To był chyba pierwszy album z serii unplugged.


W 2000 roku otrzymałeś nagrodę Cheta Atkinsa, potocznie zwaną "Chetty". Co to za nagroda?


Każdego roku obchodzono Dzień Cheta Atkinsa. Zwykle tego dnia odbywał się niewielki festiwal muzyczny, który kończył się występem gwiazd. W 2000 roku gwiazdą miałem być ja, a także John Fogerty, Willie Nelson i Peter Frampton. Po skończonym występie wszyscy otrzymaliśmy nagrodę Chetty, która była zdrobnieniem imienia Chet. Uważam, że jest to bardzo miłe zdrobnienie.


Czy twórczość Cheta Atkinsa miała na Ciebie wpływ?


Tak, z całą pewnością! Był on dla mnie największą inspiracją. Poza tym był niezwykle zabawny, miał niesamowity refleks i poczucie humoru. Był też miłym człowiekiem i bardzo utalentowanym muzykiem. Imponowała mi też jego inteligencja - nie brakowało mu interesujących spostrzeżeń dotyczących świata. To była naprawdę niezwykle ciekawa osobowość.


Jak wyglądała współpraca z Richardem Hawleyem? Dużo razem jammowaliście?


To było wspaniałe doświadczenie. Czułem się, jakbym wrócił do Phoenix i znowu pracował z Lee Hazlewoodem, tylko że Richard jest zdecydowanie o wiele milszy! Lee bywał złośliwy i potrafił nieźle dać muzykom w kość - nie mówię o sobie, ale o innych muzykach. Z Richardem jammowałem kilka razy, zanim weszliśmy do studia. Jego ojciec też był muzykiem, grał między innymi z Carlem Perkinsem. Richard dorastał, słuchając mojej muzyki i muzyki mojego pokolenia. Dlatego praca z nim była czystą przyjemnością - był w zasadzie siłą napędową tej płyty. Pracowaliśmy codziennie - osiem godzin dziennie intensywnej pracy - byłem wtedy naprawdę wykończony!


Nowa płyta jest zaskakującą mieszanką różnych stylów. Uważasz się za gitarzystę rockowego czy gitarzystę country?


Ani za jednego, ani za drugiego. Richard wymyślił, że nowa płyta powinna być rodzajem retrospekcji: powinna być zbiorem muzycznych cytatów z różnych momentów mojej twórczości. Chcieliśmy zagrać piosenki, które wywodziłyby się z różnych etapów mojej kariery. To, co robię, staram się robić jak najlepiej i jednocześnie chcę, żeby ludziom podobała się moja muzyka. To wszystko.


Joel McIver

GALERIA
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie