Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Alek Mrożek

Alek Mrożek

Śmiało można powiedzieć o nim: człowiek orkiestra. Kompozytor, aranżer, multiinstrumentalista, ceniony muzyk sesyjny z ogromnym dorobkiem, sprawnie poruszający się w różnych stylistykach. Współtworzył zespoły: Nurt, Porter Band, Stalowy Bagaż, Recydywa. Jeden z filarów wrocławskiego środowiska bluesrockowego.

Jest twórcą muzyki filmowej i teatralnej oraz przebojów takich wykonawców, jak m.in.: Dwa Plus Jeden, Izabela Trojanowska, Grzegorz Markowski, Robert Janowski. Jeden z nielicznych w Polsce muzyków grających na gitarze pedal steel, a jednocześnie miłośnik instrumentów etnicznych.

Jak narodziła się Pana muzyczna pasja?


W wieku około czterech lat, siedząc u ojca na barana, podczas pikniku w chorzowskim Parku Kultury usłyszałem z zawieszonych na drzewach głośników graną z parkowego radiowęzła piosenkę z solową partią gitary elektrycznej. Była to piosenka "Blues Stay Away From Me" nagrana przez Lesa Paula i Mary Ford w 1948 roku. Utwór ten wywarł na mnie ogromne wrażenie i od tego dnia stara włoska gitara leżąca na szafie stała się obiektem mojego szczególnego zainteresowania.


Kiedy zainteresował się Pan gitarą pedal steel?


Steelem interesowałem się już od dziecka. To podstawowy instrument w muzyce country, a dla mnie najwspanialszy instrument na świecie. Ta niesamowita, zapożyczona z harfy konstrukcja wciąż jest w Polsce bardzo mało popularna. Instrumentem tym zaraził mnie mój nauczyciel, wybitny muzyk Artur Konwiński. Naukę gry zacząłem w czasach komuny, kiedy to termin pedal steel guitar brzmiał w Polsce dość kosmicznie. Jego zdobycie i jakichkolwiek podręczników graniczyło z cudem. Byłem pierwszym, który przywiózł ten instrument do Polski. Jest on tak trudny, że bez podręcznika nie można nauczyć się na nim czegokolwiek grać.


Na czym polegają trudności w jego opanowaniu?


Przede wszystkim pierwszym problemem jest jego zdobycie, bowiem perfekcyjnie wykonane instrumenty z wyższej półki kosztują od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Drugi problem to operacje techniczne związane z regulacją i strojeniem, które bez fachowej pomocy są nie do przebrnięcia. Sprawy muzyczne, choć najważniejsze, pojawiają się dopiero na końcu, kiedy opanuje się warstwę techniczną, która skutecznie odstrasza wielu ludzi. Gra na gitarze pedal steel to pełna ekwilibrystyka, bo gra się jednocześnie rękami i nogami, obsługując dość skomplikowany mechanizm. Są to pedały podłogowe, dźwignie nad kolanami i obok nich. Lewą stopą naciskasz jeden, dwa albo nawet trzy pedały jednocześnie, prawą zaś obsługujesz pedał głośności, bo jest to instrument elektryczny, a jednocześnie poruszasz dźwignie kolanami. To tak, jakby się grało na dużych organach piszczałkowych. Jednak największym problemem jest intonacja - trzeba precyzyjnie trafiać w dźwięki, posługując się walcem ważącym 250 gramów. Struny szarpie się pazurkami zakładanymi na kciuk oraz palce wskazujący i środkowy. Do tego dochodzi jeszcze liczba strun. Standardowo jest ich dziesięć, w dużych steelach dwanaście. W największych modelach są dwa gryfy po dziesięć strun, dwanaście pedałów podłogowych i cztery dźwignie kolanowe. Praktycznie pierwsze dwa lata nauki są wykreślone z życiorysu. Samo oswojenie się z tą skomplikowaną techniką zajmuje mniej więcej rok. Kiedy już wiadomo, jak obsługiwać tę maszynę, to zaczyna już iść z górki, ale żeby osiągnąć przyzwoity poziom, trzeba ćwiczyć po dziesięć godzin dziennie.


Zatem, żeby grać rzeczy wyjątkowe, trzeba też wyjątkowego wysiłku...


Można grać akordy fortepianowe, mając możliwości gitarowe w sensie artykulacyjnym. Na żadnym instrumencie nie uzyskasz takiego wybrzmienia, glissanda czy legato. Pedały powodują płynną zmianę intonacji, płynny bending - całotonowy albo półtonowy, w górę albo w dół. To jest oczywiście idealnie nastrojone. Gdy na przykład naciskasz pedał, przechodzisz z h na cis, zatrzymując się dokładnie na tym dźwięku, jednak problemem pozostaje dokładność intonacji przy przesuwaniu walca. Można wprawdzie podciągnąć trzy struny naraz, lecz dla przeciętnego gitarzysty jest to praktycznie niewykonalne. Jest jednak kilku gitarzystów, np. Jerry Donahue czy Albert Lee, którzy próbują na gitarze kopiować zagrywki grane na pedal steelu, stosując podciąganie trzech strun jednocześnie.


Jak często stroi się pedal steel?


Pedal steel wymaga strojenia przed każdym graniem, ale nie zawsze wystarczy podregulowanie strun, ponieważ jest szczególnie wrażliwy na zmiany wilgotności i temperatury. Przed każdym koncertem, zwłaszcza na świeżym powietrzu, trzeba dokładnie sprawdzić każdy pedał. Pod tym względem jest to pracochłonne i wymaga cierpliwości.


Ilu jest w Polsce i Europie muzyków grających na gitarze typu pedal steel?


W Polsce oprócz mnie jest dwóch: Artur Konwiński i Leszek Laskowski, którzy doskonalili swoje umiejętności na warsztatach w USA. W Europie, Skandynawii i na Wyspach jest około pięciuset czynnych steelowców, co w odniesieniu do ogólnej liczby gitarzystów mówi samo za siebie. Pedal steel jest najbardziej popularny w Ameryce Północnej i Australii.


Kogo warto posłuchać, żeby zaznajomić się z gitarą pedal steel?


Najbardziej znany jest Paul Franklin, z którym miałem okazję rozmawiać, będąc w Niemczech. Opanowanie gry na pedal steelu przez osobę niewidomą graniczy z cudem, a Franklin mimo swojej ułomności nagrał ponad 2.000 płyt jako sideman. Wyobraź więc sobie, ile czasu spędził on w studiu... Bynajmniej nie jest to ortodoksyjne country, lecz bardzo zróżnicowana muzyka, są nawet ścieżki dźwiękowe z orkiestrą symfoniczną, które skomponował Lalo Schifrin. Franklin od wielu lat współpracuje z Markiem Knopflerem, nagrał dwie płyty z Dire Straits. Drugi to Robert Randolph - czarnoskóry muzyk, który lubi przepuszczać sygnał z gitary typu steel przez przester, uzyskując niespotykane brzmienie i harmonie.


Kiedy nagrał Pan pierwszą płytę na pedal steelu?


Po raz pierwszy nagrałem pedal steel w 1979 roku na płycie "Irlandzki tancerz" zespołu Dwa Plus Jeden. Opracowaliśmy irlandzkie utwory z tekstami w świetnych tłumaczeniach Ernesta Brylla, który był attaché kulturalnym Polski w Irlandii. To ballady opowiadające o historii Irlandii. Poznając muzykę irlandzką, zdajesz sobie sprawę, jak istotną rolę odgrywała ona w historii i życiu narodu, który tak wiele wycierpiał ze strony Anglików. W XIX w. Irlandczycy emigrowali do Stanów Zjednoczonych, uciekając przed głodem i zarazą. Zastanawiając się więc nad współczesną muzyką rockową, musisz sobie zdać sprawę z tych niesamowitych wpływów irlandzko- -szkockich.


Słychać to wyraźnie w muzyce Gary’ego Moore’a...


Gary to ikona muzyki irlandzkiej. Był on Irlandczykiem pełną gębą i jednocześnie ciepłym, otwartym na świat człowiekiem. A przy tym nieprawdopodobnym gitarzystą hardrockowym i bluesowym. Miałem okazję z nim porozmawiać i posłuchać, jak w garderobie śpiewał po irlandzku, grając na gitarze akustycznej w stroju Nashville. Zresztą współczesny gitarzysta - bez względu na to, co gra - nie może nie otrzeć się o country. Może pewne rzeczy estetycznie wydają się dla kogoś nie do przyjęcia. Można tego nie lubić, ale w rozwoju muzycznym nie należy tego gatunku pomijać. Bardzo mnie cieszy, że młodzież interesuje się graniem techniką fingerstyle (fingerpicking), bo wywodzi się ona z muzyki country, która wciąż się rozwija i przyznają się do niej tacy współcześni giganci, jak chociażby Steve Morse, który przecież oprócz grania w Deep Purple ma własne projekty: Dixie Dreggs i The Steve Morse Band. Niedawno do Wrocławia przyjechali John Corabi (wokalista Mötley Crüe) i Bruce Kulick (gitarzysta KISS). Wystąpili w klubie dla kilkudziesięciu osób, grając na gitarach akustycznych. Zaśpiewali z niesamowitą finezją i ze sporą dawką country.


Na jakich jeszcze gitarach Pan gra?


Moim głównym instrumentem jest gitara elektryczna. Gram też na wszystkich innych możliwych gitarach, a są wśród nich gitary akustyczne z nylonowymi i stalowymi strunami, gitara Dobro, slide, do których lubię stosować stroje otwarte. Moim ulubionym strojem jest ostatnio Nashville, czyli struny E1, H2, G3 strojone klasycznie, a struny basowe D4, A5, E6 zastąpione wiolinowymi nastrojone oktawę wyżej. Daje to bardzo ciekawy efekt - w wysokich pozycjach gitara brzmi jak lutnia. Ma to swój urok i dlatego strój ten stosowany jest przez wielu gitarzystów studyjnych. Warto mieć do tego celu oddzielny instrument, do którego zakłada się połowę kompletu do gitary dwunastostrunowej.


Gra Pan również na instrumentach etnicznych...


Tak, instrument, na którego punkcie byłem zakręcony, to sitar. Interesowałem się kulturą i muzyką indyjską. Na przełomie lat 70. i 80., kiedy z Kazikiem Cwynarem graliśmy w Porter Bandzie, mieliśmy też swój zespół Pańcza Tantra grający improwizowaną muzykę etniczną opartą na rytmice hinduskiej i skalach indyjskich wykorzystujących 24 stopnie i ćwierćtony. Ja grałem na sitarze, Kazik Cwynar na tabli i bajanie. Mój sitar tara-fedar ma siedem strun w górnym pokładzie oraz jedenaście w dolnym, burdonowym, i jest używany w Indiach, a wywodzi się z Bengalu i Pakistanu. Jacek Krzaklewski grał z nami na tamburze - jest to sitar akompaniujący siedmiostrunowy. Mimo że każdy z nas grał w zespole rockowym, to intensywnie i z niezłym skutkiem koncertowaliśmy w klubach przez około dwa-trzy lata.

Do dziś używam sitara podczas nagrań jako instrumentu sonorystycznego, tworzącego klimat. Nagrałem na nim muzykę do filmu "Kamienne tablice" w reżyserii Czesława Petelskiego. Grałem na nim jako solista z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Łódzkiej pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka. Nagrywaliśmy to w studiu filmowym w Łodzi, grając pod obraz. Wspaniałe przeżycie - wielki dyrygent i znakomita, kilkudziesięcioosobowa orkiestra. Nie chwaląc się, jako pierwszy w Polsce nagrałem egzotyczny dźwięk sitara na płycie "Syn strachu" zespołu Nurt, która była też moim debiutem kompozytorskim w 1973 roku. Sitar można usłyszeć w utworze "Synowie nocy". Grając na nim, uczestniczyłem w przedsięwzięciach Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego, nagrałem też muzykę do teatru pantomimy Henryka Tomaszewskiego. To jednak inny świat. Poza tym jestem miłośnikiem cytr, które były bardzo popularnym instrumentem ludowym na terenie Dolnego Śląska, Niemiec, Czech, Francji i Austrii. Ostatnio nagrywałem muzykę do niemieckiego filmu "Die Stunde des Offiziers" na mojej 64-strunowej dziewiętnastowiecznej cytrze, która ciągle świetnie brzmi.


Wracając do tematu gitar, który instrument jest Pana ulubionym?


Moim ulubionym instrumentem jest Fender Stratocaster z 1972 roku, na którym nagrałem większość płyt. Przez blisko czterdzieści lat grania tylko raz zostały w nim wymienione klucze i progi. Drewno dobrze wyschło, a korpus ze śnieżnobiałego zmienił kolor na żółty.


Wydawało mi się, że to kolor fabryczny...


No cóż, jest to wynik pracy - pot, słońce i granie plenerów. Gitara zżółkła podczas trasy na Kubie, gdzie w pełnym słońcu graliśmy koncerty na stadionach. Moją drugą ulubioną gitarą jest Bluescaster - gitara typu Telecaster zaprojektowana przeze mnie i wykonana przez firmę Lootnick w Oleśnicy. Ma korpus z drewna zwanego samba, gryf z klonu z Florydy i podstrunnicę z róży arabskiej. Praca nad nim trwała około dwóch lat, ale warto było czekać.


Które z nagranych płyt uważa Pan za ważne?


Płyty zespołu Porter Band - "Helicopters" (1979) i "Mobilization" (1981) - które przyczyniły się do odrodzenia rocka w Polsce. Kolejna ważna płyta to "Recydywa In Concert" (1985) nagrana w klubie Rura we Wrocławiu na ośmiośladowym magnetofonie. Bardzo uczciwa, bez żadnych nakładek - nagraliśmy dwa koncerty. Nie ma większego sprawdzianu dla muzyka niż nagranie na żywo. Takie płyty najbardziej przemawiają do słuchacza. Nie ma też nic bardziej fascynującego niż nagranie dobrej płyty koncertowej - powstają wibracje między muzykami oraz tworzą się niepowtarzalne sytuacje. Studio jest na swój sposób sztuczne - muzyk siedzi otoczony mikrofonami, parawanami i nagrywa już osiemdziesiątą z kolei wersję solówki. Są to też inne emocje, inny świat i inna paleta barw.


Oprócz zespołów i pracy muzyka sesyjnego nagrał Pan też kilka solowych płyt.


Pod koniec lat 80. nagrałem dwie solowe płyty, z których jedna jest dla mnie bardzo ważna, a mianowicie "Shagya" (1989) wydana przez wytwórnię Poljazz. Użyłem na niej praktycznie wszystkich instrumentów, na których gram, w tym dwóch cytr mających po 64 i 72 struny. W sesji uczestniczyła też orkiestra symfoniczna. Płyta jest przekrojem gitarowego świata i jestem z niej zadowolony. Dziś praktycznie niedostępna. Toczą się rozmowy i być może zostanie wznowiona na CD.


Opanowanie tylu różnych instrumentów wymaga nie tylko pasji, ale i ogromnej pracy...


Stosowanie różnych gitar daje nieprawdopodobne możliwości sonorystyczne i to jest świetna zabawa (śmiech). Nagrywałem to wszystko jeszcze w analogowych warunkach, używając starej płyty pogłosowej. To wyjątkowe urządzenie, z którego można uzyskać naprawdę niesamowite brzmienia.


Słyszałem, że oprócz muzyki filmowej i teatralnej napisał Pan również rock operę.


Z Waldkiem Wróblewskim skomponowaliśmy wspólnie rock operę "Wilgefortis" - legenda o dziewczynie z brodą oparta na średniowiecznej legendzie do libretta Barbary Łuszczyńskiej. Duża forma, docelowo dwadzieścia pieśni. Niestety tragiczna śmierć Waldka w 2005 roku odłożyła na razie inscenizację tego projektu.


W 2009 roku nagrał Pan płytę "Lepiej niż wczoraj" z Gienkiem Loską, znanym z występów w klubach i na ulicach, a przede wszystkim z udziału w kilku programach telewizyjnych typu talent show. Skąd pomysł na taki album?


Z nagraniem kolejnego solowego albumu nosiłem się od dawna. Część piosenek powstała wiele lat temu, niektóre dosłownie przed samą sesją. Już w 2004 zwróciłem uwagę na Gienka Loskę, który grał na wrocławskich ulicach, i postanowiłem zaprosić go do nagrania mojego albumu. Pierwsze demo, a był to "House Of The Risin’ Sun", nagraliśmy w studiu Jacka Krzaklewskiego w 2007 roku. W listopadzie 2008, dysponując minimalnym budżetem, nagraliśmy materiał na "Lepiej niż wczoraj". Sesja trwała siedem dni. Gienek nagrał wokale do dziesięciu utworów w półtora dnia. Jest to najbardziej sprawny studyjnie wokalista, z jakim w ciągu wielu lat studyjnych sesji miałem do czynienia. Duża scena i zawodowy band to jednak inne wymagania, i tu jeszcze sporo pracy przed tym niewątpliwie największym talentem ostatnich lat.


Zauważyłem, że oprócz muzyki i tekstów również opracowanie graficzne okładki jest Pana autorstwa, co więcej, w książeczce oraz na Pana stronie internetowej znalazłem wiele oryginalnych rysunków.


Od dziecka sporo rysowałem. Teraz pracuję nad animowanym teledyskiem do piosenki "Lepiej niż wczoraj", w tym celu narysowałem ponad dwieście grafik. Planuję też założenie galerii internetowej z moimi pracami.


Jakie błędy widzi Pan w rozwoju muzycznym młodych ludzi z perspektywy ponad czterdziestu lat zawodowego grania?


Częstym błędem jest ograniczenie się do jednej stylistyki i jednego brzmienia. Po wyłączeniu przesteru taki człowiek odkłada gitarę, bo okazuje się, że na czystej barwie nic nie umie zagrać. największą tragedią jest specjalizacja, ponieważ działa ona na niekorzyść wszechstronności. Na szczęście wielu młodych ludzi, którzy w pierwszym okresie kontaktu z gitarą głęboko wniknęli w jakiś klimat, po paru latach dojrzewa. Często spotykam takich muzyków. W wieku około trzydziestu lat dostrzegają bogactwo świata muzyki i z uśmiechem wspominają okres "satrianizmu". Gitara jako instrument przeszła ogromną ewolucję w ciągu ostatnich stu lat i to za jej sprawą dokonała się w muzyce największa rewolucja. Wciąż powstają nowe pomysły, popularność zyskują nowe techniki artykulacji. Światkiem gitary akustycznej wstrząsnął Tommy Emmanuel. Pchnął tę dziedzinę do przodu, łącząc wszystkie możliwe rodzaje muzyki - to jest ogród niewyczerpanej wyobraźni.


Jakich rad udzieliłby Pan młodym gitarzystom?


Przede wszystkim słuchać różnej muzyki. Tak jak wspomniałem, straszną rzeczą jest zawężanie percepcji do kilku kapel z jednego nurtu. Kopiowanie pewnych rzeczy jest pomocne w nauce, ale przecież nie chodzi o to, by się ograniczać. Warto umieć operować różnymi technikami, grać nie tylko kostką, ale też palcami. Gitarzystom elektrycznym radziłbym zainteresować się gitarą akustyczną. Oprócz shredu i sztuczek z Floyd Rose'em wypadałoby opanować jakieś ballady. Każdy powinien znać ze dwadzieścia czy trzydzieści standardów, żeby móc rozmawiać z innymi muzykami. To jest być albo nie być dla gitarzysty. Dobrze byłoby, gdyby nad łóżkiem obok zdjęcia Joe Satrianiego było towarzystwo takich muzyków, jak Les Paul, Chet Atkins, Django Reinhardt czy Tommy Emmanuel. Warto poznać muzyków grających w różnych stylach, posłuchać, jak grają Leo Kottke, Charlie Christian, Scotty Moore, James Burton czy Brian Setzer. Łatwiej i przyjemniej jest muzykować, gdy zna się harmonię i operuje różnymi technikami, niż ulegać modom i ślepo naśladować jakiegoś jednosezonowego motyla. Na koniec, trawestując dewizę egipskich architektów i budowniczych piramid, mam przesłanie dla wszystkich członków naszej gitarowej rodziny: Nulla dies sine gitara - dzień bez gitary dniem straconym!


Wojtek Wytrążek

Zdjęcia: Krzysztof Paszkiewicz

 


GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie