Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Al Di Meola

Al Di Meola

Trzydzieści trzy lata temu shred praktycznie nie istniał, a świat nie oszalał jeszcze na punkcie Van Halena. Nie było też tylu dzieciaków, które potrafiły grać całe Kaprysy Paganiniego, czego dowodem są dziś filmiki zamieszczone na YouTube. Ale na arenie stał wtedy ktoś inny, a mianowicie Al Di Meola.

W owym czasie ten dziewiętnastolatek zaskoczył wszystkich swoją zdolnością do wyczarowywania zagrywek w stylu latynoskim. I grał je z niespotykaną wcześniej techniczną maestrią. Rozmawiamy z Alem o jego najnowszym albumie zatytułowanym "Pursuit Of Radical Rhapsody"...

Zasługi Ala Di Meoli dla muzyki gitarowej są nieocenione. Jego genialna technika i szybkość gry skłoniły wielu młodych ludzi do sięgnięcia po ten instrument. Każdy gitarzysta od Yngwiego Malmsteena do Steve’a Lukathera z pewnością przyzna, że to właśnie Di Meola był dla niego inspiracją. A co działo się ostatnio z samym mistrzem? Otóż od co najmniej piętnastu lat podąża on zupełnie nową ścieżką. Muzyka, którą obecnie nagrywa, znajduje się całe lata świetlne od ognistego stylu fusion, który preferował za swoich młodych lat - ostatnio jest zwolennikiem mieszanki zawiłych latynoskich rytmów i wpływów klasycznych. Di Meola skoncentrował się też na rozwijaniu swych talentów kompozytorskich. Jego nowy album "Pursuit Of Radical Rhapsody" wywołał w świecie muzyki jazzowej małą rewolucję, spychając z pierwszych miejsc list przebojów popularne i łatwe w odbiorze jazzowe hity. Ale nie ma w tym nic dziwnego, bowiem słuchając Ala Di Meoli, ma się wrażenie, że za chwilę jego gryf stanie w płomieniach...

Jak odbierasz to ogromne zamieszanie, jakie wywołał Twój nowy album?


Rzeczywiście, wokół tej płyty dużo się dzieje i dawno nie doświadczyłem czegoś podobnego. Zanosi się, że ten album odniesie spory sukces - zresztą został bardzo dobrze przyjęty. Już w pierwszym tygodniu wszedł na drugie miejsce jazzowej listy przebojów Billboardu. Jest to dość niezwykłe, zważywszy na to, jaki rodzaj muzyki gram. Mile mnie to zaskoczyło. W dzisiejszych czasach, żeby wejść tak wysoko na listę, trzeba konkurować z artystami, którzy nagrywają materiał bardzo komercyjny, a na moim albumie jest to muzyka, która niewiele ma wspólnego z jazzem - uważam, że bliżej jej raczej do popu. Moja płyta zajęła drugie miejsce, plasując się zaraz za Esperanzą Spalding, która jest ostatnio bardzo popularna. Nie mam do niej pretensji i nie winię też za to przemysłu muzycznego. Esperanza jest uroczą, a do tego bardzo utalentowaną wokalistką i kontrabasistką jazzową. W każdym razie fakt, że mój album uplasował się tak wysoko, pozytywnie mnie zaskoczył. Jest to bardzo budujące.


Na nowej płycie co chwila zmieniasz gitary z akustycznej na elektryczną. Czy był to celowy zabieg kompozytorski?


Na pewno tak było w przypadku utworów "Paramour’s Lullaby" czy "Mawazine". Przy niektórych utworach, szczególnie tych z bardzo liryczną melodią, przypominającą linię wokalu, od razu pomyślałem o gitarze elektrycznej. Do innych, na przykład "Siberiana" czy "Full Frontal Contrapuntal", pasował mi raczej akustyk. Ale ponieważ aranżacje są dość bogate, a dynamika utworów bardzo zróżnicowana, użyliśmy syntezatora gitarowego Roland VG-88. Używałem go z gitarą akustyczną, żeby imitować brzmienie gitary elektrycznej lub basu - potrzebowałem czegoś, co wydatnie wzmacnia brzmienie. Słuchając tej muzyki, wydaje się, że gram na Les Paulu podłączonym do Marshalla, ale tak naprawdę gram na gitarze z nylonowymi strunami. "Siberiana" jest dobrym tego przykładem - słychać tu delikatne brzmienie gitary elektrycznej, która jednak nie jest żadną dodatkowo zarejestrowaną partią, lecz efektem działania syntezatora. Z kolei w "Paramour's Lullaby" główna ścieżka nagrana jest na gitarze elektrycznej, a pozostałe ścieżki na akustyku - tu pomógł mi w ich nagraniu drugi gitarzysta, Kevin Seddiki.


Kompozycje łączą w sobie niezwykle złożone partie rytmiczne i bardzo melodyjne, niemal klasyczne motywy. Jak powstawały utwory na ten album?


Przez rok graliśmy na koncertach materiał, który miał znaleźć się na tej płycie. W tym czasie zmieniliśmy i poprawiliśmy aż 75 procent utworów. W końcu poczuliśmy się naprawdę swobodnie, grając tę muzykę, i byliśmy gotowi, aby wejść do studia. Nigdy wcześniej nie miałem tyle czasu na oswojenie się z materiałem, który napisałem. To prawdziwy komfort. Mieliśmy czas, żeby dopracować każdy szczegół naszej muzyki.


Tym razem nie zaprosiłeś do studia Steve’a Gadda...


Oczywiście mogłem zaprosić do studia muzyków sesyjnych, takich jak choćby Steve Gadd (perkusja) czy Anthony Jackson (bas), ale oni zgodziliby się wejść do niego na jeden, a może na dwa dni. Jednak żeby zagrać tak złożone kompozycje, z pewnością potrzebowaliby więcej czasu. To oczywiste, że trzeba było się trochę z tymi kawałkami oswoić, jest w nich bowiem wiele dość rozbudowanych partii, zawiłości i niuansów. Dlatego uważam, że jeden lub dwa dni to zdecydowanie byłoby za mało.

Ja nie musiałem się spieszyć z nagraniem nowej płyty. Na tym etapie kariery człowiek nie musi już nigdzie gonić. W latach 70. wytwórnie stawiały konkretne terminy, których nie można było przekroczyć. Teraz nikt na to nie zwraca uwagi, a ja mam na koncie tyle krążków, że wcale nie muszę wydawać następnego. Ludzie mają w pamięci wszystkie moje dokonania, z drugiej jednak strony jako artysta wciąż mam w sobie to dziecko, które chce iść naprzód, które chce się rozwijać i robić nowe rzeczy. Dlatego nie jest to płyta dla wytwórni, lecz jest to płyta nagrana z czysto egoistycznych pobudek. No i będzie co grać na koncertach. Dawniej płyty sprzedawały się tak dobrze, że nie trzeba było ich promować w trasie. Teraz jest z tym bardzo różnie i praktycznie każdy artysta musi koncertować.


Jednak na płycie wystąpiło kilku innych artystów, i to z najwyższej półki - basista Charlie Haden i niesłychanie utalentowany pianista z Brazylii, Gonzalo Rubalcaba...


Charliego Hadena poznałem na festiwalach - nasze nazwiska wielokrotnie pojawiały się obok siebie na afiszach. Obaj mieliśmy problemy ze słuchem: mnie brzęczało w uszach, a on cierpiał na nadwrażliwość na dźwięki. Jego uszy były do tego stopnia wrażliwe, że pewne dźwięki dosłownie go bolały. Mieliśmy więc sporo tematów do rozmów, a problemy ze słuchem to był tylko jeden z wielu innych poruszanych przez nas kwestii. To świetny facet! Szybko podjęliśmy decyzję, że nagramy coś razem. Haden jest przecież jazzową legendą. Tak więc zrobiłem moim fanom niespodziankę i zaprosiłem go do nagrania tej płyty - wystąpił gościnnie w dwóch utworach: "Strawberry Fields" i "Over The Rainbow". Utwory tak dobrałem, żeby miał okazję w pełni zaprezentować to swoje genialne ciepłe brzmienie, z którego słynie.


A Gonzalo Rubalcaba? Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę właśnie z nim?


Już w chwili, gdy usłyszałem jego genialną grę, wiedziałem, że to najbardziej utalentowany pianista, jaki chodzi po tej ziemi. Myślę, że nie ma takiego drugiego pianisty, który miałby tak niewiarygodny talent - jakby pochodził z zupełnie innej planety! Nie ma żadnego znaczenia, czy on gra na mniejszym pianinie, czy na zwykłym keyboardzie - najważniejsza u niego jest artykulacja i sposób, w jaki uderza w klawisze. Cała magia jego brzmienia tkwi w dotyku. Już samo obserwowanie go podczas gry sprawia prawdziwą przyjemność. Jak byłem dużo młodszy, przykładałem dużą wagę do poszczególnych elementów budowy gitary czy wzmacniacza (lampy, głośniki itd.). Teraz one w ogóle mnie nie obchodzą i nie myślę już o tych rzeczach.


Na płycie znalazło się kilka słynnych coverów. Dlaczego zdecydowałeś się na "Strawberry Fields"?


No cóż, The Beatles to mój ulubiony zespół. Ich muzyka jest mi tak bliska, że postanowiłem po nią sięgnąć. Uważam, że to fajny pomysł na urozmaicenie albumu. Często słucham utworu "Strawberry Fields", który nieustannie mnie zadziwia. Produkcja George’a Martina jest niesamowita. Wygłupialiśmy się, grając "Strawberry Fields" w studiu - piękno tej muzyki leży w jej niezwykłej prostocie. Przecież nie wszystko, co gram, musi być strasznie skomplikowane! Myślę, że podczas wykonywania tego utworu na żywo niejednemu na widowni łza zakręci się w oku... Zresztą wszystkie kawałki The Beatles pomiędzy albumami "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band" i "Magical Mystery Tour" są według mnie świetne. Gdyby nie Beatlesi, nie wiem, czy w ogóle sięgnąłbym po gitarę. Zaczęło się wprawdzie od The Ventures i innych instrumentalnych grup, ale The Beatles wywarli jednak największy wpływ na całe pokolenie lat 60. Jestem pewien, że to dzięki nim wielu z nas gra dziś na gitarze elektrycznej. I wielu nadal kocha muzykę tej Wielkiej Czwórki z Liverpoolu.


A dlaczego zdecydowałeś się nagrać cover "Over The Rainbow"?


Jest to hołd dla Lesa Paula. Był moim bliskim przyjacielem i częstym gościem w moim domu. Zostałem zaproszony na czuwanie przy nim tuż po jego śmierci. Byłem tam jedyną osobą spoza rodziny, która została zaproszona. O czymś to świadczy, nieprawdaż? Les, gdy żył, traktował mnie jak członka rodziny. Ach, zapomniałem dodać! Był tam jeszcze Steve Miller - chrześniak Lesa Paula. Było to dla mnie bardzo smutne przeżycie. Podziwiałem Lesa dosłownie za wszystko, a także za to, że grał na gitarze właściwie do ostatnich chwil swego życia. Nagrałem cover "Over The Rainbow", bo to był jeden z jego ulubionych utworów. Później dowiedziałem się, że Jeff Beck też nagrał cover tego utworu. Od razu pomyślałem sobie, że teraz wszyscy będą mnie z nim porównywać. Przyznam jednak, że wersja Jeffa jest lepsza. Hej Jeff, jeśli to czytasz, wiedz, że wygrałeś!


Wspomnienia Ala Di Meoli o Lesie Paulu...


Les mieszkał nieopodal mnie w New Jersey. Całymi dniami wisieliśmy na telefonie i rozmawialiśmy o muzyce. Zawsze mówił (tutaj Al naśladuje głos Lesa Paula): "Nie rozumiem, jak ty właściwie trzymasz kostkę podczas gry...". Często przychodził do mnie do domu. Siadałem w fotelu i grałem, a on klęczał przede mną i uważnie przyglądał się mojej prawej ręce. Niekiedy było u mnie mnóstwo ludzi, którzy ze zdziwieniem patrzyli, jak on klęczy przede mną, obserwując podczas gry moją prawą rękę. Często powtarzał, żebym zagrał coś jeszcze raz, bo chciałby się lepiej przyjrzeć. Choć ja sam byłem tym skrępowany, on się zupełnie tym nie przejmował. "Zagraj to jeszcze raz, muszę to rozpracować" - powtarzał. To było dla mnie niezrozumiałe - człowiek, który praktycznie na nowo zdefiniował muzykę, dokładnie analizował sposób mojej gry...!


Cena doskonałego brzmienia...


W studiu okazało się, że pewien gość pracujący przy nagrywaniu płyty ma wzmacniacz Dumble wart 50.000 dolarów. Człowiek ten był na tyle uprzejmy, że mi go pożyczył. Wprawdzie nie opuścił studia ani na chwilę i nie spuszczał z oka swojego cennego wzmacniacza! Używałem go do wstępnego nagrania i do wszystkich dogrywek. Muszę powiedzieć, że ten sprzęt jest absolutnie doskonały. Ma najlepsze brzmienie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Często zdarzało się, że wzmacniacze brzmiały zupełnie inaczej na żywo w studiu, a zupełnie inaczej zbierał to brzmienie mikrofon. Wchodzisz więc do reżyserki i jesteś zdziwiony, bo słyszysz zupełnie co innego. Ale wzmacniacz Dumble brzmi dokładnie tak samo w studiu, jak i na płycie, idealnie oddając wszelkie niuanse gry - właśnie o czymś takim zawsze marzyłem. Już samo obcowanie z tym sprzętem sprawiło mi niezwykle dużo przyjemności.

Mo Nazam

GALERIA
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie