Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Corey Beaulieu (Trivium)

Corey Beaulieu (Trivium)

W listopadzie, w dniu Święta Odzyskania Niepodległości, poza zamieszkami, w Warszawie miało miejsce jeszcze jedno doniosłe wydarzenie. Nasz kraj odwiedził jeden z najpopularniejszych amerykańskich zespołów metalcore’owych. Trivium zagrało na jednej scenie z naszym Frontside, które rozgrzewało publikę przed wejściem Matta i spółki. Magazyn Gitarzysta przeprowadził tego dnia ekskluzywny wywiad z gitarzystą i wspomagającym wokalistą zespołu, Coreyem Beaulieu. Udało nam się dowiedzieć o kilku wpadkach z przeszłości, planach na najbliższe miesiące, ostatniej płycie i sprzęcie, z jakiego korzysta nasz kruczoczarno włosy wymiatacz.

Ostatni raz w Polsce byliście dwa lata temu, gdy supportowaliście koncert Slipknota. Jak wspominasz tamtą wizytę?

To było coś niesamowitego. Od tamtego koncertu upłynęło jednak trochę czasu, więc tym bardziej jestem nakręcony na dzisiejszy gig.

Będziecie mieli możliwość zwiedzenia kilku miejsc w Warszawie po koncercie?

Niestety nie. Zaraz po pakujemy się i jutro z samego rana ruszamy na lotnisko. Dzisiaj natomiast, pokręcimy się trochę po klubie i zagramy przed waszą publiką najlepszy koncert, jaki tylko jesteśmy w stanie dostarczyć. Fani w Polsce są zawsze świetnie przygotowani i głodni energii, dlatego nie chcemy zawieść ich oczekiwań (śmiech).

Tym razem jednak zmieniła się trochę lokalizacja. Przed Slipknotem graliście na Torwarze. Teraz jest to dużo mniejsza lokalizacja. Czy ma to dla was jakieś znaczenie?

Ja osobiście nie widzę w tym problemu. Lubię grać przed dużą publiką, ale kiedy są to warunki klubowe to jest też w tym jakiś czar i energia. Nie jest to część jakiegoś wielkiego festiwalu, więc mała powierzchnia w niczym nie przeszkadza. W takich miejscach, kiedy gramy jako główny wykonawca, mamy wpływ nie tylko na dobór repertuaru, ale i czas jaki chcemy spędzić na scenie. Już niedługo ruszamy na trasę z In Flames, więc ten dzisiejszy i kilka koncertów przed nim traktujemy jako świetną rozgrzewkę i możliwość odwiedzenie miejsc, w których nie bywamy tak często jak byśmy chcieli. Na każdym z tych gigów dobieramy sobie jeden lokalny zespół i gramy tak długo jak tylko chcemy. Wczoraj byliśmy na scenie chyba ponad półtorej godziny, więc każda noc jest dłuższa od poprzedniej (śmiech). Dodajemy więcej kawałków, żeby za każdym razem móc spędzić na scenie trochę więcej czasu.

Jakiś czas temu nagraliście dość osobliwy koncert w Chapman Studios. Nie byłoby w nim nic dziwnego gdyby nie fakt, że zrobiliście to bez jakiejkolwiek publiki. O co chodziło w tym projekcie?

Miał to być dodatek do rozszerzonej wersji płyty. Ludzie zawsze prosili nas o nagranie jakiegoś materiału koncertowego, ale jakoś nigdy nie było nam z tym po drodze (śmiech). Zrobiliśmy to zatem dla tych wszystkich, którzy byli głodni takiego doświadczenia. Jednak zamiast zwykłego koncertu postanowiliśmy zrobić to po swojemu i stworzyć coś na wzór próby przed samym występem, kiedy nie ma w pobliżu jeszcze nikogo kto by tego słuchał (śmiech). Zależało nam na fajnej atmosferze i lokalizacji, która pozwoliłaby nam po prostu zagrać kilka kawałków. Nie ma tu żadnych zbędnych poprawek. Wszystko miało zostać nagrane za jednym podejściem dokładnie tak jakby to miało miejsce w przypadku prawdziwego koncertu.

Po albumie Crusade pojawiła się niespodziewana fala krytyki. Wielu osobom przeszkadzało to, że materiał brzmiał niczym wyrwany z szuflady Metalliki. Głównie z powodu wokali, jakie dostarczył na tym krążku Matt. Pamiętam, że w jednym z wywiadów powiedzieliście, iż jest to wasza reakcja na brak chęci nagrywania ciągłych "krzyków". Teraz jednak z albumem Shogun i In Waves widzimy powrót do korzeni. Czy możemy zatem stwierdzić, iż Crusade nie było najlepszą drogą rozwoju?

Jakby nie było, tą właśnie drogą poszliśmy i nic już tego nie zmieni. W tamtym czasie wydawało się to być odpowiednią decyzją. Rzeczywiście mieliśmy jakąś awersję do "krzyków". W tamtym okresie było mnóstwo takiej muzy i zapragnęliśmy zrobić coś trochę na przekór sobie. Dwa albumy przed Crusade, były niemal same "krzyki", więc zarzuciliśmy wędkę i czekaliśmy na reakcję ludzi. Kiedy teraz patrzę wstecz to wydaje mi się, że było na tym albumie sporo niedopracowanych elementów. Kilka rzeczy można było zrobić lepiej, ale z braku czasu musiały pozostać trochę nieoszlifowane. Mieliśmy spore ciśnienie ze strony wytwórni, żeby wydać ten materiał i po prostu z pewnymi rzeczami nie zdążyliśmy. Mimo wszystko sądzę, że album został całkiem dobrze odebrany. Wielu ludziom podobało się to co na nim zrobiliśmy, ale kiedy go słucham, widzę te gdzieniegdzie paskudne niedociągnięcia. Kilka tygodni więcej i efekt mógł być o wiele lepszy. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem. Nadal gramy niektóre kawałki z tego krążka. W zdecydowanie mniejszej proporcji niż w przypadku innych płyt, ale teraz kiedy nad nimi popracowaliśmy, brzmią o wiele lepiej. Są cięższe i dużo bardziej wyraźne. To doświadczenie nauczyło nas jednak kilku ważnych rzeczy. Wiemy już teraz bardzo dobrze czego musimy się wystrzegać i dlaczego nie warto się spieszyć. Nie można ulegać naciskom wytwórni o ile to możliwe i pracować w swoim własnym tempie. Mają się odwalić i czekać, aż krążek będzie gotowy (śmiech). Nie da się zadowolić wszystkich. Byłbym jednak niesprawiedliwy nie zauważając, iż płyta ta otworzyła nam kilka nowych drzwi i zainteresowała naszym zespołem zupełnie świeżą rzeszę fanów. Zatem nadal jesteśmy z niej dumni, ale jednocześnie czujemy małą dozę niedosytu.

Wasz najnowszy album In Waves to kompletne dzieło. Zadbaliście nie tylko o spójność wizualną, ale i o teledyski, grafiki oraz oprawę. Czy był może jednak taki moment, w którym muzyka przestała być priorytetem tego projektu?

Pracowaliśmy nad każdym aspektem tego albumu. Niektóre piosenki z In Waves powstały już w 2009 roku. Cała oprawa wizualna tego albumu powstała tak naprawdę dopiero po nagraniu materiału, więc sama muzyka w żaden sposób na tym nie ucierpiała. Kiedy skończyliśmy trasę koncertową promującą płytę Shogun, niemalże od razu weszliśmy do studia przećwiczyć kilka pomysłów i zacząć nagrywać nowy materiał. Przez kolejnych 8 miesięcy nie zajmowaliśmy się tak naprawdę niczym jak tylko muzyką. Oczywiście po drodze musieliśmy doglądać innych aspektów tworzenia albumu, ale większość naszej uwagi była poświęcona komponowaniu i nagrywaniu. Pracowaliśmy nad tym bardzo ciężko i dopięliśmy dzięki temu każdy kawałek na ostatni guzik. Cała reszta musiała poczekać do momentu, aż album został ukończony. Ostatecznie to Matt zajmował się potem w dużej mierze finalnym kształtem okładki i grafikami, jakie zostały przy niej wykorzystane. Czuwaliśmy tak naprawdę nad każdym elementem In Waves i niczego nie zostawiliśmy przypadkowi.

Z jakiego sprzętu korzystasz podczas koncertu?

Od dłuższego czasu gram na gitarach od Jacksona. Zgromadziłem już całkiem pokaźną kolekcję modeli tej stajni (śmiech). Mam kilka 7-strunowych i parę 6-strunowych egzemplarzy. Zresztą jak się tak dobrze nad tym zastanowić to właśnie z nich głównie korzystam. Niedługo pojawi się również moja sygnatura. Nie mam jej jeszcze przy sobie, gdyż w tej chwili chłopaki z Jacksona dokonują ostatnich szlifów. Poza tym nie korzystam praktycznie z żadnych efektów podczas koncertu. Mam ze sobą jedynie małe pudełko o nazwie Axe-FX II, które wystarcza mi za całą armię kaczek i efektów. Wszystko jest wbudowane i nie mam jakiejś specjalnej potrzeby modernizowania tego sprzętu.

W wielu kawałkach korzystasz z 7-strunowego Jacksona?

Nawet w bardzo wielu. Cały Shogun wymagał ode mnie gry na "siódemce". Podobnie jak kilka utworów na In Waves.

Czy gra na siedmiu strunach jest dla ciebie jakimś specjalnym wyzwaniem?

Nie trzeba tak naprawdę wiele zmieniać. Kiedy zrozumiesz, że masz pod palcami, tak na dobrą sprawę, tylko 5 dodatkowych nut, to zauważasz, że nie jest to tak karkołomne zadanie na jakie wygląda. Wymaga to chwili przestawienia i zmiany sposobu myślenia, ale jeśli przechodzisz płynnie z 5 na 6 i dopiero potem na 7 strun to nie powinno to nastręczać nikomu większych problemów. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.

Po dzisiejszym koncercie ruszacie na trasę z In Flames. Jak długo będzie ona trwała? Co po niej?

Już jutro lecimy do Oslo, gdzie spotykamy się z chłopakami z In Flames. Nasza wspólna trasa będzie trwała tak naprawdę kilka tygodni. Potem udajemy się na serię koncertów w Wielkiej Brytanii i w końcu na zasłużoną przerwę (śmiech). Dopiero w przyszłym roku startujemy z drugą rundą.

Zdążycie naładować baterię podczas tej krótkiej przerwy?

Sądzę, że powinno nam się udać. Do domu wracamy około 10 grudnia. Potem najbliższy koncert gramy dopiero w Sylwestra. Następnie kolejne półtora tygodnia przerwy przed drugą częścią trasy do USA. Przyda nam się te kilka tygodni na małą regenerację i parę chwil z rodziną (śmiech).

Czym różni się granie jako gwiazda wieczoru od supportowania?

Supportowanie jest wbrew pozorom dużo łatwiejsze. Nie trzeba wtedy grać tak długo jak w przypadku "gwiazdorzenia" (śmiech). Ma to jednak swoje złe strony, gdyż jesteś w pewnym sensie ograniczany przez ten czas i nie możesz zaprezentować całego wachlarza możliwości. Zazwyczaj koncert supportu trwa maksymalnie do godziny czasu. Sytuacja komplikuje się tym bardziej, kiedy zespół ma już na koncie zdrową ilość albumów z kilkoma znanymi piosenkami. Nie wszystko uda się wtedy zagrać i nie każdego można zadowolić. Od dłuższego czasu nie występowaliśmy jako gwiazda wieczoru, dlatego z tego jak i poprzednich koncertów czerpiemy tak dużą przyjemność. Można w zasadzie powiedzieć, że sam sobie jesteś w tej sytuacji szefem. Nie musisz zajmować się marudzeniem drugiego zespołu i stosować się do ich niekiedy głupich ograniczeń. Przyjeżdżasz na miejsce i czujesz, że wszystko jest przygotowane dla ciebie. Do tego nie musisz się przejmować, że przeciągasz swój koncert i rujnujesz tym samym grafik drugiemu zespołowi.

Czy nie jest też trochę tak, że support ma cięższe zadanie ze względu na fakt, iż przeważnie nie gra dla swojej publiki?

To zależy w dużej mierze od ludzi. Na trasie po USA graliśmy przed Dream Theater, gdzie każdy na widowni miał miejsca siedzące, a ludzie i tak reagowali bardzo żywiołowo. Wszystko zależy od punktu widzenia. Dzisiaj sami nadal występujemy przed innymi zespołami i nie mamy z tym żadnego problemu. Jest wiele takich zespołów, które kiedy osiągają pewien pułap nie wchodzą już w jakiekolwiek supporty. Chcą zawsze grać jako gwiazda wieczoru i basta. Czynnikiem decydującym są głównie pieniądze, ale my mimo wszystko staramy się poszerzać nasze horyzonty i sięgać do serc nowych fanów. Wspomniana przeze mnie trasa z Dream Theater była właśnie tego przykładem. Zespół ten jest stylistycznie bardzo daleko od tego czym się zajmujemy, ale całe doświadczenie było niezwykle budujące i pełne pozytywnych niespodzianek. Poznaliśmy wiele ciekawych osób i zdobyliśmy kilku zagorzałych sympatyków. Nawet jeśli istniejesz na scenie już kilkanaście lat to zawsze warto jest zainteresować sobą kolejne pokolenie fanów mocnego brzmienia (śmiech).

Są już może jakieś plany czy pierwsze riffy do nowego albumu?

In Waves pojawiło się w sklepach co prawda dopiero 3 miesiące temu, więc póki co czeka nas jeszcze trochę koncertowania, które jak sądzę będzie trwało mniej więcej do końca przyszłego roku - mamy jednak już kilka pierwszych szkiców. Pracujemy nad paroma piosenkami, ale nie jest to jeszcze nic konkretnego. Śladowe ilości riffów i pomysłów, ale od tego się zaczyna (śmiech)

Marcin Kubicki i Michał Lis