Strasznie trudne pytanie. Myślę, że mógłbym zacząć od samego Keitha Richardsa, zahaczyć o Johnny’ego Thundersa, Johnny’ego Ramona, Davida Brocka i skończyć na Tonym Iommim, krzywdząc przy tym dziesiątki innych genialnych gitarzystów. Jeśli miałbym wskazać mojego ulubionego muzyka, to pewnie zdziwisz się, kiedy powiem, że jest nim stary dobry Charlie Parker. Z gitarzystami jest trudniej. Jeśli musiałbym jednak wybierać, to wskazałbym dwa zespoły, których gitarzyści mieli na mnie największy wpływ. Pierwszym z nich był Ron Asheton z The Stooges. Kiedy posłuchałem ich płyty po raz pierwszy, to nie mogłem uwierzyć w to, co ten facet robił na gitarze. Głupio by było przy tej okazji nie wspomnieć również o początkach punk rocka. Muzyka The Ramones uchodzi za prostą i łatwą, ale kiedy już ktoś próbuje zagrać ich kawałki, to okazuje się, że Johnny Ramone odwalał kawał dobrej roboty. Mój sposób myślenia o muzyce zmieniły również takie kapele, jak Black Sabbath i Kiss.
Potem, wraz ze wzrostem popularności punk rocka, skierowałem swoją uwagę na The Cramps i The Ramones. Te kapele nie grały na wielkich stadionach, lecz w zwykłych klubach dla około 50 osób. Człowiek był w stanie uwierzyć, że on też może się kiedyś znaleźć na ich miejscu, a to uskrzydlało. Mało kto dzisiaj pamięta, że punk rock narodził się w Nowym Jorku, a ja i Dave lubowaliśmy się w jego brzmieniach. Chodziliśmy na każdy koncert i coraz bardziej byliśmy pewni tego, co chcemy robić dalej. Drugą kapelą, którą dzisiaj postawiłbym na równi z The Stooges, jest Motörhead. Jestem ich ogromnym fanem. Nie znaczy to jednak, że zamykam się na wszystkie inne brzmienia. Czasami potrafię przez tydzień zachwycać się jakimś krążkiem przykładowo grupy Yes. Po prostu kocham muzykę! Dla niektórych może być to również zaskoczeniem, ale jestem pełen podziwu dla chłopaków z Social Distortion. Brzmią według mnie fantastycznie, a ich muzyka jest czysta i mocna. Nie przepadam jedynie za nadmierną ilością elektroniki. Osobiście do szczęścia wystarczy mi jedynie wiosło i wzmacniacz.