Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Phil Caivano (Monster Magnet)

Phil Caivano (Monster Magnet)

Monster Magnet to jedna z nielicznych kapel, które nigdy nie zabiegały o sławę i fortunę. Za to ich liczne wpływy i inspiracje dały życie brzmieniom, które niezmiennie fascynują i przyciągają coraz to większą rzeszę fanów. Zespół ten istnieje na rynku od ponad 20 lat i swoim doświadczeniem może wziąć na rogi jeszcze niejednego niedowiarka, który sądzi, iż lata świetności mają już za sobą.

Z gitarzystą Philem Caivano rozmawiamy o jego inspiracjach, zainteresowaniach i... o szacunku do filarów rockowego świata.

Byliście już kilka razy w Polsce. Jak Wam się tu grało i jakie były Wasze oczekiwania przed niedoszłym koncertem w Krakowie?


Zgadza się, byliśmy w Polsce już jakieś cztery czy pięć razy. Niezmiennie koncerty przed polską publiką są dla nas czymś wspaniałym, dlatego strasznie wkurzyła nas wiadomość o konieczności odwołania jednego z nich. Lubimy odwiedzać miejsca, gdzie jesteśmy mile widziani. Sam nigdy nie mam wyjątkowych oczekiwań, ale cieszę się, kiedy fani reagują tak żywiołowo. Pamiętam, jak byliśmy u Was jakieś trzy lata temu, kiedy otwieraliśmy koncert Metalliki. To było wielkie wydarzenie. Ludzie czekali w gruncie rzeczy na chłopaków tej grupy, ale przyjęli nas wtedy również bardzo ciepło. Koncerty w tej części Europy są zawsze czymś wspaniałym. Wasz kraj na pewno nigdy nie zniknie z naszych planów koncertowych.


W wielu artykułach opisuje się Waszą muzykę mianem "stoner rocka". Czy zgadzasz się z tym określeniem? Jak Ty postrzegasz muzykę Monster Magnet?


Pojęcie "stoner" nie jest wyjątkowo szczęśliwe i nigdy mi się nie podobało. Przyznam się szczerze, że nawet go do końca nie rozumiem (śmiech). Dave i ja dorastaliśmy razem. W czasie, kiedy byliśmy dzieciakami, takie łatki nie miały znaczenia. Człowiek słuchał tego, co mu się podobało, i nie zastanawiał nad tym, jaki to rodzaj muzyki. Sądzę, że jest nam najbliżej do klasycznego hard rocka z małą nutką psychodelii. Nadawanie takich tytułów jak "stoner rock" jest dla mnie przejawem lenistwa. Jest wiele ludzi, którzy zmieniali fronty muzyczne. Wystarczy spojrzeć na to, co robił Kyuss. Byli świetnym zespołem. Potem jednak Josh stworzył coś innego w Queens Of The Stone Age. Te dwa zespoły nie sposób byłoby ometkować. Nie przejmuję się zatem takimi próbami zaszufladkowania. Jesteśmy zespołem grającym rocka wzorującym się na dokonaniach Hawkwind czy Black Sabbath. Jeśli ktoś się wsłucha, to znajdzie też tutaj fragmenty Iggy And The Stooges czy The Ramones, które zdecydowanie nie kojarzą się z terminem "stoner".


Do zespołu dołączyłeś w 1998 roku. Jak do tego doszło?


Tak jak wspomniałem, Dave i ja byliśmy przyjaciółmi od najmłodszych lat, mieszkaliśmy na obrzeżach New Jersey. Wtedy też zaczynaliśmy swoją przygodę z muzyką i nauką gry na instrumentach. Zawsze trzymaliśmy się razem. Kiedy ja wyjechałem w poszukiwaniu pracy do New Jersey, Dave zakładał właśnie Monster Magnet. Z uwagi na naszą przyjaźń byłem zawsze blisko zespołu i wszystkiego, co się dokoła niego działo. Byłem w studiu, gdy nagrywali płytę "Superjudge", a także towarzyszyłem im podczas pierwszych koncertów, kiedy jeszcze grali pod innym szyldem. Byłem również podczas nagrywania krążka "Powertrip". Używali wtedy w studiu sporo mojego sprzętu. Kiedy przeprowadziłem się do Los Angeles, zacząłem spędzać sporo czasu z Dave'em. Któregoś dnia stwierdził, że skoro i tak jestem częścią tego zespołu, to mogę w końcu zacząć w nim grać. Na początku nie sądziłem, że uda mi się dotrzymać kroku chłopakom, ale po kilku pierwszych koncertach złapałem bakcyla. Wcześniej nigdy nie planowałem takiego obrotu sprawy i nie zastanawiałem się nad tym, jakby to miało wyglądać. Byłem fanem i przyjacielem zespołu, a los chciał, żebym dodatkowo stał się jego członkiem.


Co zatem doprowadziło do tego, że w 2005 roku opuściłeś Monster Magnet tylko po to, aby wrócić trzy lata później?


W 2005 poczułem, że coś się we mnie wypaliło. Był to okres, w którym bardzo dużo koncertowaliśmy i wciąż brakowało nam czasu. Nie czułem się z tym dobrze, zwłaszcza że był to dla mnie ostatni gwizdek, aby zrealizować swoje własne ambicje i plany. Wiedziałem wtedy, że jeżeli zaraz się z tego nie wyrwę, to będę żałował do końca życia. Bardzo zależało mi na zbudowaniu swojego własnego studia. Zawsze lubiłem zajmować się produkcją, a praca w studiu fascynowała mnie od najmłodszych lat. Brakowało mi ponadto mojego domu i rodziny. Chciałem znowu siadać z gitarą i po prostu pisać muzykę. A do tego dołożyć produkcję i współpracę z innymi muzykami. Będąc w Monster Magnet, nigdy nie mogłem sobie na to pozwolić, i to mnie wypalało. Musiałem mieć trochę czasu dla siebie. W New Jersey znalazłem dobrą lokalizację i poszedłem za głosem serca. Dave bardzo mnie wspierał w tej decyzji. Poza tym, że gramy w tym samym zespole, zawsze byliśmy przede wszystkim dobrymi przyjaciółmi. Była to zmiana, która wyszła mi na dobre. Kilka lat później Dave zaproponował mi zagranie wspólnej trasy i nie musiał mnie długo przekonywać.


W czasie tej przerwy byłeś bardziej producentem niż muzykiem i brałeś udział w wielu różnych projektach. Czy odniosłeś jakieś sukcesy na tym polu?


W moim mniemaniu - tak! Nie zależało mi na pieniądzach i sławie. Kiedy byłem jeszcze nastolatkiem, bardzo interesowała mnie praca w studiu. Pamiętam, jak zawsze szukałem na płytach informacji, w jakim to studiu nagrano dany krążek. Chciałem się tym zajmować nawet bardziej niż samą grą. Kiedy byłem jeszcze w Los Angeles, zaprzyjaźniłem się z facetem, który nazywał się Matt Hyde. To właśnie on zajął się potem produkcją kilku albumów Monster Magnet. A gdy w 2005 sam zabrałem się za produkcję, skontaktowałem się z nim, aby wspólnie popracować nad kilkoma projektami. Dużo czasu spędziłem z Hatebreed i kilkoma innymi zespołami z Nowego Jorku. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i pracowałem nad rewelacyjnymi płytami. To właśnie te zdarzenia zainspirowały mnie ostatecznie do wybudowania własnego studia.

Zawsze lubiłem spoglądać na muzykę z perspektywy członka zespołu, ale jestem jednocześnie wielkim fanem teorii, która mówi, że nabytą wiedzą należy się dzielić z innymi. Takie myślenie daje wiele satysfakcji i uczy pokory do samego siebie. Przez te trzy lata dzieliłem się swoją wiedzą i chłonąłem jak gąbka od innych, dzięki czemu teraz mogę wykorzystać zdobyte doświadczenie, tworząc muzykę Monster Magnet. Swego czasu niektórzy fani nie mogli zrozumieć, dlaczego podjąłem współpracę z Dave'em Ogilviem. Otóż któregoś dnia odezwał się do mnie, aby przedstawić kilka pomysłów, ja zaś podrzuciłem mu parę partii gitarowych, a kilka dni potem zaproponował mi współprodukcję jednego ze swoich projektów. Patrząc teraz wstecz, sądzę, że było to jedno z najciekawszych doświadczeń w mojej karierze. Facet tworzył muzykę dla Skinny Puppy i Nine Inch Nails, co nijak się miało do mojej aktywności w Monster Magnet, a jednak naszą kooperację zaliczam do jednej z najbardziej owocnych.


Jak już wspomniałeś, bardzo dużo koncertujecie. Poza Metallicą był jeszcze support chociażby Aerosmith. Jak przebywanie z takimi gigantami pomogło Waszej karierze?


Rzeczywiście, całkiem sporo miesięcy spędzaliśmy w trasie. W czasie, kiedy pojawił się krążek "Powertrip", koncertowaliśmy z takimi projektami, jak Aerosmith, Rob Zombie i Marilyn Manson. Bezsprzecznie było to genialne doświadczenie, ale bardziej ze względów osobistych aniżeli biznesowych. Taka trasa dała nam możliwość przebywania na co dzień z wieloma zespołami, między innymi z Aerosmith, którego muzykę wielbiłem od lat. Chłopaki naprawdę świetnie nas traktowali, a nabyta wiedza i możliwość grania z nimi dała nam porządnego kopa i pomogła w promowaniu naszego zespołu.

Szczerze powiedziawszy, nigdy nie patrzyłem na wyniki sprzedaży ani na to, ile zarobiliśmy na każdym kolejnym krążku. Zawsze liczyła się przede wszystkim muzyka. Dzisiaj możemy wracać do miejsc, w których kiedyś otwieraliśmy imprezy. Gramy nasze koncerty wszędzie tam, gdzie tylko się da, i czerpiemy z tego mnóstwo radości. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co by było, gdybyśmy nie koncertowali z tymi wszystkimi gwiazdami. Może wyszłoby to nam na dobre, ale z drugiej strony grzechem byłoby teraz narzekać. Wracając do takiej Grecji czy chociażby Polski, widzimy ludzi, którzy przyprowadzają na koncerty swoje dzieci. Rośnie nam kolejne pokolenie fanów, więc można uznać, że supportowanie wyszło nam zdecydowanie na dobre!


Z jakich gitar korzystasz w studiu i na koncertach?


W zasadzie nie ma tu większej różnicy. Zdecydowanie jednak skłaniam się w stronę Gibsona, a konkretnie modeli z serii Les Paul GS i Junior. Tej ostatniej gitary używam nader często. Mam jeszcze jednego Les Paula, bez którego nie ruszam się z domu. Jego dźwięk jest wręcz genialny i kocham na nim grać na koncertach. Sprawdza się również w studiu, choć tutaj nie brzmi już tak naturalnie. Mam poza tym straszne ciągoty do starszego sprzętu. Znajdziesz u mnie sporo klasycznych Fenderów i parę elektryków od Dean Guitars. W studio używam często małego wzmacniacza, który daje zadziwiająco mocne brzmienie. Nie sposób nie zauważyć, iż wszystkie wzmacniacze wydają się być innym sprzętem, kiedy wystawimy je ze studia na scenę. Stwarza to jednak czasami mały problem, gdyż kiedy gra się na żywo, trzeba jak najwierniej odgrywać to, co znajduje się na płycie. Wystarczy jednak przejrzeć stare nagrania i zapisy wideo z koncertów Led Zeppelin, aby zrozumieć, iż nie zawsze jest to konieczne. Z drugiej strony, kiedy włączymy koncert Black Sabbath, to od razu widać, że ich muzyka na żywo niewiele różni się od tej na płytach. Bądź co bądź chyba nigdy nie odejdę już od Gibsona. Gitary tej marki są dla mnie najwygodniejsze i nic nie może się równać z dźwiękiem dobrego Les Paula.


Czy istnieje jakiś sprzęt muzyczny, który nosi Twoje imię i nazwisko?


Nikt do tej pory nie przyszedł do mnie z taką propozycją. Jest kilka kaczek, które są dla mnie charakterystyczne i producenci wykorzystują mój wizerunek przy sprzedaży, ale żadna nie została skonstruowana według moich wytycznych. Obecnie korzystam z efektów firm Analog Man, Maxon i Malekko. Natomiast jeśli chodzi o wzmacniacze, to nawiązałem współpracę z ludźmi z MetroAmp, których sprzęt jest naprawdę genialny. Mam kilka wzmacniaczy w studiu i jedną szafę na koncerty. Od lat nie rozstaję się też ze wzmacniaczami od Marshalla.

Sama idea posiadania gitary sygnowanej moim nazwiskiem jest dla mnie odrobinę dziwna. Grałem na wielu sygnowanych wiosłach i szczerze mówiąc, nigdy mnie nie zachwyciły. Dla mnie najlepszą gitarą tego typu niezmiennie pozostaje Les Paul. Jest to naprawdę genialny instrument i śmiało mogę się pod nim podpisać (śmiech). Niektórzy producenci efektów starali się mnie nakłonić do współpracy, ale co miałoby mi dać umieszczenie mojego nazwiska na pedale, który wszyscy depczą (śmiech)? Za jakiś czas, kiedy zrobimy sobie małą przerwę, mam zamiar wykonać własnoręcznie około 20 kaczek dla najwierniejszych fanów. Nie mam zamiaru ich podpisywać, ale posiadacze będą przynajmniej wiedzieli, kto je wykonał. Od jakiegoś czasu zaczęło mnie to interesować i sądzę, że sprawi mi to sporo przyjemności.


Dźwięk gitary którego muzyka uwielbiasz najbardziej?


Strasznie trudne pytanie. Myślę, że mógłbym zacząć od samego Keitha Richardsa, zahaczyć o Johnny’ego Thundersa, Johnny’ego Ramona, Davida Brocka i skończyć na Tonym Iommim, krzywdząc przy tym dziesiątki innych genialnych gitarzystów. Jeśli miałbym wskazać mojego ulubionego muzyka, to pewnie zdziwisz się, kiedy powiem, że jest nim stary dobry Charlie Parker. Z gitarzystami jest trudniej. Jeśli musiałbym jednak wybierać, to wskazałbym dwa zespoły, których gitarzyści mieli na mnie największy wpływ. Pierwszym z nich był Ron Asheton z The Stooges. Kiedy posłuchałem ich płyty po raz pierwszy, to nie mogłem uwierzyć w to, co ten facet robił na gitarze. Głupio by było przy tej okazji nie wspomnieć również o początkach punk rocka. Muzyka The Ramones uchodzi za prostą i łatwą, ale kiedy już ktoś próbuje zagrać ich kawałki, to okazuje się, że Johnny Ramone odwalał kawał dobrej roboty. Mój sposób myślenia o muzyce zmieniły również takie kapele, jak Black Sabbath i Kiss.

Potem, wraz ze wzrostem popularności punk rocka, skierowałem swoją uwagę na The Cramps i The Ramones. Te kapele nie grały na wielkich stadionach, lecz w zwykłych klubach dla około 50 osób. Człowiek był w stanie uwierzyć, że on też może się kiedyś znaleźć na ich miejscu, a to uskrzydlało. Mało kto dzisiaj pamięta, że punk rock narodził się w Nowym Jorku, a ja i Dave lubowaliśmy się w jego brzmieniach. Chodziliśmy na każdy koncert i coraz bardziej byliśmy pewni tego, co chcemy robić dalej. Drugą kapelą, którą dzisiaj postawiłbym na równi z The Stooges, jest Motörhead. Jestem ich ogromnym fanem. Nie znaczy to jednak, że zamykam się na wszystkie inne brzmienia. Czasami potrafię przez tydzień zachwycać się jakimś krążkiem przykładowo grupy Yes. Po prostu kocham muzykę! Dla niektórych może być to również zaskoczeniem, ale jestem pełen podziwu dla chłopaków z Social Distortion. Brzmią według mnie fantastycznie, a ich muzyka jest czysta i mocna. Nie przepadam jedynie za nadmierną ilością elektroniki. Osobiście do szczęścia wystarczy mi jedynie wiosło i wzmacniacz.


Dobrze wiedzieć, że nie zamykasz się na inne rodzaje muzyki...


Jako gitarzysta nie mogę sobie pozwolić na zamykanie się w jednej stylistyce. Zawsze jest coś nowego i starego do odkrycia. Pamiętam, jak wraz z Dave'em słuchaliśmy kiedyś nagrań jakichś garażowych kapel, które tak naprawdę nigdzie nawet nie zaistniały. Większość z nich nagrywała demo i... znikała. Pamiętam, jak duży wpływ miała na mnie również muzyka The Rolling Stones. Moi kuzyni chcieli mi na siłę wpoić wyższość The Beatles nad Stonesami, ale ja zawsze bardziej wolałem "Jumpin’ Jack Flash" od "Let It Be" (śmiech). Jedno spojrzenie na Keitha Richardsa i od razu wiedziałem, że to jest to. Dzisiaj nadal podziwiam oba te zespoły, ale The Rolling Stones będą zawsze bliżsi mojemu sercu.


A najbardziej ekscytujące chwile w Twojej karierze?


Zdecydowanie wspólne granie z Hawkwind. Mieliśmy kiedyś przyjemność występować z nimi na tym samym festiwalu. Po koncercie do przebieralni wszedł Dave Brock i zaproponował mi wspólny występ podczas zbliżającego się festiwalu w Finlandii. Miałem z nimi zagrać wtedy sześć piosenek. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, więc zgodziłem się bez chwili namysłu. Nie wiedziałem jednak, że do jednego z kawałków został również zaproszony Lemmy z Motörhead, który występował na tym samym festiwalu. Wyobraź sobie moją radość, kiedy stanąłem z nimi na jednej scenie. Było to coś, czego nie zapomnę do końca życia. Pamiętam, że kiedy zszedłem ze sceny, powiedziałem, że równie dobrze może to być mój ostatni występ w życiu (śmiech).

Innym razem, kiedy nagrywaliśmy w Kanadzie płytę "God Says No", zadzwonił do mnie Ron Asheton. Początkowo pomyślałem, że kumple robią mi jakiś żart i zignorowałem wiadomości na automatycznej sekretarce. Dopiero kiedy zadzwonił do mnie po raz czwarty, to zrozumiałem, że to naprawdę on. Powiedział wtedy, że czytał kilka wywiadów, w których wypowiadałem się o nim pochlebnie, i chciał mi po prostu podziękować za dobre słowo. Miałem jeszcze potem wielki zaszczyt spotkania się z nim kilkakrotnie, zanim zmarł, i to również zaliczam do najbardziej ekscytujących chwil w mojej karierze. Nie mniej ekscytujące są dla mnie również chwile, kiedy jakiś chłopak podchodzi do mnie po koncercie i mówi, że od najmłodszych lat rodzice nasączają go brzmieniami Monster Magnet. Widzę, jak ważne są takie spotkania dla tych młodych ludzi, i napawa mnie to dumą z naszych dokonań. Wiem, że cokolwiek by się nie stało, nasza muzyka nie zniknie. W gruncie rzeczy nie liczy się to, czy płyta pokryje się platyną, czy nie. Najważniejsi są ludzie i sama muzyka.


Czy sądzisz, że młode zespoły mają teraz łatwiej niż Wy?


Pewnie tak, ale w tym fachu nie jest to wcale zaleta. Obecnie dzieciaki chcą od razu stać się wielkimi gwiazdami rocka. Ja natomiast wychowałem się w czasach, kiedy gwiazdy rocka byli zwykłymi ludźmi. Prawdziwymi bohaterami stawali się natomiast dlatego, że cholernie dobrze wykonywali swoją robotę. Wystarczy spojrzeć na The Cramps. Nigdy nie osiągnęli statusu gwiazd rocka, a jednak stoją dzisiaj w panteonie najznamienitszych zespołów w historii muzyki. Podobnie sprawa się miała z jazzmanami i bluesmanami. Co prawda zyskali oni sławę i szacunek, ale nigdy nie stali się gigantami show-biznesu. Podobnie my traktujemy dzisiaj nasz zespół. Monster Magnet nie jest maszynką do zarabiania pieniędzy. To nasza praca i życie. Robimy to, co kochamy, i chcemy to robić jak najlepiej.


M. Kubicki

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie