Kup Magazyn Gitarzysta

Jelonek

Jelonek się mści. Nowy album za nami, koncerty przed nami. O skrzypcach, ogniach, Chopinie, tym kiedy Michał chciał rzucić to wszystko w cholerę i wiele więcej... oczywiście w naszym wywiadzie.

To na czym ta zemsta?


(śmiech) Na skrzypcach. To jest taka trochę zemsta za te lata potu, łez i krwi przed pulpitem, gamy, pasaże. I teraz zaczynam wyciskać te niedozwolone dźwięki. Ale ten motyw zemsty i rewanżu przewija się też w samych utworach. Jest historia z epoki płaszcza i szpady, czyli "Romantic Revenge", pościgi, gorące romanse. Jest również wściekła ropucha, czyli motyw zemsty ropuchy na bocianach.


Są jeszcze karaluchy.


Tak, karaluchy. Mszczą się za wieki prześladowań. Jest też motyw zemsty zwierzątek na rzeźniku i przy okazji imprezki (śmiech). I wszystko się kręci wokół tego.


Czyli, jak rozumiem, Jelonek ma tu własną zemstę i planuje zostać królem zwierząt? (śmiech)


No może nie, ale to jest nośny temat. Muzyka i wokół muzyki powinno być według mnie sporo emocji. Różne emocje: dobre, złe, radosne, smutne. Musi być przekaz emocjonalny.


No właśnie. Czytałam parę opinii, że płyty Jelonka, OK, są niezłe, jest powiedzmy dobrze, są fajne momenty. Ale Jelonek na żywo to już mistrzostwo świata. Widziałam cię na tegorocznych Ursynaliach, gdzie waliły pioruny, była ściana wody…


To już nie miałem na to wpływu! (śmiech)


Ale to wszystko wyglądało genialnie, i rzeczywiście masz niesamowitą energię. Jak się odnosisz do tych opinii?


Wydaje mi się, że większość zespołów ma tak, że inaczej jest w studio a inaczej na koncertach, bo to jest jednak bezpośredni kontakt z publiką, wręcz chemia. Czasem udaje się to lepiej, a czasem gorzej. I nawet utwory słuchane w domu czy w samochodzie nabierają innego wymiaru kiedy widzisz tego wykonawcę, jego ruchy, mimikę, gesty, tańce. Ciężko w studio skoncentrować się na dźwięku i jednocześnie skakać, szaleć i robić głupie miny.


Jako jeden z instrumentów zamieszczonych na płycie podajesz mouthshaking…


Mam dużo życzliwych porad ze strony fanów, ale też innych osób, że powinienem zaprosić wokalistkę bądź wokalistę do współpracy. Ale póki co nie do końca przekonuję się do tego, chociaż nie mówię nigdy - nigdy. Jednak stwierdziłem, że element wokalny musi być, a że potrafię śpiewać tak jak potrafię, to użyłem tej techniki wokalnej. Ona dobrze robi na zmarszczki i wypełnia usta. (śmiech)


A jak długo trwały poszukiwania zeschizowanej fretki? Akurat ona jako jeden z pierwszych utworów rzuca się w oczy.


Nie jest to mój lider na tej płycie. Ale to był utwór programowy. Fretki, jak obserwowałem, mają takie paranoiczne, schizofreniczne ruchy, zachowanie. Nie wiadomo czy je coś boli czy czegoś się boją. Potrafią ze spokoju i zabawy przeskoczyć w prawie agresywne zachowanie. Takie ocieranie się o schizofrenię. I stwierdziłem, że to jest fajne zwierzątko do opisania muzycznie. Podobno my Polacy lubimy te piosenki, które już kiedyś słyszeliśmy…


To nie tylko my… Zazwyczaj bierzesz na warsztat znane utwory - "Cztery Pory Roku" czy teraz "Sabre Dance". Czy jest szansa, że weźmiesz się za coś też klasycznego, ale coś, czego nie znamy?


Na przykład Chopina. Bo jego mało znamy, zauważ. Czasami lepiej znany jest Beethoveen, "9 symfonia" czy "5 symfonia", niż niektóre Preludia i Mazurki Chopina. Ale to jest inna historia. Natomiast zauważyłem tendencję, że coraz więcej takich utworów mi się zbiera. I zastanawiam się nad tym żeby zebrać to do kupy i wydać. Chociaż wiadomo, że to ułatwia promocję jeśli jest to utwór znany, chociaż częściowo. Nie wszyscy siedzą w klasyce i dokładnie wszystko znają. Ale chciałbym wydać utwory znane plus na przykład "Kaprys Polski" Bacewicz oraz klasyczną muzykę współczesną, która jest praktycznie nieznana w szerszym gronie. Zna się głównie klasyków, Barok, kilku twórców epoki Romantyzmu. 
Gdy przyjechałem do Polski w latach dziewięćdziesiątych i powiedziałem, że Anglia na punkcie Góreckiego oszalała. Co? Oszalała? Chyba Górskiego! No właśnie nie, Góreckiego. U nas nawet nie znamy Kilara, Góreckiego. Penderecki jest bardziej znany z nazwiska niż twórczości. Wiadomo, że to robiło już wielu wykonawców i zespołów, ale siedzi nade mną taki niepokój żeby rzucić te parę przeróbek klasycznych, plus, tak jak powiedziałaś, takich mniej znanych, z tym ogniem. Tylko to się łatwo mówi, ale u mnie proces twórczy jest strasznie bolesny. Porównując do cesarskiego cięcia przez czoło mniej więcej, aby to było w miarę akceptowalne.


Czy sądzisz, że to jest nasz narodowy kompleks, że znamy innych, zagranicznych muzyków, czy lubujemy się w utworach obcojęzycznych?


Jedną sprawą jest to, że troszeczkę kompleksów mamy, ale nie dlatego, że jesteśmy słabsi, tylko mniej wypromowani. Jednak machina promocyjna anglosaska jest potężniejsza od naszych możliwości finansowych i promocyjnych. I tak było zawsze jak patrzę w historię sztuki, Polski, to zawsze kultura i sztuka była pod delikatnym kompleksem twórczości zachodniej, a potem też wschodniej. Bo rosyjska szkoła też była bardziej promowana niż polska. Ale skoro Polska przez jakiś czas nie istniała, była pod zaborami, kultura też była trochę partyzancka. Wielu twórców polskich tworzyło na emigracji. Natomiast są utwory, kompozytorzy polscy, którymi cały świat się zachwyca, a u nas... No wiemy, że Chopin to Polak, ale z zanuceniem byłby już problem, gdzie Straussa czy Beethoveena każdy zanuci. A Wieniawskiego czy Paderewskiego, Bacewicz - mało kto. Nie mówiąc o Kilarze czy Góreckim, trudniejszej muzyce. To raczej mało kto rozpoznaje. Ale dobrze wyczułaś, cały czas za mną chodzi żeby coś przerobić. Wziąć na tapetę nieznane utwory i podzielić, tak jak Khachaturian miał ogień, czy Vivaldi też ma niepokój, czy delikatna agresywność, i tak dalej…


No właśnie... Ci wielcy twórcy muzyczni byli prekursorami, łamali stereotypy czy pokazywali światu coś innego. Jak myślisz, jaką muzykę grałby taki Vivaldi gdyby żył teraz?


Vivaldi nie był takim pionierem jeśli chodzi o Barok, już wcześniej Monteverdi wprowadzał tę harmonię. Natomiast on jest takim flagowym kompozytorem Baroku. 
Nie wiem, ciężko mi ocenić. Ale patrząc pod kątem muzyki nie trzeba się cofać tak daleko. Nie wiem czy Pink Floyd teraz wydałby płytę w tych czasach. Nie mówiąc już o płytach nawet z lat siedemdziesiątych. To też kwestia pewnej mody. Dla nas opera wydaje się taka elitarna. Kiedyś na operę chodziły tłumy, śpiewały razem z wokalistami, chórem. Ludzie śpiewali, tańczyli, jedli. Tam było jak teraz na powiedzmy dyskotece. Takie techno party XVII czy XVIII wieku. Wiadomo, że były bardziej elitarne i mniej elitarne teatry. Tak jak teraz są bardziej elitarne kluby, gdzie cię nie wpuszczą w obuwiu sportowym i mniej elitarne jak na przykład po PGR-owskie. Tak samo było kiedyś z operą. Podobnie dzieje się niestety z jazzem. Kiedyś grano jazz w pubach, zadymionych, z alkoholem i to była muzyka do tańca często. Oczywiście nie wszystkie gatunki jazzu. A teraz koncerty jazzowe odbywają się w teatrach, wszyscy przychodzą ubrani jak na galę. Wiadomo, że są gatunki jazzu czy klasyki, że trzeba zachować jakiś umiar w odbiorze, bo się zakłóca odbiór innych, ale tak bywa. Ciekawe czy dojedziemy do takich czasów, że metalowe kapele będą w teatrach. Elita, panie w futrach. (śmiech)


O ile dobrze się orientuję, to tak jest w Japonii. Tam panowie w garniturach, z teczkami przychodzą na koncerty metalowe.


Panowie w garniturach. Oni nie mają czasu ich zdjąć (śmiech). Są tak zapędzeni, że wszędzie chodzą w gajerach. (śmiech)


Ciekawe jakby to było na naszym, polskim gruncie…


No już metal progresywny zaczyna się ocierać o elitarność i sztukę.


OK, chciałbyś nagrać płytę z tymi mniej znanymi utworami klasycznymi. A powiedz, co nigdy nie pojawi się na twojej płycie? Czy jest coś takiego w ogóle?


Nie wiem! Wiem, że nigdy nie powinienem mówić nigdy. Disco polo, country czy folklor... To wszystko zależy od wykonawcy. Naprawdę, jeśli ktoś ma charyzmę, jest wiarygodny, wierzy w to, widać, że żyje tym co robi to czy to będzie muzyk country, jazzman, dziadek ze skrzypcami ze wsi spod Bęckowa czy muzyk metalowy, widzisz jak gra, że on tym żyje, to nie jest udawane. Że owszem, umiejętności ma lepsze lub gorsze, nie jest to muzyka, z którą byś siedziała i wsłuchiwała się, ale uśmiech się pojawia, patrzysz na tego człowieka i wiesz, że to ktoś z pasją. I wtedy wybaczasz wszystko. Naprawdę, większość ludzi potrafi wybaczyć błędy, potknięcia, niedociągnięcia, jeżeli widać, że to jest to coś. Bo czasami, jeśli niestety brakuje charyzmy, to co z tego, że każda nuta się zgadza, wszystko jest pięknie, wytłuszczonym drukiem zagrane, wszyscy mają dyplomy po wydziałach. Dyplomem porządnego koncertu nie zagrasz. (śmiech)


Moje odczucie jest też takie, że w tej chwili promuje się muzykę dość niechlujną. Jest wielu rzemieślników, nie artystów, którzy robią to dla pieniędzy, dla sławy…


Zawsze tak było. Czasami jest tak, że bardziej promowani są ci lub tamci. W tym toku szkolenia w szkole muzycznej też wszystko jest według zasad harmonii klasycznej i tak dalej. To są zabronione oktawy i kwinty równoległe, oczywiście tych zasadach harmonii klasycznej, gdzie cały rock, cały metal czy góralska muzyka oparte są na równoległych oktawach i kwintach. To wszystko jest bardzo względne, bo co to znaczy niechlujność? Inna niechlujność jest u Jimmiego Hendrixa, wiem, że niektórzy mogą teraz uważać, że to złe słowo. Część muzyków, zwłaszcza klasycznych uważa te brudy za niechlujność. Gdzie dla mnie jak słucham Jimmiego to mam gęsią skórkę. Mimo, że taką samą gęsią skórkę mam gdy słucham pięknego wykonania Bacha czy Mozarta. Bo to chodzi o emocje, jeśli jest w muzyce zawarty jakiś przekaz, coś co powoduje, że zaczyna ci drgać, że masz miękko między zębami albo masz ciary, to naprawdę, czy to będzie brudne, agresywne Rage Against The Machine czy to będzie delikatny i zwiewny, ale ciężki zarazem Garbarek, to jeżeli porusza tę twoją strunę w duszy, to to działa. Oczywiście to wszystko zgodne pod kątem gustu. Bo jednego rusza, powiedzmy, Garbarek a innego rusza Slayer. Ocenianie twórczości, nie tylko muzyki, bo też i malarstwa i rzeźby, jest bardzo subiektywne, bo oceniamy pod kątem swoich gustów. Każdy ma prawo powiedzieć, że to mu się nie podoba, a to mu się podoba, ale nikt do końca nie może powiedzieć, że ma monopol na prawdę i że to jest konkretnie ideałem piękna, a to, to jest, za przeproszeniem, gówno.


Na Twoich koncertach widać te emocje, show i widać, że ty się po prostu świetnie bawisz.


To jest moja metoda na stres.


Robisz zasłonę dymną? (śmiech)


Mam straszną psychosraczkę i spinkę przed koncertami. Nauczyłem się, że gdy wychodzę na scenę to już będzie co ma być. Piękny, uroczy uśmiech wszystko naprawi (śmiech).


Wracając jeszcze do Ursynaliów. Przerobiłam na nich kilka koncertów i muszę przyznać, że ty wraz z zespołem jako nieliczni brzmieliście dobrze…


Przede wszystkim gramy z własnym akustykiem, Kubą Kowalikiem, który jeździ z nami już od wielu lat. Ja zawsze powtarzam, że własny akustyk to kolejny członek zespołu. Zna, a właściwie powinien znać, materiał, preferencje muzyków, ich sprzęt, ich możliwości. Wie, co może wykręcić, a czego nie. I często jest to jeden z ważniejszych członków zespołu.


No właśnie... Jak to jest z Twoim zespołem. Bo wiadomo, że ty jesteś frontmenem, skrzypce są najważniejsze, ale czy reszta osób jest tylko podkładem, czy może wszyscy są równi?


Funkcjonujemy wszyscy razem, szczególnie na scenie. Wszyscy robią show. Mariusz Andraszek na basie, Leszek Kowalik na gitarze, Paweł Chojnacki na bębnach i Krzysiu Osiak na klawiszach. To jednak jest praca grupowa. Nawet czasem ustalamy co tam robimy na scenie.


Czyli to nie jest całkowity spontan?


Nie no, jest. Ale niektóre rzeczy, jak wybuchy, lepiej ustalić, żeby nikt w to nie wlazł. Spontaniczne wybuchy mogą być trochę niebezpieczne. Trzeba po prostu ustalić kiedy i gdzie strzelam, bo robię to ja, a i tak czasem wejdą (śmiech). Ale nie ćwiczymy przed lustrem choreografii.


Chociaż te godziny spędzone przed lustrem... To mogłoby być ciekawe! (śmiech)


Tak nie jest (śmiech). Chociaż może wtedy mielibyśmy jakiś synchron, a tak to każdy robi to, co mu przychodzi do głowy.


No dobrze, ale skoro jesteśmy już przy występach na żywo... Gdzie ci się lepiej gra? Na wielkich festiwalach czy w małych klubikach?


Wszystkie imprezy mają swój urok, mają swoje plusy i minusy. Na takich ogromnych plenerach czy festiwalach jak Woodstock czy Ursynalia dostaje się tak ogromny ładunek od publiczności, zwłaszcza gdy jest jakaś reakcja, interakcja, to po prostu wciska, później przez dwa dni dochodzę do siebie. To jest takie odbicie lustrzane: dajesz coś z siebie i ten widok falującego oceanu jest niesamowitą adrenaliną. Natomiast zazwyczaj na takich imprezach jest wysoka scena, więc jest jednak ten dystans. A w klubach często jesteś twarzą w twarz, jesteś w stanie odczytać mimikę, można złapać kontakt wzrokowy, jest zupełna jatka. Prawie zagląda się sobie nawzajem do duszy przy niektórych utworach. 
To nie jest tak, że duże sceny są fajne, a na małych gram, bo muszę. Małe też są fajne. Czasem poobcieramy się po żebrach gryfami i jest OK.


To teraz z innej beczki... Czy można grać punk na skrzypcach?

No jasne! Zresztą gram takie utwory z Hunterem, graliśmy je z Ankh. Po części wychowałem się na punku, punkrocku. Gorzej jest z reggeae na skrzypcach, nie mają takiego ataku jaki jest potrzebny przy tego typu muzyce. Ale można podłączyć kaczkę i też jest spoko. Tak naprawdę można na skrzypach zagrać wszystko, trzeba mieć po prostu pewną wyrozumiałość.


Czyli następną płytą będzie zemsta skrzypiec na tobie?


O tak! Teraz one się będą mściły!


W takim razie musisz ich teraz dobrze pilnować, żeby Viomachine nie wymknęło się spod kontroli.


Jak w Terminatorze, maszyny przejmą władzę (śmiech). Tak na serio, to skrzypce wiedzą, że ja żartuję. Ja je po prostu kocham. To jest taka przekora.


Czy wyobrażasz sobie zamienienie skrzypiec na inny instrument?


Nie, nie. Skrzypce to mój podstawowy instrument, z którym się wręcz zrosłem od 6 roku życia, są właściwie moją trzecią ręką. Podobnie jak na altówce, grając odbierasz też rezonans bezpośrednio na czaszce, więc to jest coś zupełnie innego niż gitara czy fortepian. Oczywiście, pianiści czy gitarzyści powiedzą coś odwrotnego, co jest zrozumiałe. Zresztą, gram od trzydziestu kilku lat, dłużej jestem tylko z moją mamą (śmiech).


A czy pomijając świetną zabawę jaką jest muzyka, to czy da się z tego wyżyć?


Pod kątem biznesowym nie jest to na pewno dobra inwestycja kapitału. Na pewno będąc bankierem czy przedstawicielem dużej firmy handlowej byłbym bardziej usatysfakcjonowany finansowo. Przez jakiś czas byłem tak zwanym trepem. Ale mam wrażenie, że żyje się raz. 
Kokosów z tego nie ma, ale na orzechy laskowe daję radę (śmiech).


Nie miałeś nigdy ochoty walnąć to wszystko w cholerę?


Jasne, że miałem, zwłaszcza w szkole muzycznej. Szkoła szkołą, ale najważniejszy jest nauczyciel. Miałem szczęście trafić, w większości, na nauczycieli, którzy byli pasjonatami, potrafili pokazać coś więcej poza warsztatem. Potrafili pokazać, że utwór jest nie po to, aby go zagrać, ale po to, aby pokazać siebie samego. To jest właśnie największa sztuka, zwłaszcza w klasyce, w której nie masz prawa zmienić nuty, dynamiki. Możesz tylko za pomocą interpretacji pokazać siebie samego, czyli tak naprawdę znalezienie swojego stylu. Bo na przykład w rocku masz możliwość improwizacji, od początku do końca możesz pokazać siebie.  Natomiast grając utwory innych kompozytorów masz bardzo wąskie pole żeby pokazać, że gdy ktoś zamknie oczy, to powie: O! To gra Jelonek, a nie kolejny, dziesiąty czy piętnasty skrzypek czy skrzypaczka. I to jest właśnie bardzo trudne. Ale nie ukrywam, że osoba, której najwięcej zawdzięczam, to moja mama, która pilnowała mnie przy ćwiczeniach. Rola rodziców przy nauce gry, nie tylko na skrzypcach, jest ogromna. Konsekwencja i pilnowanie dzieciaka jest najważniejsze.


No i trzeba mieć wyrozumiałych sąsiadów…


Tak. Szczególnie, że na początku to jest trochę jak skrzypienie zarzynanego prosiaczka. Chociaż trochę, nie jest dobrym słowem (śmiech). Ale od wielu lat sam mam uczniów i wiem, że czasami to jest masakra, łapie mnie skurcz mięśni szczękowych gdy słucham jak dzieciaki piszczą. Ale to jest chyba najtrudniejszy instrument. Bo w fortepianie jest mniej więcej taki sam dźwięk, jeśli oczywiście jest nastrojony, gitara ma progi, więc znając teorię można coś wyciągnąć. A skrzypce mają mniejszy gryf, mniejszą menzurę i nie ma progów, więc trafienie w dźwięk wymaga długich godzin ćwiczeń.


A co w takim razie chciałbyś przekazać swoim uczniom? Czego chciałbyś ich nauczyć?


No właśnie, większości uczniów wydaje się, że jeśli ja ich będę uczył, to będę ich uczył od razu rocka i headbanging będzie pierwszą lekcją. A tu nie, po pierwsze warsztat, klasyczny warsztat. Skrzypce są instrumentem klasycznym i żeby docenić ten instrument i wykorzystać chociaż 50% ich możliwości to trzeba mieć przede wszystkim warsztat klasyczny. No i długie godziny ćwiczeń. I żeby się mścić na tych skrzypcach, najpierw trzeba mieć za co.


Ponieważ musimy już kończyć, to poproszę o kilka ogłoszeń parafialnych dla czytelników.


Kurczę, a co skrzypek może powiedzieć gitarzystom?! (śmiech) Trzeba ciąć, nie ma co się przejmować, chrzanić wszystko, robić swoją muzykę, niezależnie na jakim instrumencie się gra. Punk wciąż żyje, rock nie umarł, metal rządzi, a człowiek gnije. (śmiech)

Julia Kata