Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Daniel Popiałkiewicz

Daniel Popiałkiewicz

Naszym rozmówcą jest gitarzysta jazzowy Daniel Popiałkiewicz, absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

Artysta jest zdobywcą szeregu nagród, z dużym powodzeniem koncertuje zarówno w klubach jazzowych, jak i na wielkich scenach w kraju oraz za granicą - np. m.in. koncert na festiwalu w Montreux. Ma na swoim koncie kilka już nagranych płyt, na których dał się poznać także jako wszechstronny muzyk sesyjny. Właśnie ukazała się jego kolejna autorska płyta zatytułowana "Solstice".

Co możesz powiedzieć o swoim najnowszym dziele, czyli o płycie "Solstice"?


Jest ona odbiciem moich wewnętrznych, niedawnych, a więc w miarę aktualnych przeżyć. Żeby tę płytę lepiej zrozumieć, a raczej poczuć, trzeba jej słuchać w skupieniu. Poza tym całkowicie różni się od poprzedniej.


Jak należy rozumieć tytuł tego krążka? Za nami przesilenie letnie, a zimowe jeszcze nie nadeszło...


Solstice, czyli przesilenie, dotyczy stanu mojej świadomości, zmian priorytetów, wielotygodniowego duchowo-psychicznego procesu towarzyszącego pisaniu muzyki na ten album. W konsekwencji wiąże się z tym procesem poczucie lęku o to, kim będę po jego zakończeniu. Na ile to, kim się jest lub (jak łatwiej powiedzieć) jakim się jest, bezpośrednio przekłada się na sposób pisania muzyki, i na ile - w moim przypadku - zmieni się to wraz ze mną.

Tym samym pojawiają się pytania o to, kim jestem teraz i co definiuje moje "ja". Są to jedne z tych trudnych i ważkich pytań, na które koniec końców człowiek nie uzyskuje jednoznacznej odpowiedzi, a zagłębianie się w temat grozi rychłym zwariowaniem. Poszukiwanie tożsamości i pragnienie identyfikacji, wybory, które w końcu człowieka doganiają... Otóż wydaje mi się, że działając na wielu płaszczyznach, znajduję się na styku różnych kultur, stylów czy obyczajów. I podczas gdy każdy z tych obszarów kulturowych bądź religijnych ma sobie tylko sprzyjającą delikatność i szorstkość, dostanie się gdzieś "pomiędzy", tam gdzie te obszary się przecinają, grozi utratą wszelkiej oczywistości, a w konsekwencji - cierpieniem. Schodząc z piedestału filozoficznych dywagacji, powiem, że owe outsiderstwo niewątpliwie znalazło odbicie w stylu mojej muzyki. I właśnie do tego wszystkiego odnosi się tytuł najnowszego albumu, jak również w większym lub mniejszym stopniu odnoszą się tytuły poszczególnych utworów. Zbyt osobiste, by mówić więcej. Reszta to muzyka.


Twoja poprzednia płyta "The Hope For Tomorrow" spotkała się z doskonałym przyjęciem na rynku muzycznym. Jak ją oceniasz teraz, kiedy wydajesz swój kolejny album?


Choć minęło niewiele czasu i choć słychać na niej przedsmak pewnych stylistycznych założeń, które rozwinąłem potem na "Solstice", to jednak na swej nowej płycie prezentuję niemal całkowicie zmienione podejście do muzyki. Wydaje mi się, że obecnie myślę mniej jazzowo - wbrew przyklejonej do mnie etykietce gitarzysty jazzowego. Oczywiście mówiąc o jazzie, należy zweryfikować to pojęcie, ponieważ jest ono niemal tak pojemne jak pojęcie "miłość" czy "kultura". Ilu muzyków, tyle definicji. Abstrahując od tego, że pierwsze udokumentowane użycie tego słowa pochodzi z rubryki sportowej (!) - "Los Angeles Times" z 1912 roku - znamienne jest, że w całej historii jazzu pojęcie to z czasem zyskiwało nowe znaczenia. Początkowo było nacechowane pejoratywnie, później każdy wielki rościł sobie wyłączne prawo do nazywania tym pojęciem swojej muzyki. A ta, jak wiadomo, zmieniała się w XX wieku zatrważająco szybko. Stary Louis Armstrong mówił o grze młodego Charliego Parkera, że to już nie jest jazz, tylko gamy i pasaże. W każdym razie, jako że każda rzeczywistość nacechowana jest nieuchronnym eklektyzmem i dopiero wraz z upływem czasu wysnuwa się stylowa jednolitość, według mnie najbezpieczniej używać tego pojęcia tylko w odniesieniu do przeszłości.

Najogólniej mówiąc, tak jak w muzyce jazzowej dość mocno da się odczuć kult odtwórcy, instrumentalisty, tak i w muzyce poważnej mamy do czynienia z kultem kompozytora, pisarza. Oczywiście w mojej muzyce jest wciąż dużo improwizacji, a nawet gdzieniegdzie też free jazzu, sporo jest jednak jazzowego frazowania, bowiem mój język jest najbliższy temu właśnie stylowi. Bardziej skłoniłem się w stronę przemyślenia przebiegu utworu, starając się raczej wyrównać proporcje pomiędzy umiejętnością gry a tym, na czym kreujemy owe umiejętności, tzn. kompozycją. Krótko mówiąc, "The Hope For Tomorrow" pod względem użytych środków instrumentacyjnych, założeń improwizacji na bazie tematów (z małymi wyjątkami w postaci "Towards Freemom") czy z uwagi na przeważający stosunek improwizacji nad aranżacją - ma znacznie wyraźniejsze konotacje jazzowe.


Czy pochlebne opinie o Twojej grze i muzyce padające z ust tak utytułowanych artystów, jak np. Jarosław Śmietana, miały wpływ na proces tworzenia nowego krążka? Czy pojawiła się swego rodzaju presja?


Takie opinie z ust uznanych muzyków są niewątpliwą nobilitacją. Oczywiście, że pojawiła się presja, tym bardziej iż - jak już wspomniałeś - generalnie poprzednia płyta została przyjęta przez krytyków i fanów entuzjastycznie. Ale była to presja pozytywna, tak jak trema przed koncertem - sprawiła, że chciało mi się pracować jeszcze więcej. Złapałem wiatr w żagle. Na pewno w efekcie chciałem z siebie wykrzesać jak najwięcej w tym czasie i poprzez muzykę jak najpełniej wydobyć to, co czuję. Bardzo dużo pracowałem i wciąż pracuję, ponieważ nie chcę wydawać niczego przeciętnego. Jestem idealistą, co znacznie utrudnia mi pracę, ale uważam, że stawianie sobie wysokiej poprzeczki daje nieporównywalnie lepsze efekty.


Tym razem płyta jest już nagrana jako kwartet, a nie trio. Jak doszło do poszerzenia składu o kolejnego muzyka, Pawła Tomaszewskiego?


Paweł, jak jeszcze studiowaliśmy na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, słynął tam jako muzyk doskonały. To dla mnie wielki zaszczyt, że zechciał mi towarzyszyć. Dzięki niemu wiedziałem, że w komponowaniu mogę sobie pozwolić na wiele więcej niż zwykle, a miałem potrzebę napisania muzyki z większym rozmachem. Granie w trio daje więcej możliwości improwizatorskich, możesz - umiejętnie rzecz jasna - robić to, co chcesz. Natomiast skład kwartetowy rozszerza Ci horyzonty jako kompozytorowi. Narzuca to oczywiście pewne ograniczenia, ale jest to tak jak z fizycznym poruszaniem się - możesz skakać, biegać i poruszać się nieskrępowany lub dosiąść konia i dojechać dalej niż w najśmielszych wyobrażeniach, idąc z kapcia. I to jeszcze z jakim rozmachem! Rzecz tylko w tym, by umiejętnie chwycić cugle. Wolność ma miejsce wówczas, gdy rozumie się kulturę ograniczenia.


Czym jeszcze zaskoczy nas Daniel Popiałkiewicz na swym ostatnim krążku? Czym będzie się różnić ta płyta od debiutanckiej (oczywiście poza wprowadzeniem nowego instrumentu)?


Na "Solstice" znajdują się bardziej złożone, rozbudowane formy. W większości nie są to trzyipółminutowe radiówki. Przez kilka miesięcy uczęszczałem na lekcje kompozycji do kompozytora muzyki poważnej i pisarza Aleksandra Kościowa. Te luźne rozmowy - bo tym de facto były te spotkania - zmieniły wiele w mojej percepcji muzyki. Obecnie jestem bardziej świadom faktu, że muzyka jest sztuką chronestetyczną, tzn. przebiegającą w czasie, i że jest wiele środków wciąż do odkrycia, aby te prawidła dynamiki oczekiwania wykorzystać. Już nie chcę pozwalać sobie na to, by np. każdy po kolei grał solo na bazie tych samych funkcji. Na "Solstice" nikt nie improwizuje na tej samej harmonii, co kolega przed chwilą. Zatraca się też granica pomiędzy tematem, improwizacją a interludium. Poszerzyło się zatem spektrum środków wyrazu stosowanych przeze mnie. Nie chodzi tu o to, by stopień trudności narzucał się słuchaczowi i monopolizował jego uwagę, lecz by - stosując coraz bardziej wysublimowane środki - docelowo uzyskać wysoki kunszt formy i tym pobudzić zdolność odbiorcy do wzniosłych uczuć. Nie bez wpływu również pozostaje fakt słuchania przeze mnie podczas pisania materiału na "Solstice" takiej, a nie innej muzyki. Począwszy od Bacha studiowanego z nutami w ręku, a skończywszy na takich kompozytorach muzyki współczesnej, jak Arvo Pärt czy György Kurtág. Oczywiście słuchałem także mnóstwo innej, lżejszej muzyki.


Co najbardziej lubisz na tej płycie?


Chyba największą frajdę i satysfakcję dał nam finalny efekt nagrania drugiego utworu na płycie - "Frying Pan". Bezpośrednią inspiracją do jego napisania były eksperymenty muzyczne kompozytora Louisa Andriessena. Jest to rodzaj krótkiej, atonalnej etiudy w całości zapisanej bez ani jednej improwizowanej nuty. Cała kompozycja oparta została na septymach wielkich granych na zasadzie rytmu uzupełniającego - czyli lewa ręka pianisty, bas i bębny, grając równo ze sobą, cały czas wymieniają się z prawą ręką pianisty i gitarą, a od czasu do czasu wszyscy się spotykają. Do tego lewa ręka pianisty dubluje bas pół tonu wyżej, gitara gra jeszcze pół tonu wyżej, a prawa ręka pianisty jeszcze pół tonu wyżej. Jakby tego było mało, na tej bazie w pewnym momencie perkusja zaczyna grać free! Efekt jest piorunujący! Poza tym podoba mi się to, że płyta jest różnorodna, i to nie tyle stylistycznie, co emocjonalnie. To bardzo ważne.


Jak długo pracowałeś nad materiałem?


Jak już wspomniałem, zdobywałem wiedzę w dziedzinie kompozycji i sztuki w ogóle, słuchałem dużo różnej muzyki - w komputerze mam folder "muza do odsłuchania", w którym często następuje rotacja. Szukam w niej ciekawych rzeczy i rozwiązań, które mnie poruszą. W pewnym sensie to poszukiwanie inspiracji przekłada się też na pracę nad materiałem. Samo pisanie muzyki zajęło mi około czterech miesięcy, przy całkowitym skupieniu się tylko na tym procesie. Później ponad miesiąc pracowałem nad zapisem nutowym, co okazało się trudniejsze niż przypuszczałem.


W jaki sposób komponujesz i jak zwykle powstają Twoje kompozycje?


Z psychologicznego punktu widzenia proces twórczy jest bardzo złożony, tajemniczy, a jego dynamika nieokreślona. Przebiega on w różny sposób nie tylko w przypadku różnych twórców, ale także (i to za każdym razem) odmiennie u jednego artysty. Podczas komponowania angażowane są różne warstwy osobowości: intelektualne, emocjonalne, imaginacyjne. Ważna jest - jak to omówiłem już wcześniej - umiejętność wykorzystywania reguł i zasad dzieła chronestetycznego, jakim jest muzyka, tzn. umiejętność majstrowania w mechanice czasu subiektywnego. Sztuka to przecież nic innego jak zabawa percepcją. Nie bez znaczenia pozostaje na pewno także przypadek. Trudno zatem wyodrębnić poszczególne etapy procesu komponowania. Ale podczas jego realizacji zazwyczaj występuje jakiś wewnętrzny niepokój i pojawia się niewyraźna wizja utworu. Na dalszym etapie, czyli w momencie np. wpisywania materiału muzycznego do komputera i słuchania, jak to wszystko brzmi, komponowanie zaczyna podążać już swoją drogą, jeden pomysł inspiruje następny itd. Generalnie utwór zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy gra go już cały skład, wówczas brzmi on jeszcze inaczej niż w założeniu.

Na pewno nie jestem zwolennikiem pisania na zamówienie, choć, jak wiadomo, niejedno arcydzieło powstało na zapotrzebowanie jakiejś instytucji czy klasztoru. Jednak jak jest potrzeba, by coś wymyślić lub usiąść wspólnie i coś nakreślić - mam pustkę w głowie.


Czy podczas nagrywania tego albumu zmienił się Twój sposób gry na gitarze?


Tak, i to jest najciekawsza moja zmiana w tym okresie. Na poprzednim albumie rysuje się wyraźny podział na czystą jazzową gitarę oraz na przesterowane, bardziej rockowe brzmienie. Zaczęło mi przeszkadzać, że muszę wybierać pomiędzy tymi skrajnościami. Coraz mocniej czułem, że chcę wyrażać jednocześnie to i to. Zresztą zobacz, jak to poszerza wachlarz brzmień i środków wyrazu! Podłączyłem się do pedału panoramicznego Ernie Ball, którego mam dzięki uprzejmości firmy Music Info zaopatrującej mnie w tego rodzaju sprzęt. Stamtąd wypuściłem dwie linie: na niezawodny Jazz Chorus do czystego brzmienia oraz inny, lampowy wzmacniacz do przesterowanego. Pedałem balansowałem pomiędzy skrajnościami. Najczęściej, grając pośrodku, pełne brzmienie przesteru wypuszczałem np. na kulminację solówki. Uzyskałem zatem czyste brzmienie, na którym mogłem grać bardziej harmonicznie, oraz rockową ekspresję, gdy jej potrzebowałem. Nie wspominając o ciekawym, pięknym efekcie brzmienia jednego i drugiego naraz. Każde z tych brzmień determinuje nieco sposób grania na instrumencie - na przykład przy bardziej otwartym przesterze bardziej zdecydowanie szarpię kostką struny i łatwiej też pozwalam sobie na technikę sweep.

Dodatkową ciekawostką są struny. Po wieloletnich próbach z różnymi rodzajami i markami strun, przy niezastąpionej pomocy Pani Nell Henglewskiej, zdecydowałem się na endorsement wspaniałych, szlifowanych strun o grubości .010" firmy Thomastik, które świetnie sprawdzają się w całym spektrum brzmieniowym. Fakt, że są szlifowane, dodaje przesterowanemu brzmieniu szlachetności. Brzmienie to traci ordynarność, a zyskuje poetyckie piękno. Niesamowity efekt!

Kolejna nowość to instrument, który wypatrzyłem w jednym z warszawskich sklepów muzycznych. Jest to Ovation VXT, gitara z niewielkim pudłem - a więc świetnie brzmiąca akustycznie - lecz bez wycięć w korpusie, co ułatwia granie przesterowane. Dodatkowo zamontowany przetwornik piezo i stereofoniczne wyjście pozwalają uzyskać akustyczne brzmienie. Tę linię podłączam do wzmacniacza AER Alpha Plus. Potencjometrem na gitarze balansuję pomiędzy akustykiem a wyjściem na dwa wzmacniacze, o których wspomniałem wcześniej. Gram więc na trzech brzmieniach, ustawiając proporcje w zależności od potrzeb i kreując swój własny sound.


Parę lat temu byłeś wykładowcą na Uniwersytecie Zielonogórskim. Czy to doświadczenie miało wpływ na Twoją twórczość?


Na pewno tak, choć trudno określić mi jednoznacznie jaki. Raczej na zasadzie efektu motyla - wszystko ma jakiś wpływ na wszystko. Dużo mi dało zasiadanie w komisji z Jackiem Niedzielą czy Piotrem Baronem i słuchanie ich uwag podczas egzaminowania studentów. Były to niezwykle ciekawe spostrzeżenia, na które w życiu bym nie wpadł. Choć udział w komisji to ciekawe doświadczenie, to jednak z całą pewnością cenię sobie fakt, że muzyka pochłania mnie bardziej w aspekcie praktycznym.


Jacy gitarzyści wywarli na Ciebie największy wpływ?


Przede wszystkim wymienię tu Pata Metheny'ego (to właśnie na temat jego stylu i dorobku pisałem na studiach pracę magisterską) oraz Franka Gambale. Obaj ci gitarzyści posiadają niebywałą, imponującą wręcz znajomość topografii gryfu, co sprawia, że z każdego miejsca na nim mogą podążyć w każdą stronę, każdą skalą i od któregokolwiek stopnia. Jako niekwestionowani melodycy, doskonale budujący dynamikę napięć w improwizacji, mieli na mnie największy wpływ. Pat dodatkowo ujmuje mnie tym, co pisze. Choć jest jeszcze wielu innych doskonałych gitarzystów na czele z uwielbianym przeze mnie Markiem Ducretem, to gitara jest na tyle trudnym instrumentem, że dość łatwo jest ocierać się o trywializm, a to jest odrażające. Gitarzystów zatem słucham obecnie stosunkowo mało.


Co możesz powiedzieć o swoich zainteresowaniach pozamuzycznych? W jaki sposób mają one wpływ na Twoją twórczość? Czy są one równie inspirujące jak muzyka, której słuchasz?


Zawsze byłem zdania, że sztuka - w tym także muzyka - jest bezpośrednim odbiciem tego, co się dzieje w duszy artysty. Zadaniem każdego człowieka, a zwłaszcza twórcy, jest rozwijać swoją osobowość i stale przekraczać swoje możliwości, bo to przekłada się na jego dzieła. Wciąż do tego dążę i uczę się tego. Zdziwiłbyś się, jak często na mojej byłej uczelni studenci kompozycji o skrajnych temperamentach pisali emocjonalnie skrajną, skomplikowaną lub np. banalną muzykę.

Czytam całkiem sporo książek, choć niejeden kolega z mojej szkolnej ławki bardzo by się temu dziwił. W szkole byłem słabym uczniem - nie czytałem lektur, wolałem grać cały czas na gitarze. Do dziś nie lubię powieści. Odbieram je jako stratę czasu. Jak już się wezmę za jakąś powieść, to żałuję, choć czytam ją konsekwentnie do końca. W zasadzie lubię czytać tylko te książki, które dają mi czystą wiedzę o świecie, przy czym są to luźne zainteresowania krążące wokół kultury, psychologii, antropologii, filozofii, kiedyś religii, no i oczywiście dotyczące także sztuki. Przykładowo, ostatnio przeczytane książki to "Historia stroju", "Ameryka i Europa w nowym porządku świata" - ale nie czas, by wymieniać. Teraz czytam o Chinach, bo pojutrze tam lecę na jakiś czas. Bardzo cenię wszystkie książki Ericha Fromma i jego spostrzeżenia, zwłaszcza dotyczące destrukcyjnej natury człowieka, i jego dyskusje na ten temat z Konradem Lorenzem, autorem świetnej książki "Tak zwane zło".


Jak wygląda Twój program ćwiczeń? Trzymasz się konkretnego planu czy podchodzisz do tej kwestii bardziej swobodnie? W jaki sposób dbasz o to, aby wciąż się rozwijać?


Staram się ćwiczyć jak najwięcej, jako że nigdy nie będzie to obszar do końca odkryty. Niestety na mojej głowie pozostaje organizowanie koncertów czy logistyka związana z wydawaniem płyt. To zabiera wiele, a nawet bardzo wiele cennego czasu i energii. Mam znajomych muzyków, których pochłania to na tyle, że nie mają czasu na twórczy rozwój, a to przecież w tym zawodzie najważniejsze. W każdym razie mój czas dzielę na okresy kilkutygodniowe (nie umiem się rozmieniać na drobne), na które składa się pisanie muzyki, czynności logistyczne - załatwianie prób i nagrań, wydanie i promocja płyty, szukanie nowych inspiracji. W każdym z tych okresów musi być obecne ćwiczenie, tyle że z różnym natężeniem. Ja muszę mieć poczucie, że w miarę upływu czasu poruszam się na gryfie swobodniej, że jestem coraz lepszy - nawet jeśli odrobinę przeraża to mojego psychologa.


Skoro o tym mowa, to... kiedy to się zaczęło? Czy był jakiś moment przełomowy, który zmienił Twoje podejście do życia i gry na instrumencie?


Z różną intensywnością, ale stale zmienia się moje podejście do życia i weryfikują się pewne moje postawy. Nasiliło się to wyjątkowo w ostatnich miesiącach, o tym mówiłem na początku, ale nie powiedziałbym, żeby to był moment przełomowy. Pamiętam przeczytaną jakiś czas temu książkę zatytułowaną "Człowiek w poszukiwaniu sensu". Taka książka nie może pozostać bez wpływu na tego, kto ją przeczyta.


Czy pamiętasz swoją pierwszą gitarę?


To była gitara akustyczna kupiona na rynku przez moich rodziców. Słuchałem wtedy tylko bluesa. Głęboka podstawówka. Nagrywałem się na magnetofon, powtarzając frazy za Garym Moore'em.


Co najbardziej lubisz w byciu gitarzystą?


Niezależność, niezależność i jeszcze raz niezależność. Lubię podróże, które dają mi możliwość zobaczenia wspaniałych miejsc. Poznawanie nowych ludzi już mniej mnie interesuje, bo jestem raczej samotnikiem. Za to bezcenna jest chwila, gdy zaczynam grać muzykę po wyjściu na scenę. Generalnie to specyficzne, nieco niepewne i permanentne kierowanie się głosem intuicji. Choć z różnych powodów jest mi często dość ciężko, to mogę powiedzieć, że cholernie kocham swoją pracę. Poza tym w byciu gitarzystą fajna jest wspomniana już niezależność.


Czy, rozpoczynając karierę, miałeś opracowany jakiś "plan B" na tzw. wszelki wypadek? Czym zajmowałbyś się dzisiaj, gdybyś nie był muzykiem?


Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach konkretnego zawodu, no może poza śmiesznym marzeniem z dzieciństwa, aby zostać tramwajarzem. Zresztą nadal uwielbiam tego typu maszyny. Ale w swoim życiu nie kierowałem się żadnym planem, co było źródłem niepokoju dla mojej mamy, która wychowywała mnie sama. Jak już wspomniałem, uczyłem się słabo. Stosunkowo późno dowiedziałem się, że jest coś takiego jak Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej - to było dla mnie coś w stylu: "wow, szkoła dla ludzi, którzy robią, co chcą!". Ja nawet nie chodziłem do liceum muzycznego, tylko do ogólniaka, bo na gitarze klasycznej grałem za słabo - moim głównym instrumentem był fortepian, a elektrycznej w ogóle nie było. Nie tylko w kwestii kariery muzycznej, ale ogólnie w życiu, nigdy nie mam planu B (często okazuje się, że coś niestety...). Najczęściej stawiam wszystko na jedną kartę.


Jakie rady mógłbyś dać gitarzystom, którzy poważnie myślą o karierze muzyka jazzowego?


Mówiąc całkiem poważnie, to radziłbym, by się dobrze zastanowili, zanim się zdecydują. To wspaniała rzecz, ale życie się toczy i trzeba zarabiać, ćwierć problemu gdy tylko na siebie. Przerażająca większość moich znajomych po studiach gra na weselach albo jest organistami. Nie deprecjonuję tego typu zajęć, sam byłem kiedyś organistą. Chodzi mi tu o wkład tych ludzi w obecny poziom, jaki posiadają, i o lata poświęcone nierzadko katorżniczej pracy, by w pewnym momencie poddać się oporowi i zacząć zarabiać na utrzymanie. Bo jak ktoś studiuje organistkę i kocha ten instrument, albo gra wesela dla funu, to zupełnie inna bajka. Początkującym gitarzystom powiedziałbym również, by szukali własnego brzmienia i stylu. Prawie wszyscy grają tak samo!


Co wolisz: pracę w studiu czy występy na scenie?


Trudno porównać te dwie rzeczywistości. Choć każda z nich ma swoją specyfikę i wynikające z niej plusy i minusy, to ogólny bilans wypada na korzyść grania koncertów. Co prawda w studiu możesz w pewnych granicach korygować błędy, kształtować brzmienie na spokojnie, a po zagraniu (nawet po dłuższym czasie) możesz dokładać instrumenty - poza tym słyszysz efekt z dystansu i możesz go łatwiej zobiektywizować - ale na scenie jest jednak ta niezastąpiona energia i dobra interakcja z publiką, nie ma też takiej tremy, że pod koniec utworu się pomylisz i cały "take" diabli wezmą. Zresztą na scenie jest bardziej komfortowo, bo w studiu liczy się przede wszystkim efekt finalny i to jemu podporządkowane są takie rzeczy, jak słyszalność w słuchawkach czy np. umiejscowienie wzmacniaczy.


Jak oceniasz obecną sytuację na naszym rynku muzycznym?


Choć jest wielu młodych ludzi poszukujących wartościowej muzyki i - co zadziwiające, a zarazem bardzo pocieszające - doceniających muzykę graną na żywych instrumentach, to jednak kanony estetyczne wciąż narzucają komercyjne stacje radiowe i telewizyjne. Niestety mają one przerażające przełożenie na gusta odbiorców, którzy bezkrytycznie wchłaniają prawie wszystko. Gdy próbowałem coś załatwić w pewnej redakcji, to na moją prośbę o przesłuchanie płyty usłyszałem wprost, że "tu nie chodzi o muzykę". Coś tu nie gra, jeśli takie zdanie pada z ust redaktora naczelnego pisma muzycznego. I właśnie to zdanie "tu nie chodzi o muzykę" świetnie charakteryzuje polski rynek muzyczny.


Czy obecnie trudno utrzymać się z muzyki jazzowej?


Trudno powiedzieć, czy to sprawa chwili obecnej. Odkąd zjawisko jazzu zaczęło mieć się dobrze, zawsze byli tacy jazzmani, którzy świetnie prosperowali i tacy, którzy klepali biedę. Zdecydowana większość cienko przędła, będąc u progu kariery, ale byli też i tacy, którzy po imponującej karierze pracowali jako anonimowi taksówkarze. Utrzymywanie się z muzyki jazzowej to raczej kwestia szczęścia i odpowiedniej dystrybucji. Sprawę komplikuje pomieszanie pojęciowe. Jak słyszę, kto funkcjonuje i z jakim poziomem jako zespół jazzowy w pewnej znanej stacji radiowej, to mi się włos jeży na głowie! Takie jawne robienie ludzi w konia nie jest odosobnionym przypadkiem. Wiem natomiast, że zorganizowanie koncertu jazzowego bez udziału czarnoskórego muzyka (bardzo znanego lub po prostu np. o amerykańsko brzmiącym nazwisku) graniczy z niemożliwością - nie zawsze, ale często jest to standardowy zabieg marketingowy. Choć oczywiście zdarza się zorganizować taki koncert, ale zdecydowanie nie w legendarnym, przykładowo, warszawskim klubie jazzowym z przypadkową snobistyczną klientelą. Ale o dziwo, miłośnicy tego gatunku organizują tego typu przedsięwzięcia dla innych miłośników - jednak częściej w małych ośrodkach (raczej na obrzeżach miast) - i jakoś znajdują na to fundusze. Całe szczęście gram także z Łoną, dwukrotnie zagraliśmy na Coke Live Festival w Krakowie, a 30 września br. ukazał się nasz nowy album "Cztery i pół". Gram też z akordeonistą Marcinem Wyrostkiem - po wygraniu programu "Mam talent" gramy w dużych, wypełnionych po brzegi salach koncertowych - a w ostatnich dniach również wydaliśmy kolejną płytę "Live". Natomiast z Karoliną Glazer, wokalistką jazzową, zjeździliśmy kawał Europy, promując jej album; graliśmy choćby na takich festiwalach, jak Jazz Goes To Town w Hradec Králové, w czeskiej Pradze, Jazztage w Dresden (Niemcy), Schleswig-Holstein Music Festival w Salzau (Niemcy), a także na Polskim Open’er Festival w Gdańsku.


Jakie masz najlepsze i najgorsze wspomnienie z grania na scenie i w studiu?


Całe szczęście tych złych sytuacji nie pamiętam, było natomiast kilka komicznych. Nie dalej jak tydzień temu graliśmy koncert z Marcinem Wyrostkiem. Utwór otwierający koncert - Marcin gra temat, a po ośmiu taktach mam ten temat przejąć w trakcie, gdy on gra kontrapunkt. Lecz w całkowitych ciemnościach nie mogłem znaleźć kabla spowitego gdzieś na deskach sceny, by go podłączyć do gitary. W takich chwilach czas leci szybciej. Marcin gra, moje wejście się zbliża z każdym dźwiękiem, a ja na czworaka w panice szukam kabla. Łącznie sekundę trwało znalezienie końcówki, włożenie do gniazda i zagranie pierwszego dźwięku. Zabawna sytuacja była również na innym koncercie z Marcinem. W dużej, wypełnionej po brzegi sali, grając pierwsze takty melancholijnej ballady, w elektrycznym fortepianie naszej pianistki Agnieszki włączyło się demo - początek Etiudy Rewolucyjnej Chopina. Mimo że byliśmy nieco zdziwieni inwencją Agi, nie przerywaliśmy gry. Zresztą było to o tyle wiarygodne, że Aga ma wykształcenie muzyka klasycznego. Ale i tak nic nie przebije koncertu Łony, w czasie którego, po wcześniejszej zapowiedzi, triumfalnie wkroczyliśmy na scenę, by od razu zacząć grać. Przy nabiciu bębniarza trzeba było się jednak zatrzymać, bo myślałem, że mój instrument jest na scenie, a został niestety w... garderobie.


Czy kiedy zaczynałeś, łatwo było o sprzęt, materiały do nauki itd? Jeśli zaś chodzi o materiały dydaktyczne, jak oceniasz obecną sytuację na rynku w kontekście zarówno ich dostępności, jak i jakości?


Kiedy zaczynałem, kupno instrumentu uzależniałem przede wszystkim od pieniędzy rodziców, a później od zasobności własnej kieszeni, a nie od dostępności tych instrumentów na rynku. Ale z tą dostępnością bywało wtedy różnie. Teraz jest już inaczej, oferta na rynku jest dość bogata, choć - jak to zawsze podkreślam - nie jestem zagorzałym miłośnikiem sprzętu, ponieważ nie jest on dla mnie aż tak bardzo istotny. Jednak, przygotowując się do tej płyty, wiele rzeczy w moim sprzęcie powymieniałem i nie odnotowałem przy tym większych trudności. No może tylko z EBowem, którego swego czasu próbowałem dostać.

Jeśli chodzi o materiały, to również w tym temacie nigdy nie byłem zapaleńcem. Do tego, czego nie dostałem na akademii, dochodziłem raczej intuicyjnie. Wiem na pewno, że obecnie dostępność jest znacznie lepsza niż kiedyś, zanim jeszcze zacząłem grać, ale nie wiem, czy to lepiej. Mianowicie jeden z moich profesorów wspominał o tym, jak kiedyś czekało się przy radyjku do chwili, aż będzie leciał konkretny utwór, by spisać kolejne dwa takty. Mówił, że taka nauka dawała najtrwalsze rezultaty. Uważam, że dziś, przy tak dobrej dostępności materiałów, problem leży raczej w inwencji ich twórczego wykorzystywania z pewnym polotem.


Gdzie widzisz siebie za, powiedzmy, dziesięć lat? Jak wyobrażasz sobie swoją muzykę w tak odległej przyszłości?


Skoro tak wiele się zmieniło w moim pojmowaniu muzyki w ciągu tylko jednego, ostatniego roku, to wszelkie przypuszczenia na temat tak odległej przyszłości mojej sztuki wydają się dalece naiwne. A jeśli chodzi o troskę o ogólną jakość muzyki przyszłej dekady, to nie spędza mi to snu z powiek. Jak już kilkadziesiąt lat temu Joachim-Ernst Berendt w swojej książce pt. "Wszystko o Jazzie" napisał: "ilekroć w historii jazzu zmieniały się style, zawsze znajdowali się ludzie, którzy mówili o zmierzchu muzyki jazzowej - tak jakby z zasady zmierzch jakiegoś stylu mógł świadczyć o zmierzchu samej muzyki". A ona jakoś zawsze się ostała, rodząc tylko nowe, właściwsze swoim czasom formy. To się tyczy także muzyki w szerszym znaczeniu. Zawsze chciałbym cieszyć się szacunkiem ludzi rzetelnie znających się na muzyce oraz mieć niekoniecznie wielkie, ale za to szczerze podzielające moje poczucie stylu grono słuchaczy.


Co sądzisz o obecnych gitarowych modach? Jak oceniasz dającą się zauważyć pogoń za sprzętem typu vintage, nawet jeśli w grę wchodzą na przykład nowe, a przy tym sztucznie postarzane gitary?


Zawsze we wszystkim bardziej pociągał mnie styl niż moda. Uważam, że we wszelkich przejawach estetycznych zdecydowanie występuje u ludzi deficyt stylu. Moda ma się dobrze, bo sama dba o siebie i idzie własnym, nieprzewidywalnym torem. Sądzę, że za gitarami, podobnie jak za wszystkim innym, nie jest dobrze podążać ślepo. Lepszym wyjściem jest szukanie i kreowanie własnego stylu. Czy będzie to styl vintage, czy modern, jest to mniej istotne - byle był on wynikiem własnej inwencji i wyrażał osobowość artysty.


Czy możesz nam na koniec powiedzieć, jakie są Twoje najbliższe plany?


Jak już wspomniałem, pojutrze jadę na jakiś czas do Chin, potem wracam i usilnie promuję mój nowy album. Jest też w najbliższym planie zagranie kilku koncertów w różnych składach. Poza tym szukam inspiracji na materiał na następną płytę.


Sławomir Sobczak
Zdjęcia: Ania Lucid i Dominik Staniszewski

GALERIA
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie