Moje pierwsze doświadczenia z muzyką w szkole średniej wiązały się z graniem w zespole. Zakładałem, że zawsze tak będzie. Kariera solowa, którą rozpocząłem po trzydziestce, zdarzyła mi się zupełnie przypadkiem. Musiałem się nauczyć, jak w ogóle grać solo. Trasa promująca mój album studyjny "Surfing With The Alien" była dla mnie nowością, ponieważ po pierwsze - nigdy wcześniej nie grałem muzyki instrumentalnej, a po drugie - nigdy nie byłem najważniejszym muzykiem na scenie. Naprawdę nie miałem pojęcia, jak przebrnę przez pierwsze piętnaście minut podczas pierwszego koncertu! Wiedziałem, jak się gra na gitarze, ale nie miałem pojęcia, co się robi między utworami, jak się zachować. Czy mam coś mówić do publiczności? A może nic się nie odzywać? Czy to, co gram, to w ogóle jest koncert rockowy czy raczej nie? Przez trzy tygodnie uczyłem się grać koncerty solowe.
Później dostałem zaproszenie na przesłuchanie do zespołu Micka Jaggera. To był rok 1988 - bardzo dziwny rok. Przeszedłem drogę od bycia zupełnie nieznanym muzykiem do grania dwóch koncertów dziennie w klubach i wzięcia udziału w dwóch trasach koncertowych z Mickiem Jaggerem, które były dla mnie prawdziwą szkołą. Mick był profesjonalistą, przede wszystkim zależało mu na zrobieniu jak najlepszego show. Ale poza sceną był zawsze maksymalnie wyluzowany. To mnie nauczyło jednego: nie trzeba być maniakiem, wystarczy dobrze zagrać, a po godzinach wciąż można być normalnym facetem. Bycie gitarzystą w zespole nie stanowiło dla mnie problemu - grałem na gitarze kilka akordów powtarzanych przez osiem taktów, później dawałem trochę czadu w solówkach, robiłem różne miny i przybierałem groźną postawę. To była moja rola.
Kiedy wróciłem do grania solo, znowu musiałem uczyć się wszystkiego od nowa. Grałem wszystko - melodię i solówki - jeden utwór za drugim. Tak więc kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość grania w zespole Chickenfoot, poczułem, że to właśnie chcę robić. Miałem wrażenie, jakbym znowu miał czternaście lat i był w szkole średniej. Z tą różnicą, że teraz umiem grać! Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, znalazłem grupę kolesi, którzy lubili eksperymentować zupełnie tak jak ja. Żaden z nich nie przeniósł swojego stylu gry z zespołu do naszego wspólnego projektu. Chad okazał się świetnym perkusistą rockowym, a Mike lepszym basistą i wokalistą, niż miał to kiedykolwiek szansę udowodnić w Van Halen (co oni w Van Halen robili temu gościowi? Przykuwali go łańcuchem do krzesła?). No i oczywiście Sam Hagar, który ma potężny głos i jest szalonym gitarzystą. Umie się komunikować - albo ma się ten dar, albo nie. Jego entuzjazm jest wręcz niewyczerpany.