Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Joe Satriani

Joe Satriani

Blisko ćwierć wieku po nagraniu swojego przełomowego albumu solowego "Surfing With The Alien" Joe rozkoszuje się możliwością grania w rockowym zespole z prawdziwego zdarzenia.

Dziś ten wirtuoz z wieloma platynowymi płytami na koncie opowiada nam o drugim (a może trzecim?) krążku formacji Chickenfoot, a także o pragnieniu bycia bardziej jak Keith Richards i o tym, dlaczego nigdy, przenigdy nie zagra żadnego utworu grupy Van Halen...

Płyta Satrianiego "Surfing With The Alien" z 1987 roku z dnia na dzień zrewolucjonizowała świat gitary. Muzyk odkrywał na niej tereny nieznane dotąd żadnemu shredderowi. Album o trzy lata wyprzedził kolejną przełomową płytę instrumentalną Steve’a Vaia "Passion & Warfare". Na czym polegało jej nowatorstwo? Przede wszystkim płyta była bardzo melodyjna, a utwory, które się na niej znalazły, były bogatymi, wpadającymi w ucho kompozycjami. Joe Satriani jest nie tylko gitarzystą solowym. Do wspólnej trasy zaprosili go Mick Jagger i Deep Purple. W 2008 roku Joe współtworzył skład gwiazdorskiego zespołu Chickenfoot, decydując się tym samym na pogodzenie obowiązków gitarzysty solowego i gitarzysty supergrupy. Pozostali jej członkowie to Sammy Hagar i Michael Anthony (obaj ex-Van Halen) oraz perkusista Red Hot Chili Peppers - Chad Smith.

Od dawna mówiłeś, że czujesz potrzebę grania w zespole. Czemu realizacja tego planu zajęła Ci tak dużo czasu?


Moje pierwsze doświadczenia z muzyką w szkole średniej wiązały się z graniem w zespole. Zakładałem, że zawsze tak będzie. Kariera solowa, którą rozpocząłem po trzydziestce, zdarzyła mi się zupełnie przypadkiem. Musiałem się nauczyć, jak w ogóle grać solo. Trasa promująca mój album studyjny "Surfing With The Alien" była dla mnie nowością, ponieważ po pierwsze - nigdy wcześniej nie grałem muzyki instrumentalnej, a po drugie - nigdy nie byłem najważniejszym muzykiem na scenie. Naprawdę nie miałem pojęcia, jak przebrnę przez pierwsze piętnaście minut podczas pierwszego koncertu! Wiedziałem, jak się gra na gitarze, ale nie miałem pojęcia, co się robi między utworami, jak się zachować. Czy mam coś mówić do publiczności? A może nic się nie odzywać? Czy to, co gram, to w ogóle jest koncert rockowy czy raczej nie? Przez trzy tygodnie uczyłem się grać koncerty solowe.

Później dostałem zaproszenie na przesłuchanie do zespołu Micka Jaggera. To był rok 1988 - bardzo dziwny rok. Przeszedłem drogę od bycia zupełnie nieznanym muzykiem do grania dwóch koncertów dziennie w klubach i wzięcia udziału w dwóch trasach koncertowych z Mickiem Jaggerem, które były dla mnie prawdziwą szkołą. Mick był profesjonalistą, przede wszystkim zależało mu na zrobieniu jak najlepszego show. Ale poza sceną był zawsze maksymalnie wyluzowany. To mnie nauczyło jednego: nie trzeba być maniakiem, wystarczy dobrze zagrać, a po godzinach wciąż można być normalnym facetem. Bycie gitarzystą w zespole nie stanowiło dla mnie problemu - grałem na gitarze kilka akordów powtarzanych przez osiem taktów, później dawałem trochę czadu w solówkach, robiłem różne miny i przybierałem groźną postawę. To była moja rola.

Kiedy wróciłem do grania solo, znowu musiałem uczyć się wszystkiego od nowa. Grałem wszystko - melodię i solówki - jeden utwór za drugim. Tak więc kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość grania w zespole Chickenfoot, poczułem, że to właśnie chcę robić. Miałem wrażenie, jakbym znowu miał czternaście lat i był w szkole średniej. Z tą różnicą, że teraz umiem grać! Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, znalazłem grupę kolesi, którzy lubili eksperymentować zupełnie tak jak ja. Żaden z nich nie przeniósł swojego stylu gry z zespołu do naszego wspólnego projektu. Chad okazał się świetnym perkusistą rockowym, a Mike lepszym basistą i wokalistą, niż miał to kiedykolwiek szansę udowodnić w Van Halen (co oni w Van Halen robili temu gościowi? Przykuwali go łańcuchem do krzesła?). No i oczywiście Sam Hagar, który ma potężny głos i jest szalonym gitarzystą. Umie się komunikować - albo ma się ten dar, albo nie. Jego entuzjazm jest wręcz niewyczerpany.


Dlaczego drugi album grupy Chickenfoot nosi tytuł "III"?


Może zacznę od początku. Zanim wyruszyłem w dwumiesięczną trasę koncertową, nagrałem chłopakom demówkę z czternastoma kawałkami. Miałem nadzieję, że się ich nauczą, niestety moje nadzieje były płonne. Gdy wróciłem i weszliśmy do studia, mieliśmy dosłownie cztery dni na nagranie płyty. W dodatku robiliśmy sesję zdjęciową na okładkę. Nietrudno sobie wyobrazić, że nie byłem zbytnio zadowolony. Nagle do studia wchodzi strasznie podekscytowany Carter - nasz producent - i pyta mnie, co sądzę o tytule płyty. Ja mu na to, że nic nie wiem o żadnym tytule. Przecież nie wyściubiałem nosa ze studia! A on mówi, że album będzie się nazywał "IV". Wtedy było mi wszystko jedno, więc po prostu przyjąłem to tylko do wiadomości. Nie miało dla mnie znaczenia, jak album będzie zatytułowany, ważne było, czy ludziom nasza muzyka się spodoba, czy nie. Po jakimś czasie podchodzi do mnie Sam i mówi mi: płyta będzie się nazywała "III". Tak więc cała dyskusja dotycząca tytułu odbywała się beze mnie, byłem tylko informowany o ich kolejnych pomysłach. W końcu jednak dotarło do mnie, czemu chłopaki wybrali taki właśnie tytuł. Chodziło po prostu o to, żeby ominąć zwykle pechowy dla kapel drugi album, tak jakby go nigdy nie było. To bardzo bliskie filozofii Chickenfoot.


Czy na potrzeby zespołu musisz modyfikować swój własny styl gry?


Na moich płytach solowych nie ma wokalu, dlatego muzyka - od klimatu przez akordy, harmonie i melodie - musi mieć perfekcyjną aranżację. Będąc w zespole, trzeba grać mocniej, bardziej dosadnie i efektownie, bo gitara jest tu tylko elementem większej całości. Punkt ciężkości przesunięty jest zupełnie gdzie indziej. Każda piosenka jest inna, każda jest jakby zakodowaną zagadką, za pomocą której muzyk pragnie coś publiczności przekazać. Bardzo cieszy mnie fakt, że tym razem mogę grać partie rytmiczne - nie tylko na płycie, ale też na koncertach. Dlatego piszę partie, które sprawdzą się na koncertach, i nie muszę pisać kilku wersji. W zasadzie tworzymy power trio z wokalistą, nagrywamy bez kliku, tak więc wszystko, co uda nam się zarejestrować podczas wspólnej gry, staje się później częścią gotowego materiału wydanego na krążku. Oczywiście dodajemy drobne elementy, takie jak klawisze, dodatkowe partie gitar, dopracowujemy wokal itd., ale główną osią jest to, co nagraliśmy na setkę. Tak więc przed wejściem do studia każdy z nas musi być perfekcyjnie przygotowany, bo nagrywamy na żywo i ta wersja idzie na płytę. Na tym właśnie polega cała zabawa - nie ma miejsca na pomyłki, choć czasami napięcie sięga zenitu.


Czy trudno Ci było pogodzić się z tym, że nie kontrolujesz wszystkiego? Nagrywając album solowy, decydowałbyś o wszystkim sam.


Nie mam z tym problemu. Potrafię wymyślić jakąś frazę, ale równie dobrze potrafię pozostawać w cieniu. Ale Sam ma ten dar, który posiadają genialni wokaliści. Kiedyś podchwycił jedno słowo z mojej demówki i stworzył z tego zupełnie nową historię. Gdy skończył i usłyszałem jego wokal, byłem pod wielkim wrażeniem. Taki właśnie powinien być dobry wokalista: potrafi komunikować się z milionami ludzi za pomocą słów - tych wypowiedzianych i tych niewypowiedzianych. To niesamowite móc go oglądać przy pracy. Byłbym bardzo stremowany, gdyby Sam przyszedł do mnie i powiedział: "Chciałbym żebyś napisał słowa do tego utworu". Cieszę się, że panuje u nas demokracja. Choć ja piszę większą część materiału, każdy członek zespołu może powiedzieć, co mu się podoba, a co nie. Czasami oni wymyślą jakąś partię, a ja nie muszę mówić ani słowa. Nie pamiętam, żebym musiał kiedyś z Mikiem rozmawiać na temat partii basowych. Zapamiętał partie z demówek i wymyślił swoje własne motywy, które są znacznie lepsze. Nie wtrącam się więc, bo nie chcę tego popsuć.


Na płycie znalazło się sporo zagrywek w stylu Jimmy’ego Page’a i Jimiego Hendriksa, a w utworze "Alright, Alright" jest nawet riff w stylu Keefa. Czy świadomie zdecydowałeś się na te cytaty?


Jakby to było wspaniale, gdybym mógł być Keithem Richardsem chociaż przez jeden dzień! Chyba trudno by mi było wrócić później do bycia sobą. Uważam, że Keith jest genialnym muzykiem. Tak samo Jimi Page. Obaj są naprawdę wielcy - mają swój własny styl i brzmienie, są genialnymi kompozytorami i ukształtowali całe pokolenia gitarzystów. Gram na gitarze już bardzo długo i z czasem coraz bardziej mam ochotę chwalić się swoimi korzeniami. W Chickenfoot gramy nowoczesną wersję klasycznego rocka i z pewnością nie wstydzimy się swoich korzeni. Jeśli więc Chad gra na perkusji w stylu Keitha Moona, to nie mam nic przeciwko temu. Tak właśnie tworzy się brzmienie Chickenfoot - u nas w zespole nikt nie wstydzi się swoich korzeni.


Jakiego sprzętu użyłeś, żeby uzyskać brzmienie w stylu vintage w utworze "Alright, Alright"?


To była dość niezwykła kombinacja. W środkowej części i w solówkach użyłem Ibaneza JS2400 oraz wersji prototypowej wyposażonej w przetworniki single-coil, natomiast do pozostałej części wybraliśmy Gibsona ES-335 z 1959 roku i Fendera Esquire’a z 1958 roku. Na Fendera zdecydowaliśmy się dopiero na końcu. Wszystko nagraliśmy na żywo i zastanawialiśmy się, jak to naprawdę będzie brzmiało, tym bardziej że musieliśmy to nagrać w stereo. Przesunęliśmy Ibaneza na środek panoramy i spróbowaliśmy Gibsona. Brzmiało genialnie i naprawdę potężnie, choć nie mam strun .013" jak Keith, tylko .011". Pomyślałem, że skoro bawimy się z rozstawianiem gitar w panoramie, powinniśmy użyć też Esquiere'a. Powinieneś posłuchać partii, z których zrezygnowaliśmy - były już zdecydowanie za blisko oryginału! Chcieliśmy z szacunkiem oddać hołd Keithowi, a okazało się, że można dosłownie wpasować w te kompozycje fragmenty "Honky Tonk Women".


Zawsze interesowało Cię też to, co nagrywa Eddie czy zespół Van Halen, ale nie grasz ich kawałków...


Tak, są dwa powody, dla których tak jest. Po pierwsze uwielbiam Eddiego Van Halena i zawsze byłem jego fanem. Jednak kiedy znalazłem się w Chickenfoot, stwierdziłem, że nie chcę zabierać się za coś, co nagrał Eddie, za bardzo kocham jego twórczość, by próbować ją powielać. Dlatego zawsze powtarzam Samowi, że nie ruszamy utworów Van Halena. To jest też tak, jakby ktoś poprosił mnie o nagranie czegoś z repertuaru Stonesów. Chciałbym to zrobić jak najlepiej, ale wiem, że i tak wyszłoby źle, choć z Mikiem i Samem byłoby to dość proste. Chad też zdaje sobie z tego sprawę i wie, że musimy trzymać się z dala od klasyki. I to nie tylko z szacunku dla oryginalnych wykonawców, ale też z obawy przed tym, że narazilibyśmy się na krytykę - zawsze znaleźliby się tacy, którym nasza wersja by się nie spodobała.


Wysoki głos Mike’a był bardzo ważnym elementem brzmienia grupy Van Halen. Podobny wokal słychać również w Waszych utworach...


Myślę, że Sam ma po prostu podobny głos. Mike ma potężny, wybijający się wokal, ale co on ma zrobić? Udawać, że ma słaby głosik? Wtedy nie byłby sobą. Mike ma wyjątkowy wokal, który zawsze przebije się na pierwszy plan - jest jak promień lasera. Jest tak głośny i czysty, że dosłownie plomby wypadają z zębów.


Producentem płyt Chickenfoot i Twojego ostatniego albumu solowego jest Mike Fraser. Pracował między innymi z AC/DC i Metalliką. Co ważnego wniósł do studia?


Jest profesjonalistą i w pełni otwiera się na potrzeby artysty. To jest wspaniałe, bo sprawia, że każdy projekt, przy którym pracuje, jest inny, wyjątkowy. Ma niesamowity słuch, dlatego w tej kwestii nie warto się z nim spierać czy dyskutować. Ale jeśli szukasz czegoś innego, to on to dla ciebie znajdzie - ma w rękawie mnóstwo sztuczek i technik, właściwie powinienem powiedzieć: talentów (śmiech). Dla niego nie ma problemów nie do rozwiązania, nie ma osoby w zespole, której by nie umiał pomóc. Ta jego cecha jest bardzo cenna, ponieważ często powstają konflikty, co nieuchronnie doprowadza do zaognienia sytuacji. Sam nie wiem, jak nam to wszystko w ogóle wychodzi. Ale chyba nie ma w tym nic dziwnego, bo Mike'owi zawsze udaje się uzyskać zamierzony efekt. Wchodzimy do studia, dyskutujemy na temat piosenki, której każdy z nas nauczył się w ciągu ostatniej pół godziny. Kłócimy się o aranżacje, nagrywamy za trzecim lub czwartym podejściem, i to wszystko. Potem się zastanawiam, czy zagrałem dobrze, bo przecież ta wersja idzie na płytę! No i tak właśnie nagrywamy.


Czy wciąż przestrajasz gitarę do Eb, kiedy grasz w Chickenfoot?


Zdecydowałem się zostać przy tym stroju. Podczas ostatniej trasy koncertowej z Chickenfoot nagrywałem już płytę "Black Swans And Wormhole Wizards". Nie miałem zamiaru znowu przechodzić przez to samo, czyli ciągle zmieniać strój z Eb do standardowego. Postanowiłem więc zostać przy Eb, co niezmiernie ucieszyło mojego technicznego. Obu nam to bardzo ułatwiło sprawę. Mnie, dzięki mniejszemu naciągowi strun, gra się po prostu łatwiej. Lubię brzmienie grubszych strun i kiedy przestroiłem gitarę do Eb, od razu zmieniłem je z .009" na .010". Na poprzedniej płycie Chickenfoot połowa utworów była nagrana w standardowym stroju ze strunami .009", i to nie do końca mi się podobało. Myślę, że ostatnia płyta wiele zyskała na tym, że wszystkie utwory nagrane są w Eb.


Czy wiecie już, jak będzie wyglądała trasa promująca Wasz nowy album?


Na razie nastawiamy się na media - na początku września zagraliśmy koncert, który był transmitowany na żywo przez internet. Sammy ma nadzieję, że uda nam się zagrać kilka koncertów w telewizji. W trasę ruszymy, jak ludzie już się trochę osłuchają z płytą - myślę, że gdzieś na wiosnę.


Czy to prawda, że Chad Smith nie będzie mógł jechać z Wami w trasę?


Tak, niestety nie weźmie udziału w trasie. Szukamy więc zastępstwa. Spotkaliśmy się już z kilkoma osobami; wszyscy byli świetni, ale nikt nie grał jeszcze z nami nowego albumu. Mówi się, że kiedy jedne drzwi się zamykają, to inne się otwierają. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wcześniej czy później dojdzie do konfliktów. Ale szczerze mówiąc, zawsze myślałem, że to bracia Van Halen zadzwonią do Mike’a i poproszą go, żeby wrócił do zespołu. Wiadomo, każdy by chyba wrócił! Jednak tak się nie stało i myślę, że to może być dla nas nowa szansa. A poza tym nie jest tak, że gramy już jakieś trzydzieści lat i publiczność przyzwyczaiła się do składu, wszystko się może przecież zdarzyć, choć nie ukrywam, iż Sammy jest tu raczej niezastąpiony, i tylko tyle mogę powiedzieć. Mam cichą nadzieję, że Sam nie dostanie żadnej innej oferty.


Jaki masz stosunek do słowa "shred"?


Jeśli do opisu twojej gry ludzie używają słowa "shred", to nie jest dobrze. Przykładowo, gdy mówi się, że Django Reinhardt jest królem shredu - nie ma w tym nic złego. Jeśli mówi się, że Jeff Beck jest shredderem - też wszystko jest w porządku. Jeśli natomiast jakiś młody gitarzysta określany jest jako shredder, to ma pozamiatane i gość nieźle się zdenerwuje. Nie trafi do magazynu "Rolling Stone", nikt go nie zaprosi do telewizji, nie będą rozmawiać o nim na portalach plotkarskich i niech zapomni o dużych koncertach. Może właśnie dlatego tak negatywnie reaguję na słowo "shred", choć w zasadzie nie powinno mi ono już przeszkadzać. Nagrałem wiele płyt i mam fanów na całym świecie, którzy wiedzą, jaką muzykę gram.


Kiedy zaczynałeś swoją muzyczną karierę, shred był przekroczeniem pewnej granicy szybkości w muzyce. Jak myślisz, gdzie teraz leży ta granica?


Myślę, że wszystko zależy od konkretnej osoby. Zeszłego wieczoru wybraliśmy się z żoną i dziećmi na "We Will Rock You", musical oparty na utworach zespołu Queen. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać - czy będzie to parodia, czy coś w stylu broadwayowskim. Ale kiedy z głośników wydobyły się partie gitarowe Briana Maya, to dzieci, młodzież i starsi ludzie - dosłownie wszyscy - siedzieli jak zahipnotyzowani. Poza muzyką ważna jest osoba, która grając, sprawia, że muzyka staje się transcendentna. Ważna jest magia wykonania. To powinno zachęcić każdego muzyka, który zastanawia się, kim jest i co ma do zaoferowania. Prawda jest taka, że tak naprawdę ma on wszystko, co jest mu potrzebne, aby wzbić się na wyżyny. Musi się tylko otworzyć na ludzi i powiedzieć: Oto moje serce. Niektórzy z was mogą chcieć je kopnąć albo dźgnąć nożem, ale ja kładę je na dłoni. Tak właśnie robi wielki artysta i tak właśnie osiąga się sukces.


Co powiesz na temat wykorzystania fragmentu utworu "Always With Me, Always With You" przez Nicki Minaj?


Rzeczywiście, Nicki Minaj pożyczyła do swojej popowo-rapowej piosenki "Right Thru Me" fragment mojego kawałka. No cóż, nie mam jej tego za złe. Założę się, że dzięki temu więcej osób usłyszało mój utwór, i to prawdopodobnie więcej niż przez te całe dwadzieścia cztery lata! To niesamowite. I na pewno nie wybrała tego utworu ze względu na solówkę, lecz na rozłożone akordy, czyli podkład.


Simon Bradley, Jamie Dickson
zdjęcia: Jesse Wild

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie