"The Triptic" zaistniał w sytuacji, kiedy wyjeżdżałem do RPA i zespół ulegał rozpadowi. Generalnie na końcu drogi, jaką było wydanie krążka, zostałem praktycznie sam, ale postanowiłem dociągnąć temat do końca, i to z klasą. Udało mi się potem ponownie wyjechać do Afryki i nakręcić tam dwa klipy do tego albumu, więc uważam, że zrobiłem, co mogłem. Rozważałem nawet niewydawanie tego albumu, ale było tam tyle dobrej muzy, że nie chciałem tak naprawdę pozbawiać fanów czegoś, co sądzę, było świeże i nowatorskie. Cieszę się z tego, że "The Triptic" znalazł się w dorobku artystycznym Sweet Noise, i to w sposób, którego śmiem twierdzić, nikt nie powtórzy. Jednak rzeczywiście były pewne niedociągnięcia. Przede wszystkim nie było koncertów, na które wszyscy czekali. Różne rzeczy na to się złożyły. W tamtym okresie zrobiłem, co mogłem, choć z zewnątrz mogło to wyglądać na zbyt mało. Wtedy właśnie zdecydowałem się na wyjazd do Stanów. Wyjechałem na dwa lata do Los Angeles i podczas mojego pobytu zaczęliśmy robić z Hackerem pierwsze beaty i przymiarki do robienia muzy. Odgrzebałam go w pamięci, jako tego gościa, który zrobił remiks w konkursie Sweet Noise. Przysłał mi beaty, które były dla mnie bardzo ciekawe, i mocno wierzyłem w to, że zbicie mojego wokalu z elektronicznym podkładem może dać ciekawy efekt. Długo szukałem takich rzeczy, więc te utwory coraz szybciej przeradzały się w coś poważniejszego.
Wtedy gdzieś po drodze powstała nazwa, MySpace, gdzie stopniowo dokładaliśmy nowe rzeczy, i gdzieś powoli Facebook. Wtedy sam odkrywałem, jaka jest realna szansa powrotu i jaki to będzie miało na mnie wpływ. Czy te dwa lata sprawiły, że jestem osobą zapomnianą, czy jednak ktoś mnie pamięta? Tak naprawdę można się spodziewać różnych rzeczy, bo życie mknie szybko, popkultura i media zmieniają się każdego miesiąca.
Jak robiliśmy "Czas Ludzi Cienia", to celebrytyzm w muzie rockowej był czymś zupełnie nie do pomyślenia. Gdzieś tak naprawdę zaczynał się rynek imprez typu show, na których wybieramy sobie talenty czy swoich następnych bohaterów. Po ukazaniu się My Riot patrzyłem, jak rośnie oglądalność w internecie. Postanowiłem wrócić i wydać to w realnych warunkach. Odbyłem rozmowę z Hackerem i uprzedziłem, że musi się przygotować na rewolucję w tym dźwięku, który generujemy razem, bo ja się pod tym nie podpiszę. Mogę się pod tym podpisać w momencie, kiedy dołożę żywy band. Wierzę w to, że tylko kolaż dwóch takich płaszczyzn w moim przypadku wypadnie wiarygodnie, autentycznie i mocno. Promocja? Uważam, że działa całkiem prężnie. Zrobiliśmy teledysk do utworu "Sen" w połączeniu z amerykańską undergroundową ekipą, która kręci street dance na całym świecie. Oni dostarczyli nam zdjęcia tancerzy z Oakland, które po prostu zmieszałem z ujęciami zespołu i akcją streetową polegającą na plakatowaniu miasta postacią Mr Riot. Zaprojektował ją Bartek Bojarczuk.
Tu muszę powiedzieć, że wytwórnia płytowa EMI dała mi sporą dozę wolności, bo nawet nie protestowała, kiedy zaproponowałem, żeby materiał masterować w Metropolis Studio John Davis, który zrobił chociażby "Invaders Must Die". Była to decyzja na zasadzie: zrobię miks w Polsce, wykorzystam to, czego się nauczyłem w USA, ale chcę to zmasterować z jakimś mistrzem. W zamian Piotr Kabaj z EMI powiedział mi tylko, żebym dał mu logo takie jak "Revolta". Wydaje mi się, że wiem, o co mu chodziło, dlatego, że powoli firmy zaczynają przechodzić na handel nie tylko nośnikiem, ale też na przykład merchem.