Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Don Felder

Don Felder

Jako gitarzysta zespołu The Eagles, którego złota era przypada na lata 70., Don Felder napisał jedne z najbardziej oryginalnych i wpadających w ucho zagrywek rocka.

Jest też współautorem piosenki "Hotel California", którą chyba każdy potrafi zanucić. W tym miesiącu muzyk opowiada nam o genezie utworu, swoim trudnym rozstaniu z zespołem i o rodzącej się w bólach replice słynnego Les Paula, na którym nagrywał swoją słynną solówkę.

Don Felder, choć grał w jednym z najbardziej znanych zespołów rockowych, pozostał w cieniu. Urodził się i wychował w Gainesville na Florydzie, gdzie jako nastolatek pracował w sklepie muzycznym, żeby zarobić na sprzęt. Wcześnie zaczął dawać lekcje gry na gitarze w zamian za lekcje teorii - chciał się nauczyć komponować. Jednym z jego uczniów był nie kto inny jak Tom Petty. Don za młodu często jammował ze Stephenem Stillsem, potem ruszył w trasę z zespołem Crosby & Nash. Przełom w jego karierze nastąpił dopiero wtedy, kiedy przyjaciel z rodzinnego miasta, Bernie Leadon, założył zespół The Eagles. Felderowi zaproponowano wstąpienie do zespołu w 1974 roku.

W 2008 roku na rynku amerykańskim ukazała się nieco kontrowersyjna autobiografia artysty zatytułowana "Heaven And Hell: My Life In The Eagles". Jak już wskazuje sam tytuł, Felder opisał w niej nie tylko jasne strony bycia członkiem zespołu, ale również te ciemne - krótko mówiąc, nie oszczędził w niej też swoich kolegów. Jak to w życiu artystów bywa, wszyscy byli pod presją napisania przeboju i często dochodziło między nimi do konfliktów, których przyczyną było zbyt wybujałe ego oraz zmęczenie ciągłym koncertowaniem. Niewątpliwie miało to wpływ na nastroje w zespole i relacje między jego członkami. Mimo to zespół ten zdołał napisać jedne z najlepiej zapadających w pamięć i doskonałych stylistycznie kompozycji w historii rocka. Wiele z nich, na czele z klasykiem "Hotel California", przeszło do kanonu tego gatunku. "Hotel California" - nostalgiczny, mroczny i hipnotyczny utwór - dziś robi tak samo mocne wrażenie jak 30 lat temu. Choć w roku 2001 Felder odszedł z zespołu w niezbyt miłej atmosferze konfliktu (dziś już zażegnanego), artysta dumny jest z tego, co w tamtych latach stworzył. Dziś opowiada nam o tym, jak udało mu się podbić Zachód...

Akustyczne intro do utworu "Hotel California" jest na całym świecie rozpoznawalne już od pierwszych taktów. Jak ono powstało?


Odnieśliśmy właśnie spory sukces w związku z albumem "One Of These Nights". Tamtego lata wynająłem dom na plaży w Malibu, gdzie tworzyłem kompozycje na kolejną płytę "Hotel California". Nie mieliśmy dużo czasu. Zaszyłem się w małej sypialni na tyłach domu i nagrywałem wszystko na mały czterośladowy magnetofon TEAC. Nagrałem wtedy 16 czy 17 luźnych pomysłów na piosenki. Pewnego lipcowego dnia siedziałem sobie na kanapie. Był bardzo ciepły dzień, miałem na sobie szorty, podkoszulek i klapki. Jak zwykle brzdąkałem coś na gitarze. Spojrzałem za okno - ocean połyskiwał i mienił się od promieni słonecznych, a moje dzieci bawiły się na plażowej huśtawce, którą dla nich zrobiłem. I nagle zacząłem grać ten akord, który później znalazł się w intro do utworu "Hotel California". Grałem go w kółko, nie mogłem przestać. Musiałem to szybko nagrać, żeby nie zapomnieć. Pobiegłem więc do sypialni i włączyłem mój stary dobry magnetofon, i około pięć razy zagrałem wymyśloną progresję akordów. Wyłączyłem sprzęt i pobiegłem na plażę pobawić się z dziećmi.

Kilka dni później odsłuchiwałem wszystkie nagrane pomysły, żeby przedstawić wybrane z nich zespołowi. Szczególnie zwrócił moją uwagę ten riff sprzed kilku dni. Postanowiłem napisać do niego piosenkę. Miałem do dyspozycji Rhythm Ace - wczesną i dosyć prymitywną wersję maszyny perkusyjnej. Korzystając z tego sprzętu, stworzyłem linię perkusyjną, do której dołożyłem bas, i próbowałem sobie wyobrazić, co ja i Joe Walsh moglibyśmy dalej zrobić z tym utworem. To była pierwsza płyta, na której obaj mogliśmy nagrać gitary w harmoniach i wymienić się solówkami. Chciałem wreszcie skomponować utwory, w których będę się mógł popisać swoją grą. Praktycznie wszystkie partie, które słychać na płycie, nagrałem na tym małym czterościeżkowym magnetofonie, no może oprócz kilku zagrywek Walsha, które znajdują się na końcu.


Jaki był kolejny etap pracy nad utworem "Hotel California"?


Całość zmiksowałem i nagrałem na taśmę razem z pozostałymi 16 piosenkami. Wszyscy otrzymali ode mnie kopię: Randy Meisner, Joe Walsh i Don Henley. Powiedziałem, żeby wszystko przesłuchali, a jeśli ktoś będzie miał ochotę napisać lub skończyć którąś z piosenek, to niech da mi znać. Minęło kilka dni i zadzwonił do mnie Henley. Powiedział, że podoba mu się kawałek, który brzmi jak meksykańska piosenka reggae, czy coś w stylu hiszpańskim. Od razu wiedziałem, o czym mówi.


Skąd wziął się pomysł na tekst do tego kawałka?


Zrobiliśmy burzę mózgów. Nikt z nas nie pochodził z Kalifornii. Jak się okazało, wszyscy przyjechaliśmy tu w nocy. Każdy z nas miał podobne wspomnienia. Z autostrady widać było światła Los Angeles już jakieś 100 mil wcześniej. Wszyscy czuliśmy się podobnie, byliśmy podekscytowani. Oczami wyobraźni widzieliśmy aleje wysadzane palmami, gwiazdy Hollywood, wszechobecny luksus, Hollywood Boulevard - po prostu wszystko to, co kojarzy się z Kalifornią. Ale Henley wpadł na pomysł, żeby napisać piosenkę o innej twarzy Hollywood, a mianowicie o tym, do czego marzenie o sławie i sukcesie może doprowadzić. Don i Glenn zaszyli się gdzieś z nagraniem. No i tak powstał tekst, który uważam za genialny.


Jak wyglądała pierwsza sesja studyjna do "Hotelu California"?


Weszliśmy do studia z zamiarem nagrania utworu w tonacji E-moll, choć wyjątkiem miały być solówki. Później Don zaczął nagrywać wokal, jednak brzmiał on trochę jak Barry Gibb z Bee Gees ze swoim nienaturalnie wysokim falsetem (śmiech). Tonacja okazała się zbyt wysoka. Postanowiłem obniżyć ją do D-moll, a potem do C-moll. W końcu zapytałem, czy nie spróbujemy w A-moll. Ale dla Dona ta tonacja była za niska. Tak więc nagraliśmy cały utwór od nowa w B-moll. Nie było to łatwe, bo na gitarze nie gra się dobrze w tej tonacji. Nie jest to ulubiona tonacja gitarzystów.


Czy Ty i Joe Walsh swobodnie wymienialiście się pomysłami w studiu?


Kiedy tekst był gotowy, weszliśmy z Joem do studia, żeby nagrać solówki i partie w harmoniach. Pech chciał, że demówka, którą nagrałem ponad rok wcześniej, została w Malibu. Zapomniałem ją ze sobą zabrać. Spodziewałem się, że zagram coś zbliżonego, potem Joe wymyśli swoją zagrywkę, sugerując, że będziemy grać do siebie nawzajem. Henry jednak nie był zadowolony. Powiedział, że na demówce to brzmiało inaczej, po prostu lepiej. Nie miałem innego wyjścia, jak chwycić za telefon i zadzwonić do gospodyni mojego domu w Malibu. Dokładnie opisałem jej kasetę i poprosiłem, żeby ją znalazła. Włożyła ją do odtwarzacza i nacisnęła PLAY, po czym przyłożyła głośnik do słuchawki telefonu. Nagrywaliśmy w Miami, a ja musiałem szybko rozpracować partie, które wymyśliłem na poczekaniu dwanaście miesięcy wcześniej. Zgadzam się z tym, że pierwsza wersja solówki jest z reguły najlepsza.


Solówka z utworu "Hotel California" na zawsze zapada w pamięć. Masz niesamowite wyczucie, jeśli chodzi o frazowanie. Skąd się to bierze?


Mój ojciec miał pokaźną kolekcję płyt z muzyką, na której było dużo sekcji dętych. Dorastałem, słuchając muzyki takich wykonawców, jak Count Basie, Glenn Miller i Lawrence Welk. Frazowanie saksofonisty czy trębacza jest bardzo charakterystyczne - oni muszą na chwilę przerwać, żeby wziąć oddech. Nie mogą grać non stop tak jak gitarzyści. Dobierają więc nuty bardzo rozważnie i frazują swoją melodię, nie zapominając o przerwach na oddech. Solówka w utworze "One Of These Nights" jest zagrana tak, że można by ją równie dobrze zagrać na saksofonie. W utworze "Those Shoes" gitara właściwie brzmi jak dwie trąbki. Stąd się właśnie wzięło moje frazowanie.


Brzmienie tej solówki jest naprawdę wyjątkowe. Czy pochodzi prosto ze wzmacniacza?


Tak, i wciąż mam ten wzmacniacz - to Fender Tweed Deluxe. Myślę, że był to największy wzmacniacz, jakiego używałem w studiu. Dopiero teraz - przy płycie, nad którą obecnie pracuję - używam trochę większych wzmacniaczy. Nie użyłem wtedy żadnych efektów, żadnych linii opóźniających czy fuzzów. Grałem na Les Paulu z 1959 roku podpiętym jednym kablem do wzmacniacza Tweed Deluxe.


Czy dochodziło między Wami do tarć w studiu i czy miały one wpływ na nagrywanie?


Cały proces twórczy odbywał się właściwie poza studiem. Większość materiału powstała w moim domowym studiu. Napisałem około 16 kawałków, z czego dwa znalazły się na płycie, są to "Victim Of Love" i "Hotel California". Nagraliśmy je prawie dokładnie tak, jak je napisałem. Różniła się tyko sama końcówka i solo w piosence "Victim Of Love". Henley podbierał ze studia taśmy, zaszywał się gdzieś i zapełniał tekstami dosłownie całe zeszyty. A potem wchodził do studia i po prostu śpiewał. Uważam, że jego teksty są naprawdę genialne.


Czyli nie było między Wami żadnych spięć, żadnych konfliktów?


Spięcia były, ale dotyczyły przeważnie tego, które utwory trafią na płytę. Były też kłótnie związane z brakiem punktualności. Niektórzy zjawiali się w studiu dopiero o 14.30 lub o 15.00. Było to bardzo denerwujące. Zaistniało też kilka sytuacji, w których podniosło się moje ciśnienie. Jedna z nich zdarzyła się, kiedy skończyliśmy nagrywać płytę i zrobiliśmy imprezę dla wytwórni - od miesięcy dopominali się o płytę, no i wreszcie mogli ją usłyszeć.

Zaprosiliśmy ich, by zaprezentować wszystkie miksy. Ostatnim utworem był wtedy "Hotel California". Henley odwrócił się do gości i powiedział: "To będzie nasz pierwszy singiel". Byłem wtedy zły, bo uważałem, że to nie jest dobry pomysł - to nie był odpowiedni format do radia, utwór miał 6 minut, nie można było do niego tańczyć, a poza tym niespodziewanie się urywa. Uważałem, że musimy najpierw wypuścić coś w stylu "One Of These Nights", które idealnie brzmi w radiu i trwa mniej niż trzy i pół minuty. Ale on się uparł. No i miał rację! Jeszcze nigdy tak bardzo się nie myliłem (śmiech).


Założę się, że "Hotel California" grałeś na koncertach setki razy. Czy masz jakieś wyjątkowe wspomnienie z tym związane?


Pierwszym niezapomnianym przeżyciem był koncert na stadionie Wembley. Pamiętam, że byłem absolutnie oszołomiony tym, do jakiego stopnia zmieniło się nasze życie dzięki utworowi "Hotel California", jak i zresztą dzięki całemu albumowi. Na widowni było ponad sto tysięcy osób. Nie wiem, czy wiesz, co to jest opóźnienie, z jakim dźwięk rozprzestrzenia się w powietrzu... Jak ktoś uderza piłkę kijem baseballowym, najpierw widać to uderzenie, a później dopiero je słychać - wiadomo, że dźwięk jest znacznie wolniejszy od światła. Pamiętam ludzi, którzy skakali, kiedy graliśmy solówkę pod koniec utworu. Najpierw podskakiwał rząd najbliżej sceny, potem następny i następny..., dzieliły ich dosłownie sekundy! Mój Boże, byłem pod wielkim wrażeniem reakcji publiczności! Wtedy zdałem sobie sprawę z potęgi tego utworu.


Odszedłeś z zespołu. Jak się dzisiaj z tym czujesz? Czy czas coś zmienił?


Najbardziej trafna analogia, jaka przychodzi mi do głowy, to bolesny, bardzo nieprzyjemny rozwód. I pomyśleć, że kiedyś łączyły mnie z tymi osobami same przyjemne doświadczenia i że robiliśmy razem bardzo fajne rzeczy. Rozwodziłem się też z moją dwudziestodziewięcioletnią żoną, i to dokładnie w tym samym czasie, kiedy odchodziłem z zespołu, jednak w tym przypadku mogę chociaż powiedzieć, że wciąż pozostajemy w przyjaźni. Dzwonimy do siebie, rozmawiamy ze sobą, mamy dzieci i teraz są również wnuki. Przeżyliśmy razem sporą część życia. Żałuję, że nie mam takich samych relacji z kolegami z The Eagles. Zupełnie się ode mnie odcięli, tak jakby zamknęli się w szczelnej metalowej zbroi. Odmawiają kontaktu ze mną. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia! Zachowują się tak, jakbym zamordował ich rodziców (śmiech). Ale co ja im takiego zrobiłem? Myślę, że oni po prostu tacy są i że tak właśnie załatwiają sprawy. Zresztą nieważne, czy możemy razem pracować, czy nie, ważne, że nie ma powodu do tego, żeby pielęgnować w sobie wrogość i złość. Życzę im dobrze. Ja się świetnie bawię, dużo gram i nagrywam. Jakoś szczególnie za nimi nie tęsknię.


Jamie Dickson

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie