Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Robert Pruski (Testor)

Robert Pruski (Testor)

Grupa Testor należy do ścisłej czołówki thrashu w naszym kraju, co udowadnia swym najnowszym krążkiem zatytułowanym "Animal Killstinct". W tym miesiącu rozmawiamy z Robertem Pruskim, który opowie nam nie tylko o albumie, ale również zdradzi kilka tajników dotyczących gry.

Co możesz powiedzieć o Waszej najnowszej płycie, czyli "Animal Killstinct"?


Bez wątpienia to nasz najbardziej dojrzały album. Jest on niejako kontynuacją poprzedniej płyty "Next Stop Insanity", jednak poprawiliśmy w nim kilka rzeczy, z których nie do końca byliśmy zadowoleni w poprzednim materiale. Płyta została nagrana niezwykle precyzyjnie i równo, bardziej przyłożyliśmy się do solówek, jesteśmy też bardziej zadowoleni z aranżacji utworów.


Tytuł brzmi dość groźnie, okładka również może wywołać gęsią skórkę. Jaka historia kryje się za tym wszystkim?


Tytuł płyty miał być mocny, podobnie jak zawarta na krążku muzyka. Okładka natomiast miała pasować do całości i jednocześnie zapadać w pamięć. Tak naprawdę to dzieło przypadku, że zdecydowaliśmy się na taką, a nie inną grafikę, i to praktycznie w ostatniej chwili, tuż przed wydaniem materiału. Dość długo byliśmy przywiązani do innego projektu graficznego, nie był on jednak dostatecznie mocny i kontrowersyjny. Tytuł nawiązuje do dzikich instynktów, które drzemią w ludziach, a ponadto doskonale pasuje do ciężkiego łojenia (śmiech).


Rzeczywiście (śmiech). Krążek brzmi doskonale, jest pełen energii i zawiera wszystkie elementy, które lubią miłośnicy nowoczesnego thrashu. Czy jesteście zadowoleni z rezultatu?


Tak, jesteśmy bardzo zadowoleni z tego krążka. Uważamy, że jest to bardzo mocna pozycja w naszym dotychczasowym dorobku. Na pewno rozwinęliśmy się pod względem muzycznym i warsztatowym. Płyta zbiera bardzo dobre recenzje zarówno wśród fanów, jak i krytyków muzycznych.


Jak przebiegała sesja nagraniowa?


Przede wszystkim bardzo sprawnie. Po raz drugi zdecydowaliśmy się zaufać Tomkowi Zalewskiemu i jego umiejętnościom realizatorskim. Znaliśmy jego styl pracy i sposób nagrywania. Tomek poza tym często służył nam cennymi uwagami, do których niejednokrotnie się stosowaliśmy. Tradycyjnie zaczęliśmy od nagrywania perkusji, na drugi ogień poszły gitary rytmiczne, następnie basy, potem solówki, dogrywki gitarowe i na koniec wokale.


Czy to prawda, że nagranie gitar rytmicznych zajęło Wam tylko dwa dni?


Tak, nagranie wszystkich partii gitar rytmicznych trwało dokładnie dwa dni. Wszystkie gitary nagraliśmy czterokrotnie, żeby uzyskać odpowiednie nasycenie dźwięku. Zaproponowana przez Tomka technika nagrywania, polegająca na nagrywaniu pojedynczych riffów, znacznie przyspieszyła pracę. A dodatkowo wpłynęła na bardzo dokładne i równe nagranie.


Jak długo pracowaliście nad komponowaniem materiału na ten krążek?


Prace nad nowym materiałem rozpoczęliśmy w zasadzie tuż po nagraniu "Next Stop Insanity", czyli w połowie 2007 roku. Przez te dwa i pół roku utwory nasze, jak również i brzmienie znacznie ewoluowały (śmiech).


Co najbardziej lubisz na tej płycie?


Chyba to, że jest stosunkowo równa. O ile na "Next..." można było łatwo wskazać utwory najlepsze i najsłabsze, to na "Animal..." nie jest to już takie proste i oczywiste. Lubię dynamikę, brzmienie i solidny warsztat muzyczny. Zawartości muzycznej nie oceniam, ponieważ od tego są inni (śmiech). Poza tym mogę nie być - jako twórca - obiektywny (śmiech).


Co możesz powiedzieć o zmianach personalnych, które u Was zaszły pomiędzy "Next..." i "Animal..."?


Tym razem nie było aż tak drastycznych zmian. Do zespołu dołączył Tomek Zawadzki, który jest bardzo dobrym i wszechstronnym basistą. Uważam, że świetnie się wpasował w nasz zespół i wniósł dużo dobrego. Nasz poprzedni basista Sebastian Górski z powodów osobistych zmuszony był się z nami rozstać, ale utrzymujemy z nim dobre relacje i nadal jest naszym świetnym kumplem.


Czy kawałki na nowym krążku to Wasze wspólne dzieło?


Tak, muzyka Testora to wypadkowa pracy pięciu członków zespołu. Każdy z nas wnosi coś od siebie. Zdarza się tak, że pomysłodawcą konkretnego utworu jest jedna osoba, natomiast na całkowity jego kształt mają wpływ wszyscy. Inspiruje nas to, czego słuchamy i co czujemy. Staramy się nie ograniczać muzycznie. Nie słuchamy wyłącznie metalu, natomiast najlepiej go czujemy.


Ciekawi mnie, jak radzisz sobie z uzyskaniem tak dynamicznie brzmiących i urywanych riffów, jak choćby w "This Brock", "Rise Of The Cobra" czy w podkładzie pod solo w "Heroes To The Gallows". Co jest tu kluczem do sukcesu?


(śmiech) Nie wiem, po prostu takie riffy wychodzą spod łapy - to po prostu część składowa naszego stylu.


Na krążku, jak choćby w "Psychotic High Speed Ensemble", stosujecie sprawdzone patenty rytmiczne, które nie tylko ocierają się o nu metal, ale podane są w bardzo efektowny sposób. Czy one lepiej sprawdzają się na koncertach niż te bardziej tradycyjne, gęste thrashowe partie?


Trudno powiedzieć. Nie szufladkujemy riffów i nie definiujemy ich jako nu metal, thrash, death czy hard core. Staramy się, żeby każdy riff dobrze współgrał z pozostałymi i budował określone napięcie. To publiczność weryfikuje i pokazuje nam swoimi reakcjami, które riffy są najlepiej trafione.


Krążek jest wypełniony efektownymi zabawami z rytmem - praktycznie w każdym kawałku jest solidna dawka energii. Nie macie litości dla głów, a głównie karków ludzi bawiących się na Waszych koncertach? (śmiech).


O to przecież chodzi w tej muzyce. Nie może być monotonna i nudna. Zgodnie z definicją stylu ma ona bić, chłostać i gromić słuchaczy (śmiech). Zresztą i tak staramy się nie przesadzać z tymi zmianami, okres techno thrashu mamy już dawno za sobą (śmiech).


Skoro mowa o koncertach, to jakie są Wasze plany w tym temacie? Gdzie można Was zobaczyć i posłuchać?


No cóż, nasz grafik się często zmienia i nie planujemy koncertów z dużym wyprzedzeniem. Dlatego trudno mi powiedzieć, które imprezy będą na horyzoncie w momencie ukazania się tego wywiadu (śmiech). Warto jednak zaglądać na naszą stronę internetową, gdzie staramy się na bieżąco zamieszczać wszystkie informacje na temat koncertów.


W jaki sposób komponujesz i jak zwykle powstają Twoje riffy?


Czasami po prostu biorę gitarę i zaczynam grać różne zagrywki na zasadzie luźnej improwizacji. Jeśli z tej spontanicznej zabawy wypłynie jakiś ciekawy riff, to staram się go powtórzyć i zapamiętać. Zdarza się też, że wpada mi coś nagle do głowy i, łapiąc za gitarę, mam od razu jakiś pomysł. Następnie staram się konkretny riff zdefiniować - jeśli na przykład nadaje się na zwrotkę, to dorabiam do niego refren itd. Oczywiście wszystko potem jest weryfikowane na próbach. Próbujemy z różnymi tempami perkusyjnymi i wspólnie oceniamy, czy jest sens dalej brnąć i budować cały utwór od A do Z.


Czy przy nagraniu tego albumu zmieniłeś się jako gitarzysta? Czy podszedłeś do pewnych kwestii inaczej niż przy poprzedniej płycie?


Myślę, że tak. Przede wszystkim nauczyłem się nowych technik, zagrywek, które starałem się wpleść w nowy materiał. Poza tym byłem mądrzejszy o wcześniejsze doświadczenia w studiu, wiedziałem, na co należy zwrócić uwagę, co poprawić, a co wyeliminować.


Wygląda na to, że nie uległeś pokusie, aby wszędzie, gdzie to możliwe, kostkować z góry na dół. Skłaniasz się raczej do kostkowania naprzemiennego. Czy chodzi Ci o lepszy groove uzyskiwany przy takim właśnie atakowaniu strun?


Myślę, że chodzi też o wygodę. Nie każdy riff jestem w stanie zagrać, kostkując z góry na dół, i nie zawsze ma to sens. Wydaje mi się, że kostkowanie naprzemienne jest bardziej płynne, natomiast kostkowanie z góry na dół brzmi niejednokrotnie ciężej i ostrzej, zwłaszcza przy mocniejszym tłumieniu strun.


Przyznam, że bardzo mi się podobają te wdzierające się do głowy tryle w "The Howling" - bardzo rzadko można spotkać tego typu patenty w tak mistrzowskim wykonaniu. Skąd pomysł na takie ozdobniki wśród mocno osadzonych w rytmie dźwięków?


Zależało nam na rozbiciu tych siermiężnych riffów, idealnych do headbangingu, jakimiś ciekawymi zagrywkami technicznymi, no i chyba się udało! (śmiech). Rzeczywiście jest to efektowne i fajnie brzmi.


Jako maniak tłumienia strun zwróciłem uwagę na utwór "Stagnation Sludge", w którym nie dość, że pojawiają się tłumione motywy solowe, to jeszcze występuje ciekawie wytłumiony riff pomiędzy solówkami. Jaką wagę przykładasz do tłumienia strun?


Kwestia tłumienia strun ma dla mnie szczególne znaczenie. Uważam, że zwłaszcza w thrash metalu ta technika jest bardzo istotna. Nie wyobrażam sobie muzyki, którą uprawiam, bez palm mutingu.


W kawałku "Heroes To The Gallows" pojawiają się ciekawe harmonie, choć w paru innych utworach również są wplecione fragmenty zaaranżowane na dwie gitary. Możesz przybliżyć naszym Czytelnikom, w jaki sposób nad nimi pracujecie?


W naszej muzyce zdecydowanie więcej riffów gramy unisono, staramy się jednak co jakiś czas urozmaicić utwory, rozbijając partie gitarowe. Metody są różne, przykładowo gramy tę samą sekwencję dźwięków w różnych przesunięciach lub konkretny riff dobarwiamy zagrywką w innym podziale rytmicznym, jak. np. w "Heroes...". Sama praca jest dość prosta, polega na dobraniu odpowiedniej harmonii i podziału rytmicznego w taki sposób, żeby wszystko ładnie ze sobą żarło. Na ogół jeden z nas gra podstawową figurę rytmiczną, a drugi kombinuje, dogrywając tzw. dobarwiacze.


Zazwyczaj aranżacje na dwie gitary są krótkimi przerywnikami rozsianymi po płycie, jednak w miniaturze zamykającej płytę ("Outro") jest to podstawa kompozycji. Ile gitar wykorzystaliście w tym utworze?


"Outro" składa się praktycznie z jednego riffu, który powtarza się cyklicznie na zasadzie zapętlenia. Co kilka taktów dochodzi kolejna gitara, grając podstawowe dźwięki w odpowiednim przesunięciu - są tu oktawy, tercje - w sumie gra pięć gitar.


Nie mogę nie zapytać o flażolety sztuczne, których na nowym krążku nie brakuje. Najwięcej naliczyłem ich w "Rise Of The Cobra" (nawet w podkładzie pod jedną z solówek!), ale mogę się mylić (śmiech).


Tak, faktycznie, jest tam sporo flażoletów. Zresztą myślę, że są one charakterystyczne dla naszego stylu. Zdradzę ci, że i tak sporo z nich wyrzuciliśmy podczas pracy w studiu, a realizator nazywał mnie żartobliwie "flażolet" (śmiech).


Często wykańczasz flażolety mocnym wibrato. Czy to pomaga w ich realizacji?


Po prostu wydaje mi się, że tak najlepiej wybrzmiewają i że są pełniejsze.


W "Psychotic High Speed Ensemble" pojawiają się też delikatne podciągnięcia przy flażoletach. Jak je wykonujesz?


Standardowo uderzam strunę kostką i opuszką palca, wywołując sztuczny flażolet, podciągając równocześnie strunę. Jest to zamierzony efekt, żeby flażolet nie był jednostajny.


Dla wielu gitarzystów flażolety są jedną z najtrudniejszych technik, a może raczej taką techniką, przy której trudno uzyskać dużą powtarzalność efektów. Czy mógłbyś zdradzić, jak opanować tę umiejętność?


Myślę, że przede wszystkim trzeba dobrze wyczuć gitarę, na której się gra, istotne jest też odpowiednie ustawienie wzmacniacza. My gramy środkiem, nie lubimy jazgotliwej góry i dudniącego basu. Wiadomo, że na pewnych dźwiękach flażolety wychodzą lepiej, a na innych gorzej. Trzeba się nauczyć mapy tych dźwięków, a także pilnować, żeby prawa ręka uderzająca strunę kostką i opuszką palca była umiejscowiona za każdym razem w tym samym miejscu, ponieważ każde, nawet drobne przesunięcie prawej dłoni (czy to w stronę mostka, czy gryfu) powoduje, że flażolet zabrzmi inaczej - będzie innym dźwiękiem, wyższym lub niższym.


Zauważyłem, że riffy pod solówki nie zostały raczej wykorzystane w innych fragmentach utworów, jak choćby w utworze tytułowym. Dlaczego? Czyżby chodziło o większą różnorodność?


Nie wiem, dlaczego, ale tak jakoś jest, że traktujemy całe partie solowe wraz z podkładami jako wyróżniki w utworach. Czasem zdarza nam się, że riffy podkładowe pojawiają się też w innych częściach utworu, ale stanowi to rzadkość. Po prostu taki jest nasz styl (śmiech).


W jaki sposób pracujesz nad solówkami? Czy zaczynasz improwizować do gotowych riffów, czy może najpierw masz w głowie solo, do którego później dokładasz najlepiej pasujący podkład?


Z tym bywa różnie, chyba częściej pierwszy powstaje podkład. Często zdarza się tak, że grając podkład, słyszę w głowie jakąś melodię. Niekiedy jest on modyfikowany na potrzeby solówki. Ostatnio jednak doświadczyłem na własnej skórze, że kolejność odwrotna również ma sens. Tak powstała dla przykładu druga solówka w "Rise Of The Cobra" - najpierw wymyśliłem pochody solówkowe, a następnie dopasowałem do nich podkład. I jestem zadowolony z efektu.


Porozmawiajmy o sprzęcie. Jakich gitar użyłeś podczas nagrywania "Animal..."?


Do studia zabraliśmy cztery gitary: Jacksona RR1 z pasywnymi humbuckerami Seymour Duncan SH2 i TB6, Gibsona Flying V z setem firmowym, czyli humbuckerami 496 i 500T, Ibaneza RG550 LTD z Seymour Duncanem TB6 pod mostkiem i Witkowskiego z polskiej produkcji humbuckerem Merlin Hellfire. Po próbach dźwięku zadecydowaliśmy, że wszystkie partie rytmiczne nagramy na olchowym Jacksonie RR1, który zdaniem zarówno naszym, jak i realizatora brzmiał najlepiej z tych wszystkich gitar. TB6 (Distortion) pod mostkiem miał fajny pazur z odpowiednią ilością gruzu, ładnie wybrzmiewały flażolety. Dźwięk był mocny, a jednocześnie selektywny. A konstrukcja neck-through-body zapewniła długie wybrzmiewanie.


A co ze wzmacniaczami i z efektami?


Nagrywaliśmy na dwóch wzmacniaczach: na dość popularnym Peaveyu 6505 (następcy słynnego 5150) i polskim wzmacniaczu Bash Sidewinder, na którym w całości nagraliśmy poprzednią płytę "Next Stop Insanity". Na "Animal..." chcieliśmy uzyskać trochę inne brzmienie, dlatego wszystkie partie rytmiczne nagraliśmy na Peaveyu, natomiast niektóre dogrywki i część solówek zarejestrowaliśmy przy użyciu Sidewindera. Heady dopalone były delikatnie boosterem rodzimej produkcji. Wzmacniacze były podpięte do dwóch paczek Mesa Rectifier 2x12" na głośnikach Celestion Vintage 30. Solówki wzbogaciliśmy kaczką Ibaneza WD7. Reszta nałożonych efektów to urządzenia studyjne dołożone na etapie miksów.


Na co szczególnie zwracasz uwagę, pracując nad brzmieniem?


Dość dużą wagę przywiązuję do selektywności całego zespołu. Dlatego, ustawiając brzmienie gitary, nie staram się go maksymalnie nasycić, dzięki czemu po nałożeniu się na siebie wszystkich instrumentów nie powstaje chaos. Cały zespół musi brzmieć dobrze. Wielokrotnie zdarzało mi się słyszeć gitarzystów, którzy ustawiali bardzo nasycone brzmienia z dużą ilością gainu, przez co muzyka całego zespołu traciła na selektywności. Tak jak mówiłem wcześniej, używam dość dużo środka, ograniczam górę i nie przesadzam z basem - od tego w końcu jest basista. Gitara nie może dudnić ani zatykać się.


Czyli świadomie ograniczasz gain, aby uzyskać odpowiednią selektywność?


Tak, z gainem należy być ostrożnym. Nie przesadzam z jego ilością, żeby nie stracić na dynamice i czytelności wybieranych riffów. Zwłaszcza młodzi gitarzyści powinni zwracać na to uwagę. Gain nie służy bowiem do tego, żeby maskować błędy i rekompensować braki w technice.


Gdybyś miał podać jedną prostą zasadę, której warto przestrzegać podczas pracy nad brzmieniem, grając na scenie, gdzie spotyka się różne warunki, to co by to było?


Chyba najważniejszą sprawą jest mieć własnego kumatego akustyka, który ten cały harmider ogarnia z drugiej strony (śmiech). Ale jeśli nie ma się tego komfortu, to warto pamiętać choćby o tym, żeby nie rozkręcać na cały regulator wzmacniacza, bo wówczas akustyk ma ograniczone możliwości na przodach - mam tu na myśli ustawienie wzmacniacza z kolumną pod takim kątem, żeby się dobrze słyszeć i słuchać sugestii akustyka. Oczywiście jeśli scena posiada odsłuchy, to nie należy bać się prosić o to, żeby się dobrze słyszeć na scenie i czuć się komfortowo. Warto też przećwiczyć wcześniej rozstawianie sprzętu, żeby na scenie robić to sprawnie. Na wielu przeglądach, w natłoku innych zespołów, jest bardzo ograniczony czas na rozstawienie się na scenie i taka praktyka bardzo się przydaje.


Kolejna porcja standardowych pytań, których nie przepuścimy żadnemu gitarzyście (śmiech): Jakie są Twoje ulubione kapele?


Jest ich bardzo wiele i tak naprawdę trudno mi wybrać te najbardziej ulubione. Staram się nie ograniczać wyłącznie do metalu. Tak samo chętnie sięgam po Queen, jak po Dimmu Borgir (śmiech).


A jacy gitarzyści wywarli na Ciebie największy wpływ?


Jako młody chłopak bardzo lubiłem Briana Maya z Queen, ale to ze względu na cały zespół, który należał do moich ulubionych. Potem zafascynowany byłem grą Smitha i Murraya z Iron Maiden, a po wejściu na kolejny szczebel fascynowali mnie: James Hetfield, Alex Skolnick, Dave Mustaine i Chuck Schuldiner. Teraz chętnie słucham Petrucciego, Loomisa, Brodericka oraz Amotta. Lubię też solówki Matta i Coreya z Trivium.


Co możesz powiedzieć o swoich zainteresowaniach pozamuzycznych? W jaki sposób mają one wpływ na to, co grasz? Czy są one równie inspirujące jak muzyka, której słuchasz?


Ostatnio niestety mam coraz mniej czasu na zajmowanie się innymi pasjami. Kiedyś sporo jeździłem na rowerze, prowadziłem dość aktywny tryb życia. Teraz więcej czasu spędzam przed komputerem. Pomijam oczywiście codzienne obowiązki, które w znaczący sposób wypełniają mi czas. Muzyka jest doskonałą odskocznią od codziennych trudów życia (śmiech).


Wiem, że to pytanie zabrzmi dość banalnie, ale czy jesteś... typem tzw. działkowca, który w przerwach pomiędzy tworzeniem zabójczych riffów wypoczywa sobie na łonie natury? W internecie można znaleźć Twoje fotki w stosownej scenerii. Jak się z tego wytłumaczysz? (śmiech).


Tak, zdecydowanie jestem działkowcem, ale biernym. Nie pielę, nie koszę trawy itd. Korzystam z gościnności moich drogich teściów. To doskonała odskocznia od zgiełku dużego miasta. Uwielbiam spędzać czas i odpoczywać w otoczeniu przyrody. Wiesz, idealne warunki do refleksji - spokój, cisza, słychać jedynie ptaki i rechoczące żaby, a do tego fajne żarełko z grilla, zimne piwko i wieczorkiem do kolacji na tarasie coś mocniejszego. Pełen luz i kawał radochy (śmiech).


Jak wygląda Twój program ćwiczeń? Trzymasz się konkretnego planu czy podchodzisz do tej kwestii bardziej swobodnie. W jaki sposób dbasz o to, aby wciąż się rozwijać?


Przede wszystkim koncentruję się na perfekcyjnym opanowaniu naszego materiału i dlatego dość często gram sobie nasze kawałki. Dodatkowo, co jakiś czas, uczę się jakichś nowych zagrywek, pasaży, którym muszę poświęcić więcej czasu, żeby grać je płynnie i dokładnie. Ze względu na wiele innych obowiązków nie mam stałego harmonogramu, sięgam po gitarę wtedy, kiedy mam chwilę wolnego czasu i chcę się zrelaksować.


Czy pamiętasz jakiś moment przełomowy, który zmienił Twoje podejście do życia i gry na instrumencie?


Dużym przełomem w mojej karierze gitarzysty było dołączenie w wieku 18 lat do Testora, było to zaraz po nagraniu przez ten zespół pierwszego oficjalnie wydanego "Through The Back Door". Pamiętam, że spędzałem długie godziny z Wiesiem Jungiem i uczyłem się jego riffów oraz zagrywek, które były dla mnie wówczas szalenie trudne. Mnóstwo dziwnych podziałów rytmicznych, zmian tempa - i wszystko to zagrane dość szybko. To była dla mnie niezła szkoła.


Czy pamiętasz swoją pierwszą gitarę?


Oczywiście, że tak. Co prawda miałem wcześniej jakieś pożyczone pudło od wujka, jednak tą pierwszą zakupioną przeze mnie gitarą była Tosca firmy Defil - koszmarny sprzęt, jeśli porównamy ją z obecnie dostępnymi gitarami (bardzo wysoka akcja strun, marne brzmienie, kiepskie strojenie, wygląd też fatalny) - ale mimo to byłem wtedy z niej cholernie dumny (śmiech).


Co najbardziej lubisz w byciu gitarzystą?


Najbardziej chyba lubię to, że ta zabawa mi się nie nudzi i że wciąż sprawia mi wielką frajdę. A poza tym gitarzysta pozostawia po sobie spuściznę w postaci wydanych płyt czy zagranych koncertów. Jest to wielka przygoda, żałuję tylko, że nie mogę się jej w pełni poświęcić.


Jakie mógłbyś dać rady gitarzystom, którzy poważnie myślą o karierze muzyka w zespole spod znaku cięższych brzmień?


Powiedziałbym tak: jeśli chcecie naprawdę coś osiągnąć w tej muzyce, to musicie się w pełni poświęcić i wszystkie swoje działania skoncentrować na zespole. Najważniejsze jest zbudowanie takiego składu, który doskonale się rozumie i który skupia ludzi mających wspólny cel. Najgorsze są problemy personalne, dlatego szalenie ważne jest, żeby się właściwie dobrać i konsekwentnie krok po kroku dążyć do obranych celów. Myślę, że każdy młody muzyk powinien być tego świadomy.


Co wolisz: pracę w studiu czy występy na scenie?


Lubię jedno i drugie. Na koncertach można dać upust emocjom i spotkać się z publiką, natomiast w studiu jest to praca twórcza wymagająca skupienia, dokładności i koncentracji na szczegółach.


Jakie masz najlepsze i najgorsze wspomnienie z grania na scenie i w studiu?


Tak naprawdę to większość moich wspomnień jest jak najbardziej pozytywna, ale oczywiście zdarzały się też sytuacje dziwne. Pamiętam straszliwą tremę przed moim pierwszym koncertem, zwłaszcza że grałem wtedy szalenie trudny materiał z "Through The Back Door", którego opanowanie było wtedy dla mnie nie lada wyzwaniem. Były też nagłe i nieoczekiwane awarie sprzętu, np. na jednym z przeglądów muzycznych ktoś z innego zespołu wyrwał mi gniazdo ze wzmacniacza, o czym się dowiedziałem po wejściu na scenę i próbie podpięcia gitary do heada. Strasznie nie lubię dużych, ale słabo zorganizowanych spędów, gdzie przerwy techniczne są zbyt krótkie i człowiek na łeb na szyję rozstawia sprzęt. Ze studiem raczej nie mam żadnych złych wspomnień.


Czy kiedy zaczynałeś, łatwo było o sprzęt, materiały do nauki itd.? Jak oceniasz obecną sytuację na rynku materiałów dydaktycznych w kontekście zarówno ich dostępności, jak i jakości?


Myślę, że nie ma czego porównywać. Uważam, że obecnie młodzi gitarzyści mają raj pod względem dostępności materiałów do nauki i zawodowego sprzętu. Przede wszystkim jest internet, a więc różne szkoły gitarowe, YouTube itd., gdzie nie tylko można posłuchać, ale także podejrzeć gitarowych idoli. Są także organizowane warsztaty muzyczne prowadzone przez znanych i doświadczonych muzyków. To, co mi zajęło kilka lat, w dzisiejszych czasach można opanować w kilka miesięcy. To tylko kwestia samozaparcia i intensywnych ćwiczeń. Sprzęt, o którym mogłem pomarzyć dobrych 20 lat temu, jest teraz dostępny w większości sklepów muzycznych i internecie. To, co wybierzemy, zależy wyłącznie od naszych preferencji i zasobności portfela.


Gdzie widzisz siebie za, powiedzmy, dziesięć lat? Jak wyobrażasz sobie Testora w tak odległej przyszłości?


Wiesz, staram się o tym nie myśleć. Nie wiem, czy dalej będziemy grać, czy starczy zapału. Liczy się dla nas teraźniejszość i to, że nadal mamy cholerną ochotę się w to bawić.


Co sądzisz o obecnych gitarowych modach? Jak oceniasz dającą się zauważyć pogoń za sprzętem typu vintage, nawet jeśli w grę wchodzą na przykład nowe, a przy tym sztucznie postarzane gitary? Metal jest chyba odporny na takie fanaberie...


Jestem bywalcem kilku forów gitarowych i faktycznie zauważam tam zjawisko tzw. owczego pędu. Myślę, że często jeden napędza drugiego. Co kilka lat zmieniają się mody. Poza tym nasze gusta też się zmieniają, a ludzie, którzy nie mają ich ukształtowanych, ulegają często sugestii bardziej doświadczonych kolegów. Z gitarami vintage mam w sumie dużo wspólnego. Znam się od lat z właścicielem HR Guitars, który sprowadza na rynek polski świetne, aczkolwiek leciwe, instrumenty. Jest to o tyle fajne, że wypełnia się pewna luka na rynku. Ludzie mają wybór. Mogą kupić gitarę z duszą i często mającą bardzo ciekawą historią. Pomijam już fakt, że bardzo często te stare wiosła potrafią świetnie zagadać. Ja od lat nie miałem fabrycznie nowej gitary. Na ogół kupuję gitary używane, ale w bardzo dobrej kondycji. A nowe, sztucznie postarzane gitary jakoś mnie nie kręcą, ponieważ jest to taki substytut prawdziwego vintage’a z historią.


Gdybyś mógł teraz cofnąć się w czasie i spotkać siebie samego na początku swojej przygody z gitarą, to co byś sam sobie powiedział?


"Rzuć w cholerę ten metal i weź się za porządną muzykę!" (śmiech). Żartuję oczywiście, chociaż ukryte jest w tym ziarno prawdy. Na pewno nakłoniłbym siebie do większej uniwersalności stylistycznej i opanowania innych stylów muzycznych, żeby tym samym być bardziej wszechstronnym gitarzystą.


Jak wygląda sprawa wydania "Animal..."? Jak skończyły się perypetie z wydawcą?


Tak się skończyły, że od czerwca płyta jest dostępna w Europie. W Polsce fani mogą się zgłaszać po płytę, pisząc bezpośrednio do nas (testorband@gmail.com) lub odwiedzając serwisy aukcyjne. W związku z tym, że wydawcą jest firma niemiecka, inny układ nie ma sensu, bo ceny z dołożoną polską marżą zabiłyby potencjalnie zainteresowanych zakupem tego krążka.


Jak oceniasz obecną sytuację na rynku muzycznym?


Niestety oceniam ją źle. Jest mnóstwo znanych i fajnych kapel, które nie mają możliwości zaprezentowania się szerszemu audytorium. Media promują jedynie wybrane style, a cięższego rocka czy metalu w zasadzie w nich nie uświadczysz. Nagrać materiał jest łatwo, o ile zespół dysponuje własnymi środkami, natomiast zdecydowanie trudniej go wydać. Wytwórnie liczą na szybki zysk, dlatego rzadko chcą inwestować w nieznane produkty, nawet jeśli są to prawdziwe perełki. Z koncertami też bryndza. Jest ich co prawda dużo, ale w dużej mierze pojawiają się na nich te same kapele podparte dużymi wytwórniami. Z drugiej strony często organizatorzy fatalnie traktują muzyków, nie oferując im jakiegokolwiek wynagrodzenia, a nawet zwrotu kosztów dojazdu. Paradoksalnie dochodzi do tego, że kapela musi dokładać do interesu, żeby móc się pokazać ludziom na koncercie. Pocieszające jest jednak to, że jest mnóstwo zdolnych i utalentowanych zespołów, które poziomem dorównują zachodnim bandom zza wielkiej wody.

Z jednej strony jest więcej koncertów, wielkich festiwali zrobionych z dużym rozmachem, z drugiej zaś jest coraz ciężej. Większość imprez obstawiona jest przez duże wytwórnie, które promują - rzecz jasna - swoich podopiecznych. Uważam, że w Polsce jest zdecydowanie za mało wytwórni, których właścicielami są prawdziwi pasjonaci. To powinni być ludzie kochający muzykę, a nie zimni, wyrachowani biznesmeni myślący tylko o tym, jak zarobić szybko pieniądze. Jestem też zawiedziony tym, co się dzieje w mediach. Brakuje mi dawnych stacji, które promowały zespoły mniej poprawne stylistycznie. Jakoś nie trafia do mnie fakt, że cięższą muzę emituje się o 3.00 nad ranem, kiedy większość śpi. Popieram całym sercem rozgłośnie internetowe, które nie są jeszcze tak skomercjalizowane.


Czyli raczej trudno utrzymać się z muzyki metalowej w tej chwili? I to pomimo dającego się zauważyć zwiększonego zainteresowanie tego typu muzą w ciągu ostatnich lat?


Bardzo trudno. Myślę, że podobnego zdania jest większość muzyków, którzy żyją z grania. Owszem, zainteresowanie jest, jednak w skali globalnej cięższe brzmienia stanowią mniejszość.


Na koniec powiedz nam, czy jesteś spełniony muzycznie?


I tak, i nie. Doceniam to, że moja przygoda trwa już tyle lat i że udało mi się w tym czasie zagrać wiele fajnych koncertów, a także nagrać i wydać kilka płyt. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w innych okolicznościach, bądź też w innym kraju, mógłbym osiągnąć w tym czasie o wiele więcej. Najistotniejsze jest jednak to, że kocham to, co robię - granie jest to świetny sposób uprzyjemniania sobie życia. Zatem chłopaki i dziewczyny - instrumenty w dłoń i do dzieła!


Sławomir Sobczak

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie