Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Marcin Rychlewski

Marcin Rychlewski

O rewolucyjnym i wielokodowym charakterze muzyki rockowej rozmawialiśmy z Marcinem Rychlewskim - autorem książki "Rewolucja Rocka. Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy."

Skąd pomysł na przedstawienie muzyki rockowej z wykorzystaniem semiotycznej metody badawczej?


Estetyka rocka zawsze interesowała mnie bardziej niż jego uwikłania społeczne. Jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że kultura rocka to coś więcej niż muzyka, teksty piosenek, okładki, wizerunki sceniczne, a zarazem wszystkie te aspekty naraz, to narzędzia semiotyki wydają się odpowiednie do opisu tych zjawisk.
   

Tym sposobem prezentujesz - z braku bardziej adekwatnego przymiotnika - "inteligenckie" podejście do rocka, które, jak podejrzewam, jest w zdecydowanej mniejszości. Fenomen tego gatunku polega także na tym, że można go odbierać w całkowitym oderwaniu od pozostałych elementów, które wymieniłeś. Po prostu, jako czystą rozrywkę, oddziałującą bezpośrednio na emocje. Jak bliska Ci jest taka postawa?


Oczywiście, że jest mi bliska. Jestem przecież przede wszystkim słuchaczem i fanem. Niemniej kiedy próbuje się dokonać jakiejś syntezy, należy starać się o tym zapomnieć. Trzeba bowiem pisać również o tych wykonawcach (czy całych nurtach), których się zwyczajnie nie lubi.


Dlaczego właśnie rock najlepiej nadaje się do przedstawienia triady dźwięk - słowo - obraz?


Nie wiem, czy najlepiej, ale na pewno w przypadku rocka nierozerwalność tej triady wydaje się dużo bardziej widoczna niż na przykład w jazzie, który jest przeważnie instrumentalny, czy w muzyce "poważnej", gdzie obraz nie odgrywa istotnej roli. Muzycy zazwyczaj tak samo wyglądają i podobnie się zachowują. Sądzę, że ta triada mogłaby być także kluczem do opisu innych nurtów muzyki popularnej, na przykład hip hopu. Może ktoś to zrobi.


W jednym z maili napisałeś, że "Rewolucyjność rocka tkwiła w samym 'przekazie', jego sensorycznej intensywności, nie zaś - w kontrkulturowych 'treściach'". Czy semiotyka to dobra metoda do opisania owej intensywności? Innymi słowy, czy wystarcza ona do wyjaśnienia (albo chociaż przedstawienia) rewolucyjnego charakteru rocka?


Żadna perspektywa badawcza nie jest w pełni wystarczająca do całościowego opisu wszystkich zjawisk. Gdybyś mi powiedział, że semiotyka może za takową uchodzić, pierwszy bym protestował (śmiech). Ma ona jednak tę zaletę, że pozwala na utworzenie pewnej mapy problemów i właściwe postawienie pytań. Co istotniejsze wyklucza mówienie o muzyce w izolacji od tekstów, o tekstach w oderwaniu od muzyki itd. Nadal uważam, że główna siła rocka tkwiła w samym "przekazie", dopiero potem w wywrotowych "treściach". Działania Fluxusu czy Akcjonistów Wiedeńskich były nie mniej "rewolucyjne", a jednak to rock'n'roll stał się językiem kontrkultury a nie artystyczna neoawangarda lat 60.


Awangarda z założenia jest niszowa. Skutecznym narzędziem kontrkultury może stać się tylko zjawisko masowe, a takim jest rock'n'roll. Dlaczego właśnie rock'n'roll? Semiotyka nie dostarczy odpowiedzi na to pytanie. Tysiące nastolatków, piszczących na koncercie Stonesów prawdopodobnie nie zastanawiało się nad tym, że np. okładkę do "Sticky Fingers" stworzył dla nich Warhol.


To, że ludzie nie mają świadomości tego, w jaki sposób medium czy dzieło sztuki oddziałuje na ich zmysły, nie oznacza, że nie są przez nie stymulowani. Nastolatek, który spędza czas, grając na komputerze w strzelanki lub gry fabularne, też zazwyczaj nie potrafi uzasadnić teoretycznie, dlaczego go to tak wciąga. Co nie zmienia faktu, że wciąga. A wciąga, bo jest w jakiś sposób skonstruowane. Semiotyka i jej młodsza siostra - teoria mediów zajmuje się nie tylko znakami i kodami, ale również tym, co one z nami robią i jaki jest tego mechanizm. Rock - w przeciwieństwie do najbardziej nawet skrajnych awangard - z nieznaną wcześniej siłą bombardował wszystkie zmysły naraz: uszy, oczy, również zmysł dotyku - rock'n'roll wiązał się z tańcem i (pośrednio) seksem. Ten niesłychanie bodźcowy charakter wynikał z jego wielokodowości (czyli triady dźwięk-słowo-obraz) i intensywności na każdym z poziomów. Rewolucyjność rocka polegała przede wszystkim na tym, że - podobnie jak telewizja, a później komputer -  zmienił on nasz sposób percepcji. Ilustruje to poniekąd podtytuł książki: "Semiotyczne wymiary elektrycznej ekstazy".


Do kogo właściwie kierujesz "Rewolucję rocka"? Do młodych czytelników, czytelników obeznanych z rockową historią, czy może środowiska akademickiego?


Uważam, że ta książka nie jest aż tak przeładowana terminologią naukową, by mogła być przyswajalna wyłącznie dla środowiska akademickiego. Pisałem ją z myślą o tych wszystkich, którzy interesują się rockiem i współczesną kulturą. Bo to przecież książka nie tylko o rocku, ale o kulturze Zachodu od lat 50 ubiegłego stulecia, między innymi o tym, jak rock przestroił nasze zmysły, naszą wrażliwość, a nawet sposób widzenia świata.


Czyli, gdyby nie rock, wciąż tkwilibyśmy w kołtuńskiej, sztywnej atmosferze, typowej dla społeczeństw przełomu lat '50 i '60? (śmiech)


Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Rock ze względu na to, że przemodelował naszą percepcję, odegrał - obok filmu - kluczową rolę, jeśli chodzi o rewolucję obyczajową.


Co dziś w większym stopniu wpływa na zaburzenie funkcjonowania triady: zbanalizowanie muzyki i sprowadzenie jej do poziomu produktu, który odbiera się na bezrefleksyjnym poziomie, czy może technologiczny "postęp" w postaci mp3, który niemal całkowicie wyeliminował związek okładki i, w nieco mniejszym stopniu, tekstów z muzyką?


Nie przesadzaj, dzisiejsza muzyka nie jest zła. Wydaje mi się, że żyjemy w najciekawszych czasach od przełomu lat 60. i 70. Kultura mp3 rzeczywiście zmieniła wszystko: zwirtualizowała muzykę, oderwała od nośnika, zredukowała rolę okładek. W porównaniu z epoką longplaya triada, o której mówimy, uległa rozszczepieniu - obraz (zresztą równie wirtualny) przeniósł się do YouTube'a. Te trzy elementy oczywiście nie zniknęły, ale istnieją dziś w innej konfiguracji, dlatego że "album" jako wielokodowa "całość" nie jest już formą dominującą.


Co więcej, zachwianiu ulega również funkcjonowanie albumu jako całości muzycznej. Niektórzy twierdzą, że przyszłością rynku muzycznego jest sprzedaż pojedynczych piosenek. To swoiste cofnięcie się w odległą przeszłość, kiedy podstawowym nośnikiem był singiel, a jednocześnie skrajna marginalizacja triady, o której rozmawiamy.


Single też miały okładki, inna sprawa, że w pierwszych latach rock'n'rolla dość do siebie podobne. Do całkowitego rozpadu tej triady nie dojdzie, bo obraz nadal będzie odgrywał ważną rolę - przecież to nie tylko okładki, ale również występy na żywo, wizerunek sceniczny, moda, teledysk itd. W przypadku widowisk rockowych jego rola jest przecież ogromna: te wszystkie lasery, rekwizyty, filmy puszczane na ogromnych ekranach i inne efekty, które pojawiają się jak w kalejdoskopie, mają wraz z muzyką i słowami piosenek wprawić odbiorcę w stan zmysłowego oszołomienia.


W książce zdecydowanie dominuje rock progresywny; na ile wynika to z Twoich osobistych zainteresowań muzycznych, a na ile spowodowane jest faktem, że właśnie na gruncie rocka progresywnego najwyraźniej można dostrzec ową triadę?


O rocku progresywnym piszę sporo, ale nie zawsze jest to apologia tego nurtu (śmiech). Owa triada rzeczywiście przybiera tam postać niemalże modelową, chociaż można by ją z powodzeniem analizować na przykładzie chociażby Led Zeppelin. Przymierzam się do takiego tekstu. Poza tym rozbudowanie wątku, związanego z klasycznym rockiem progresywnym, miało jeszcze jedno uzasadnienie: uważam, że dzisiejszy szalony wręcz eklektyzm muzyczny ma swoje korzenie w psychodelii lat 60 i rocku progresywnym właśnie. Nie chodzi mi o bezpośrednie nawiązania i wpływy, tylko o podobny sposób myślenia.


O czym dokładnie będzie tekst, o którym wspomniałeś?


Mam na razie jego ogólny zarys. Chciałbym wypunktować główne cechy stylu Led Zeppelin, zobaczyć jak się one przenikały na poziomie muzyki, tekstów, okładek, wizerunku scenicznego. "Twardy", riffowy rhythm'n'blues i "miękki" folk z wpływami orientalnymi, samczy, seksistowski hedonizm tekstów i panteistyczny mistycyzm, Tarot i okultystyczne inspiracje na okładkach pomieszane z motywami cywilizacyjnymi, wreszcie występy, utrzymane w poetyce jakiegoś dionizyjskiego misterium. Słowem, interesuje mnie to, co potocznie nazywa się "magią" Zeppelinów, a co przecież jest jakoś skonstruowane.


Jaki jest Twój stosunek do wprowadzania do muzyki podziału na gatunki wyższe (klasyczna, jazz) i niższe? Moim zdaniem, w muzyce wszystko się przenika. Cliff Burton zafascynowany był Bachem, a thrashmetalowa Mekong Delta nagrała swoją wersję "Obrazków z wystawy" Musorgskiego.


Ja uważam, że nawet podział na muzykę "poważną" i rozrywkową jest sztuczny, chyba że traktujemy go jako skrót myślowy na oznaczenie muzyki opartej na partyturze i tej, którą utrwala się bezpośrednio w studio nagraniowym. Każda muzyka jest rozrywkowa w tym sensie, że słucha się jej dla przyjemności. Z drugiej jednak strony opozycja wyższe-niższe istnieje w świadomości społecznej, mimo że postmodernistyczni intelektualiści próbują nam wmówić, że tak nie jest. Problem w tym, że zawartość poszczególnych rejestrów się historycznie zmienia. Kiedyś Beatlesów lokowano w rejestrze "niskim", obecnie prawie wszyscy zgadzamy się, że stanowili oni jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce XX wieku (nie tylko popularnej). Mówisz, że dzisiaj w muzyce wszystko się przenika. Zgoda i to jest fascynujące, ale pamiętajmy, że początki tego zjawiska sięgają przełomu lat 60. i 70. Zanim Mekong Delta nagrała "Obrazki z wystawy" zrobił to zespół Emerson & Lake and Palmer. A miałem już nic nie mówić o rocku progresywnym (śmiech)


No właśnie, tymczasem miłośnicy klasycznego rocka spod znaku Led Zeppelin, Black Sabbath czy Deep Purple mogą poczuć się nieco zawiedzeni doborem muzycznych przykładów w książce. Dlaczego zdecydowałeś się zmarginalizować zespoły, które dla uproszczenia można wrzucić do worka z etykietą 'hard rock'?


Kiedy pisze się książkę, która ma stanowić rodzaj teoretycznej matrycy, po prostu nie da się omówić wyczerpująco wszystkich zespołów i nurtów. To niewykonalne. Większość moich znajomych z reguły zaczyna lekturę "Rewolucji rocka" od indeksu wykonawców i sprawdza, czy jest zespół, który uważają za ważny. I pierwsza reakcja: dlaczego nie ma nic o Pixies?! Albo: właśnie, dlaczego tak mało na temat ciężkiego rocka?! Ja mam nadzieję, że dyskusja na temat kultury rocka z udziałem różnych środowisk (muzyków, dziennikarzy, naukowców) dopiero się w Polsce rozpoczyna.


Czy "Rewolucja rocka" może taką dyskusję zapoczątkować, i jak - Twoim zdaniem - będzie ona wyglądać?


Marzy mi się duża konferencja, składająca się nie tylko z referatów, ale również - a może przede wszystkim - dyskusji panelowych. Z udziałem dziennikarzy, kulturoznawców, muzykologów, semiologów i tych fanów, którzy czują, że mają do powiedzenia coś ważnego. Dobrze byłoby również, gdyby czasopisma muzyczne stały się miejscem polemik i wymiany poglądów. Przecież to, co nazywamy "kulturą rocka", tworzą nie tylko muzycy, ale my wszyscy.


Poza nielicznymi wyjątkami (np. Tool) zabrakło również odniesień do współczesnego rocka. Wspomniałeś, że za muzykami pokroju Mansona nie stoi nic poza cyniczną wyprzedażą rockowego etosu. Czym właściwie jest 'rockowy etos' i czy rzeczywiście istniał on kiedykolwiek, skoro niemal każdy z największych tzw. rockowych zespołów wszech czasów (wszystko jedno, czy mówimy o Led Zeppelin czy o Pink Floyd) bardzo szybko dawał się porwać machinie show biznesu?


Tych odniesień do rocka ostatnich dwudziestu lat nie jest aż tak mało, jak sugerujesz, w zasadzie na nim koncentruje się cały ostatni rozdział. Rockowy etos utożsamiam z nonkonformizmem, przekraczaniem rozmaitych schematów i norm: estetycznych, społecznych, obyczajowych. Dzisiaj w zasadzie nie bardzo jest co przekraczać, bo wszystko chyba zostało już przekroczone. Żyjemy w świecie "po wielkiej orgii", jak to ujął Jean Baudrillard w "Przejrzystości Zła". To samo dotyczy literatury, filmu i sztuk plastycznych. Dalsze eksploatowanie strategii prowokacji i stosowanie "terapii szokowej" trąci dla mnie koniunkturalizmem. Szczególnie jeśli odbywa się w dobrze mi znanych kostiumach. Natomiast rock, i tu masz rację, w zasadzie od zawsze charakteryzował się pewnym rozdwojeniem: z jednej strony, pragnąc zachować wiarygodność, musiał kontestować show business, z drugiej jednak - to przemysł rozrywkowy stanowił dla niego falę nośną, gwarantującą masowy status. Ta nieusuwalna sprzeczność tkwiła w rock'n'rollu od samego początku. Wynikała z logiki kapitalizmu.


Skoro prowokacja, przekraczanie granic i łamanie schematów dziś nie mają już racji bytu, to czy rockowy etos ma szansę przetrwać? Czy jesteśmy skazani na grzecznych chłopaków, grających grzeczną muzykę, nazywaną dziś rockiem, którzy nawet nie próbują przełamywać jakichkolwiek barier?


Niekoniecznie. Zwróć uwagę, że od dłuższego czasu obserwujemy kontrkulturowy ferment, podobny do tego, którego kulminacją był paryski Maj 1968 roku i Woodstock. Demonstracje "oburzonych", protesty internautów i różne inne "oddolne", coraz bardziej masowe inicjatywy, wymierzone w establishment. Rock może tutaj znowu odegrać ważną rolę i nie musi to oznaczać przywdziewania starych "buntowniczych" kostiumów. One już się zużyły. Żeby kontestować społeczne status quo nie trzeba dziś pozować na rozjuszoną bestię.


W książce zahaczasz również o punkową rewolucję, czyli pierwszą falę brytyjskiego punka z lat 1976-1977. Przy okazji, celnie punktujesz paradoksy, którymi nacechowany był ten ruch, zwłaszcza biorąc pod uwagę dwójkę czołowych przedstawicieli - Sex Pistols i The Clash. Jak dziś oceniasz rzeczywisty wpływ punka na muzykę rockową? Wydaje się, że nie zachwiała ona pozycji rockowego establishmentu, choć chyba nieco go wystraszyła. O Johnny'm Rottenie wspomina z niechęcią nawet Keith Richards w swojej autobiografii.


Oczywiście, że punkowa rebelia nie zmiotła rockowego establishmentu. Zresztą dla zespołów takich jak The Rolling Stones, Pink Floyd czy Queen największym zagrożeniem nie był punk, tylko coraz bardziej modna muzyka dyskotekowa. Znamienne, że pod koniec lat 70. większość ówczesnej rockowej ekstraklasy, chcąc nadal brylować na listach przebojów, zaczęła otwarty flirt z disco oraz konwencjonalną muzyką pop. Moim zdaniem punk przywrócił rockandrollowi dawną witalność w momencie, kiedy wielu zespołom estrada rockowa zaczęła się mylić z filharmonią. Poza tym młodemu wówczas pokoleniu na powrót dał wiarę w to, że granie rocka nie musi się wiązać z wirtuozerskimi umiejętnościami i tonami drogiego sprzętu.


Flirt z popem w latach '80 rzeczywiście zachwiał wiarygodnością rocka. Tutaj jednak na ratunek przyszedł grunge. Jeszcze bardziej gorzka pigułka dla rockowych potentatów, a przy tym bardziej skuteczna niż punk.


Masz rację, trzeba jednak pamiętać, że starzejący się rockowi giganci, nagrywający coraz słabsze albumy, powoli przestawali być konkurencją dla grunge'u czy brit popu.


Twoim zdaniem do historii rocka przechodzi się nie tylko za sprawą piosenek czy całych albumów (jak wszechstronny Led Zeppelin), ale również dzięki charakterystycznemu brzmieniu (np. Black Sabbath). Ja jednak upierałbym się, że są to kwestie nierozerwalne. Trudno np. analizować muzykę LZ w oderwaniu od ich brzmienia, uwypuklonego przez producencki geniusz Page'a, np. jeśli chodzi o brzmienie bębnów Bonhama.


Ale ja uważam tak samo. Powiedziałem o brzmieniu jako czymś na kształt stylistycznej sygnatury, żeby podkreślić, jak bardzo rock jest związany z  technologią, produkcją nagrań, wreszcie - dźwiękową innowacyjnością. Dzięki temu Pink Floyd czy Black Sabbath rozpoznasz po zaledwie kilku dźwiękach. Podobnie jest z wieloma innymi zespołami. Robert Fripp jako gitarzysta ma tak charakterystyczne, "neurotyczne" brzmienie, że rozpoznałbym go nawet, gdyby zagrał solówkę u Lady Gagi.


Powiedziałeś wcześniej, że żyjemy w najciekawszych czasach od przełomu lat '60 i '70. Jak widzisz przyszłość rocka?


Myślę, że rock będzie rozwijał się w kierunku eklektyzmu, swobodnego łączenia wszystkiego z wszystkim bez żadnych barier. Rock progresywny po latach odsądzania od czci i wiary, znowu staje się modny. Słychać to w nagraniach tak różnych wykonawców, jak Muse, Elbow, Coldplay, Opeth, Sufjan Stevens, MGMT czy Fleet Foxes. W przyszłość rocka - czy w ogóle muzyki - patrzę z entuzjazmem.


Szymon Kubicki
Małgorzata Napiórkowska - Kubicka

GALERIA
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie