Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Maciej Janas (Ketha)

Maciej Janas (Ketha)

Albumem "2nd Sight" Ketha udowodniła, że nadal pozostaje jednym z najciekawszych polskich zespołów grających ciężką muzykę. Do tego robiących to w na tyle oryginalny i nieschematyczny sposób, by uznać go za kontynuatora w linii prostej Kobonga i bliskiego krewnego Nyia.

Drugie spojrzenie na muzykę Ketha to dosyć niebezpieczna dla słuchacza konfrontacja z dźwiękowym szaleństwem. Nie jesteście dla słuchacza zbyt łagodni…


Materiał jest wymagający, prawda, ale myślę, że przy tym dość wciągający. Całość powstawała długo, jeszcze dłużej była nagrywana, więc nie ma tam nieprzemyślanych miejsc. Każdy niuans dopracowaliśmy tak jak chcieliśmy. Być może pierwsze zderzenie nie dla wszystkich będzie przyjemne. Album z pewnością wymaga od słuchacza otwartości na rzeczy trochę nienormalne, ale warto (śmiech).


Gdy materiał był już gotowy zrezygnowaliście z dalszej współpracy ze swoim wokalistą, Rafałem, który trzyma obecnie mikrofon w Decapitated…


Raczej doszliśmy wspólnie do wniosku, że to nie ma sensu. Decapitated to potężny band i jeśli w nim lądujesz, wszystko już dzieje się pod jego dyktando. Oczywiście próbowaliśmy najpierw szukać jakiegoś rozwiązania, nagraliśmy nawet wokale z Rafałem, ale w pewnym momencie nieuchronne było to tzw. "rozejście" (śmiech). Odbyło się bez żadnego żalu, sam byłem jednym z wielu dopingujących Wacka do reaktywacji Decapitated, kiedy jeszcze grał z Vader i cieszę się, że mu się udało. Na lepszego wokalistę niż Rafał nie mógł trafić.


Już ponoć na etapie tworzenia płyty założyłeś, że utwory na niej będą z siebie niejako naturalnie wynikać. Czy nie myślałeś np. o pójściu w tej kwestii na całość i popełnieniu albumu pokroju ostatniego Morowe czy "I" Meshuggah?


Myślałem i chyba nawet wymyśliłem, ale to się pojawi na naszym kolejnym wydawnictwie (śmiech). Oczywiście nie śmiałbym się zestawiać z "I" Meshuggah, bo ten krążek to absolut i w gruncie rzeczy zupełnie inny rejon muzyczny od naszego. Jednak w samych założeniach stworzenia jednej muzycznej, EP-kowej parówy jest dla mnie wzorem. Morowe dość fajowe, chociaż inspiracją dla nas nie będą.


Uważam, że stale podążacie swoją drogą muzyczną i udaje się Wam tworzyć dźwięki o tyle oryginalne, że nie wzbudzające nachalnych skojarzeń z innymi zespołami. Jak osiągacie ten efekt? Kwestia tego, że nie jesteście obecnie zamknięci na jeden, góra dwa gatunki muzyczne?


Głupio jest się zamykać na cokolwiek, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy jest tyle możliwości tworzenia przeróżnych dźwięków. My od początku założyliśmy, że będziemy grali nieszablonowo, przeciwko schematom, obojętne o jaki rejon w danym miejscu się otrzemy. Spodziewam się, że w przyszłości możemy zupełnie zmienić kierunek naszego lotu...Wracając do teraźniejszości - tworząc “2nd sight" inspirowałem się całą masą nagrań, najczęściej raczej starych i niemetalowych, za to z ogromną dawką groove gdzieś pod spodem. U nas jest podobnie, przestrzenna góra, rozmyte wokale i kop od samego dołu, prosto w szczękę (śmiech).


Często porównują Was do Kobong, co, odnoszę takie wrażenie, średnio Was cieszy. Irytuje Cię to, że ludzie szukając uproszczeń porównują Was do zespołu od którego jednak sporo Was różni? W sumie moim zdaniem Wy znaleźliście już swoją drogę niekoniecznie zbieżną ze stylistyką Kobong.


Kobong był dla mnie zapłonem, wyraźną wskazówką, że da się ciężko, a przy tym bardzo ciekawie. Obudził we mnie emocje jakich wcześniej nie znałem. Nie irytuję się więc faktem stawiania nas w jednym szeregu, bo do tej pory reaguję żywo na dźwięk ich nazwy. 15 lat po premierze, “Chmury nie było" jest nadal nowatorskim materiałem. Chciałbym, żeby nasze płyty też tak znosiły próbę czasu, ale w żadnym razie nie chcę, abyśmy mieli łatkę “Kobong nr 2".


Intryguje mnie okładka płyty. Postać na niej niby płonie, ale to raczej - w kontekście materiału - nie symbol wypalenia artystycznego (śmiech).


Cóż, okładka jak to zwykle bywa, jednym się podoba, innym nie. Nie pamiętam dokładnie, co miałem w zamyśle, kiedy ją rysowałem, bo powstawała bardzo powoli, przez cały okres prac nad płytą. Wypalenie artystyczne chyba nie, jeśli już to ludek płonie od ilości pomysłów (śmiech).


Nazwę zespołu piszecie dość "chaotyczną" czcionką, podobnie opisaliście oprawę graficzną płyty. Wiesz, mnie w kontekście muzyki Ketha kojarzy się to z opisaniem Waszej twórczości jako "chaosu kontrolowanego".


W tym albumie nie chodziło o to, żeby było prosto, on ma frapować, zaciekawiać i wsysać cię za każdym razem, jeśli oczywiście masz chęć odnalezienia się w całej tej krainie dziwactw. Chaotycznie wbrew pozorom nie jest, to bardzo poukładany materiał, natomiast trzeba mu dać trochę czasu żeby się z nim osłuchać.


Na "2nd sight" pojawili się goście. I o ile np. udział Maćka Miechowicza w roli gitarzysty nie dziwi, to pojawienie się Vogga w roli akordeonisty już bardziej. Skąd taki pomysł? Zainspirowało Was to, co zrobił na "Autoscopii" Blindead?


Nie chcę wyjść na ignoranta, ale słabo pamiętam "Autoscopię" i nie bardzo kojarzę co tam Wacek nagrał, natomiast to żadna tajemnica, że kończył Akademię Muzyczną na akordeonie. Wydało mi się ciekawsze umieścić go na płycie  właśnie z tym instrumentem. Jako gitarzystę zna go pół świata, a i miejsca na jakiś jego gitarowy popis nie było. Monsieur Miechowicz z kolei miał dograć coś do jednego utworu, wyszło mu, że dograł do trzech i wszędzie zrobił absolutny kosmos. Nie wyobrażam sobie teraz tych utworów bez jego udziału. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby na kolejnej płycie miało go nie być.


Mieliście chyba problem ze znalezieniem wydawcy na "2nd sight". Wydawcy nadal obawiają się współpracować z artystami tworzącymi coś oryginalnego. Cały czas mam też wrażenie, że słuchacze lubią "kopistów", zamiast muzyków, którzy starają się zaprezentować nowe obszary muzyczne bądź przynajmniej nowe interpretacje już odkrytych.


Wydawcy wolą zarabiać pieniądze niż inwestować w nowe bandy. Dla nich to naturalna kolej rzeczy, bo prowadzą biznes, a przecież w biznesie nie o sentymenty chodzi. My w każdym razie nie spodziewaliśmy się zainteresowania od dużych graczy na naszym rodzimym rynku, więc się specjalnie nie rozczarowaliśmy. Co do słuchaczy, dla większości z nich muzyka to rozrywka i nie chce im się zagłębiać w bandy, które poszukują czegoś nowego. Wolą sprawdzone patenty, bo “jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę" (śmiech). Przykłady Dillinger Escape Plan czy Meshuggah pokazują jednak, że warto być konsekwentnym i robić swoje, bez oglądania się na boki.


Jak wygląda u Was kwestia koncertów? Czy teraz, po wydaniu płyty pojawiało się więcej propozycji? Pamiętam, że kiedyś dostaliście nawet propozycje supportowania Dillinger Escape Plan…


Specjalnego ruchu nie ma, mieliśmy wprawdzie zagrać tu i tam, ale jak przyszło do konkretów tematy ucichły (śmiech).


Skoro o gigach mowa nie możemy pominąć Waszej trasy z Minsk, na którą trafiliście jednak przypadkowo.


Tak, najpierw miał jechać Blindead, ale szczęśliwie dla nas z jakichś tam względów nie mogli i Tomek Jurek, ówczesny organizator Asymmetry Festival, zaprosił Kethę. Koncerty były różne, w salach małych, mniejszych, a czasem większych i pięknie zorganizowanych. Szwajcaria nie na darmo słynie z doskonałości pod każdym względem (śmiech). Minsk to fantastyczni ludzie, naprawdę świetnie razem się jeździło. Mam nadzieję, że ich rozpad jest z gatunku tymczasowych.


Mijający rok stał pod znakiem eksperymentów muzycznych, które zastosowały często mainstreamowe zespoły. Mówię tutaj o "Lulu" Metalliki i Lou Reeda, nowych albumach Morbid Angel i Korna. Co sądzisz o tych krążkach?


Gdyby “Lulu" trwała z 20 minut nie byłaby wcale taka zła (śmiech). Niestety trwa trzysta razy za długo. Nie byłem nigdy fanem Metalliki, więc nie mam emocjonalnego stosunku do tego co robią. Ucieszyłbym się za to bardziej z albumu na kształt “Load", niż z takich wydumanych eksperymentów. Morbid Angel wielkim bandem był, a teraz bywa. Są dobre miejsca na nowej płycie, są też bardzo złe. Wolę ich wcześniejsze literki alfabetu, ze wskazaniem na D i potrójne F. W Kornie podoba mi się, że cały czas im mało, cały czas kombinują, szukają nowego brzmienia. Nawet jeśli wychodzi im to ze średnim skutkiem, to wiesz “Life Is Peachy", “Issues", “Follow the leader" - oni i tak są mistrzami świata.


Skoro o kolaboracjach mowa - oczekujesz pyty Pendereckiego z Greenwoodem?


Nie słyszałem ich wspólnego koncertu, nie wiem czy była to kolaboracja udana. Penderecki nie potrzebuje ulepszeń, sam w sobie jest genialny i kompletny, ale jako jego fan na pewno kupię każde nowe wydawnictwo.


Na koniec wspomnijmy może o Twojej pracy zawodowej. Niewielu słuchaczy wie, że jesteś pracownikiem w Gadu-Gadu. Szykujecie może nową wersję aplikacji?


Akurat już nie jestem (śmiech). Zakończyłem prace nad nową grafiką komunikatora i zdecydowałem się na powrót do Krakowa. Wreszcie! Takie życie na dwa miasta wiele  komplikowało w funkcjonowaniu zespołu, że o sprawach osobistych nie wspomnę. Nowa wersja GG powinna ujrzeć światło dzienne lada moment i na pewno będzie bardzo ładnie wyglądać (śmiech).


Jacek Walewski
Zdjęcia: Mateusz Młyniec

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie