Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Corey Beaulieu (Trivium)

Corey Beaulieu (Trivium)

Trivium to najbardziej popularny amerykański zespół metalowy ostatnich lat. Grupa wydała niedawno swój piąty studyjny album zatytułowany "In Waves". A co nowego u gitarzystów Coreya Beaulieu i Matta Heafy?

Czym różni się ich nowa płyta od ostatniego albumu "Shogun"? Tego wszystkiego dowiemy się od Coreya. Porozmawiamy z nim o bolesnych narodzinach albumu, o nowej gitarze firmy Jackson, która ma ukazać się na początku nowego roku, a także dowiemy się, co oznacza określenie "solówki mojego taty"

Trivium pojawił się na profesjonalnej metalowej scenie dziewięć lat temu. Muzycy zrobili wielkie wrażenie swoją superszybką i techniczną grą. Byli pewni siebie, konsekwentni w działaniu i nieprzejednani w dążeniu do celu. Ich pierwszy album studyjny "Ember To Inferno" (2003) zmiótł z powierzchni wszystkie inne pomniejsze zespoły numetalowe tamtego okresu. Można powiedzieć, że w dużym stopniu dzięki Trivium do łask wróciły porządne metalowe solówki zabite przez nu metal. Muzycy narobili dużo zamieszania swoimi superszybkimi riffami. Ale nawet tacy niepokorni artyści muszą kiedyś dorosnąć. Płyta "In Waves" jest na pewno dziełem bardziej dojrzałym niż poprzednie wydawnictwa, a obaj gitarzyści grają z większym wyczuciem i lepszym smakiem. Stali się nieco bardziej oszczędni, jeśli chodzi o formę, zwracając przy tym zdecydowanie większą uwagę na treść. Corey potwierdził to w rozmowie z nami - stał się poważnym artystą, który chce wyrazić za pomocą muzyki coś ważnego.

Matt twierdzi, że "In Waves" to największe dzieło Trivium. Zgadzasz się z tym?


Nie lubię nadużywać wielkich słów, ale również uważam, że ta płyta jest bardzo dobra. Myślę, że to jeden z naszych najlepszych jak do tej pory wydawnictw: najlepsze kompozycje i najlepsze brzmienie, jakie do tej pory udało nam się uzyskać. Udało nam się napisać dokładnie takie utwory, na jakich nam zależało, i wszystkie je zarejestrowaliśmy. Nad materiałem pracowaliśmy osiem miesięcy, potem weszliśmy do studia i zaczęliśmy nagrywać. Byliśmy bardzo skoncentrowani na celu. Nie wyolbrzymialiśmy problemów, nie traciliśmy czasu na wygłupy, nikt nam nie przeszkadzał. Choć nie gonił nas żaden termin, pracowaliśmy bardzo systematycznie i sprawnie - do nagrywania gitar podchodziliśmy bardzo poważnie, ja zarejestrowałem swoje partie gitarowe w ciągu tygodnia. Takie podejście jest też dobre z finansowego punktu widzenia, ponieważ czas studyjny kosztuje. Bycie wydajnym jest więc dobre dla konta bankowego.


Płytę nagraliście po dość trudnym dla Was okresie. Wyrzuciliście z zespołu swego perkusistę...


Tak, to prawda. Już przy nagraniu poprzedniej płyty mieliśmy w zespole pewne problemy, ale udało nam się je rozwiązać na długo przed nagraniem "In Waves". A więc konflikt wewnątrz grupy narastał już wcześniej i można powiedzieć, że tak na dobre wybuchł on podczas nagrywania albumu "Shogun". Wszystko kotłowało się pod powierzchnią, aż w końcu miarka się przebrała. Musieliśmy coś z tym zrobić. Przyjęliśmy nowego perkusistę, Nicka Augusto, z którym pracuje nam się świetnie. Po tej zmianie wszystko wróciło do normy, zanim rozpoczęliśmy pracę nad naszym nowym albumem.


Fani Trivium spodziewają się dużej dawki shredu i gry technicznej...


Ten album nie jest aż tak techniczny jak nasze poprzednie dokonania, ale fani zakładają, że taki właśnie będzie. Niektórzy mówią, że to płyta bardzo techniczna i gęsta. Owszem, można mieć takie wrażenie, bo dużo się na niej dzieje - jest na niej dużo szczegółów i słychać sporo instrumentów. Jednak prawda jest taka, że większość riffów nie jest tak techniczna, jak mogłoby się wydawać. Wiele rzeczy uprościliśmy. Na przykład główny riff w utworze "In Waves" składa się z dwóch nut. Kiedy ukazała się płyta "Ascendancy" (2005), naokoło pełno było zespołów grających numetalowe proste riffy, rzadko który z nich grał prawdziwe solówki. Teraz z kolei jest całe mnóstwo gitarowych shredderów grających partie niesamowicie skomplikowane technicznie. Potrafią wystrzelić milion nut na minutę, ale żaden z tych riffów nie zostaje nam w głowie na dłużej. Taka właśnie jest reakcja na przesyt. Dlatego tym razem chcieliśmy się skupić przede wszystkim na prostych, chwytliwych zagrywkach i riffach; na ciekawych akordach i sprawdzonych motywach rytmicznych.


Czy ten nowy album będzie dużym zaskoczeniem dla Waszych fanów?


Nie, nie powinien być dla nich zaskoczeniem. Zresztą nigdy nie nagraliśmy dwóch takich samych płyt, więc nikt nie powinien być zaskoczony. To metal w stylu Trivium, tyle że jego nowa wersja, i nie jest to na pewno kontynuacja "Shoguna". Od ostrych riffów, ryków i wybuchów przechodzimy do akustycznych gitar i falsetów. Udało nam się połączyć metal z czymś lżejszym - cięższe partie zgrabnie przeplatają się z motywami bardziej melodyjnymi.


Z których momentów na płycie jesteś najbardziej zadowolony?


Moim ulubionym fragmentem na tej płycie jest czysta partia gitarowa w utworze "Caustic Are The Ties That Bind". Podoba mi się dynamika tego motywu - najpierw jest przejście do czystej partii, później wszystko narasta i następuje solo oraz gra w harmoniach. To wspaniały moment. Kolejnym moim faworytem jest kawałek "A Skyline’s Severance", który zawiera prawdopodobnie najbardziej techniczne solo, jakie kiedykolwiek nagrałem. Myślałem, że trochę mi zajmie wymyślenie tej solówki, ale wyszła mi ona od razu, i to zupełnie od niechcenia. Jest naprawdę szybka i mocno wykorzystująca string skipping.


Niektóre partie wokalu są naprawdę ciężkie. Czy musiałeś przez to zmienić swój sposób gry?


Raczej nie, bo zawsze zaczynamy od komponowania muzyki. Na tej płycie Matt zdecydowanie bardziej wczuł się w klimat - nie chciał tylko zaśpiewać swoich partii, chciał je poczuć. W ciężkich utworach naprawdę się nakręcał i krzyczał głośniej niż kiedykolwiek przedtem. Wchodząc do studia, każdy z nas miał w głowie jakieś brzmienie i wyobrażenie tego, jak powinna finalnie brzmieć ta płyta. Dodatkowo inspirowało nas wszystko, co działo się w studiu. Album jest więc wypadkową wyobrażeń na temat muzyki każdego z nas i wpływania na siebie nawzajem. Ja atakuję instrument w typowy dla mnie sposób, nie zawsze agresywnie. Nie założyłem sobie, że mam brzmieć groźnie i bardzo ciężko. Po prostu zacząłem grać, i tyle. Zresztą, efekt słychać na płycie.


Czy między Tobą a Mattem jest jakiś element rywalizacji?


Podzieliliśmy się solówkami po równo. Na tę płytę Matt chciał napisać prostsze, bardziej melodyjne solówki. Wcześniej szalał na gitarze, teraz szuka czegoś innego. Nie ćwiczy już tak dużo, nie chce zostać najszybszym shredderem na świecie. Idzie bardziej w stronę... "solówek mojego taty", jak je nazywamy. Gra solówki w stylu gitarzystów lat 70., których słuchali nasi rodzice. Jest w nich znacznie więcej pentatoniki, ich charakter jest bardziej bluesowy, są też mniej skomplikowane i z bardziej melodyjnym frazowaniem.

Z kolei moje podejście do solówek nie zmieniło się zanadto. Wchodzę i gram, tak jak zawsze to robiłem: wrzucam do nich wszystkiego po trochu. Dzięki temu łatwo jest odróżnić partie Matta od moich; stajemy się łatwiej rozpoznawalni, ponieważ stworzyliśmy dwie odmienne przestrzenie stylistyczne. Od razu wiadomo, że daną solówkę gra Matt, gdyż moje solówki są zagrane w zupełnie innym klimacie.


Czy wciąż jesteś pod wrażeniem gry Matta?


Najbardziej zadziwia mnie sposób, w jaki Matt tworzy riffy. Chodzi mi o sam proces myślowy. Czasami ma tak odjechane pomysły, że zupełnie nie wiem, skąd on je bierze. Weźmy na przykład środkową część utworu "Inception Of The End", w której po ciężkiej partii następuje motyw grany w harmoniach, a do tego mamy te przedziwne chromatyczne pochody dźwięków. Z kolei po solówce w "Dusk Dismantled" następuje blackmetalowa partia, później wchodzi gitara akustyczna z bardzo ciekawą melodią. Utwór ma bardzo metalowy, złowieszczy charakter. Ja nigdy nie potrafiłem stworzyć takiej muzyki. Myślę, że Matt przechodził poważną fascynację muzyką poważną, zanim wszedł do studia, żeby nagrać tę płytę!


Powiedziałeś, że jesteś zadowolony z brzmienia. Jak Ci się udało je osiągnąć?


Gdy już znaleźliśmy odpowiedni sprzęt, postanowiliśmy nie kombinować za mocno i stworzyć możliwie najprostszy zestaw. Partie rytmiczne nagraliśmy na gitarze Gibson Les Paul Custom należącej do Matta. Przetestowaliśmy sporo wzmacniaczy i efektów, aż w końcu padło na overdrive Maxona wpiętego w Peaveya 5150. Mieliśmy dwie paczki Mesa Boogie: jedna kolumna była normalnych rozmiarów, a druga to powiększona 4 x 12". Różniły się między sobą brzmieniem, dzięki czemu doskonale się uzupełniały. Do partii prowadzących i melodii używałem Peaveya 6534+ podpiętego do kolumny Mesa Boogie z efektem Maxon z przodu. Do solówek stosowałem też efekt Eventide Harmonizer. Poza tym do czystych partii używaliśmy wzmacniaczy Orange i Vox.


Na jakich gitarach grałeś w studiu?


Przede wszystkim grałem na gitarze King V, którą dostałem od firmy Jackson w 2005 roku. Przetestowałem kilka innych wioseł, ale ta gitara brzmiała w warunkach studyjnych najlepiej. Nie grałem na niej przez długi czas. Kiedy wziąłem ją do ręki po tak długiej przerwie, uznałem, że trzeba by coś w niej zmienić. Zainstalowałem więc przetworniki Seymour Duncan Blackouts. Colin Richardson, nasz producent, stwierdził, że to najlepiej brzmiący przetwornik przy gryfie, jaki kiedykolwiek słyszał w studiu. Jeśli ktoś używa tych przetworników, powinien ich używać do nagrywania, bo brzmią genialnie.


Nie jesteś już takim fanem gitar Dean jak kiedyś. Czy nie spełniają one Twoich oczekiwań?


Dałem sobie spokój z tymi wiosłami. Po odejściu Deana Zelinsky'ego miałem wrażenie, że jakość gitar z roku na rok jest coraz gorsza. Jak już dostaliśmy swoje gitary, nikt się nami nie przejmował. Nikomu nie zależało na tym, żeby promować sygnowane przez nas wiosła Razorback. Nikogo nawet nie obchodziło, czy na nich w ogóle gramy. W czasopismach wciąż występujemy z naszymi starymi gitarami. Poza tym byliśmy coraz bardziej niezadowoleni z jakości gitar - często psuły się w trasie. Stwierdziliśmy, że przyszedł czas na zmiany. Odkąd pamiętam, Matt i ja byliśmy fanami gitar Gibson i Jackson. Postanowiliśmy więc sięgnąć po instrumenty, które najbardziej odpowiadały naszym gustom. W końcu zostaliśmy endorserami tych marek. Jak na razie nie planujemy w tym względzie żadnych zmian.


Większość gitarzystów osiąga swój twórczy szczyt mniej więcej w Twoim wieku, czyli mając 27 lat. Czujesz, że jesteś już na twórczym szczycie?


Każda nowa płyta jest jak papierek lakmusowy. Gdy słyszysz siebie w studiu, to jesteś w stanie ocenić, jak bardzo się rozwinąłeś od ostatniej płyty. Za każdym razem słyszę, że jest lepiej. Jak słucham ostatniej płyty, mam wrażenie, iż więcej brzmienia pochodzi z moich palców, chociażby dlatego, że mam mocniejsze wibrato. Uważam, że na "Ascendancy" wibrato było moim najsłabszym punktem. Teraz udało mi się je dopracować i sprawić, że stało się bardziej naturalne i pełne. Ale czy to jest już szczyt moich osiągnięć, tego nie wiem. Wiem natomiast, że staram się nadal rozwijać.


Czy uważasz, że młodzi gitarzyści wciąż mają cierpliwość, aby dużo ćwiczyć? Myślisz, że byliby w stanie osiągnąć Wasz poziom gry?


Mam taką nadzieję. Jest sporo młodych ludzi, którzy sumiennie ćwiczą grę. W przeciwnym razie skąd wzięłoby się tylu gitarzystów, którzy wyczyniają te cuda na gitarze? Jeśli czyjąś pasją jest metal, to z pewnością zrobi wszystko, żeby umieć grać tak jak jego idole na płycie. To mnie zawsze inspirowało: uczyłem się danej techniki, bo używał jej mój idol. Kiedy usłyszałem Yngwiego Malmsteena, od razu zainteresował mnie sweeping.


Henry Yates

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie