Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Address The Nation

Address The Nation - H.E.A.T

Address The Nation

Wykonawca:

H.E.A.T

Gatunek:

Hard rock

7 /10

H.E.A.T to młody stażem i wiekiem szwedzki zespół grający melodyjnego hard rocka, a płyta "Address The Nation" jest trzecią pozycją w ich dyskografii.

Znam dwa poprzednie ich albumy i z zainteresowaniem sięgnąłem po ten najnowszy materiał. Zarówno debiut z 2008 roku, jak i "Freedom Rock" z 2010 r. słuchałem z dużą przyjemnością pomimo tego, że specjalnie nie przepadam za takim gładziutkim, melodyjnym hard rockiem. Świetnie brzmiące soczystymi riffami gitary, niezwykle stylowe harmonie wokalne jak u najlepszych amerykańskich kapel AOR, przyjemnie podkręcone tempo (no nie napiszę, że dynamiczne bo to jednak trochę coś innego), niezniewieściały wokal, a kompozycje też niczego sobie ("Black Night", "Beg, Beg, Beg", "Danger Road", "High On Love", "Who Will Stop The Rain").

Stylistycznie zespół nie odkrywa Ameryki. Dużo zapożyczeń od mistrzów gatunku, czyli Europe, Bon Jovi, Def Leppard, Styx, Foreigner, Toto i całej rzeszy innych amerykańskich zespołów AOR. Tak czy siak obie płyty dało się słuchać ze sporą dawką przyjemności. A jak jest na najnowszym krążku? Jednym słowem rzecz ujmując dużo gorzej. Po pierwsze, zespół zmienił wokalistę. Zamiast Kennyego Leckremo pojawił się Erik Gronwall, no i nie było to specjalnie udane posunięcie. Nowy nabytek dysponuje zupełnie nierozpoznawalnym głosem, bo brzmi jak zastępy innych krzykaczy. Po drugie zespół postanowił jeszcze bardziej złagodzić swoją muzykę. Generalnie jest za słodko, za milusio, za ckliwie. Mam wrażenie, że przekroczyli cieniutką granicę pomiędzy melodyjnym hard rockiem, który akceptowałem i polubiłem a ... sam nie wiem jak to nazwać. A może to macherzy od PR wymyślili sobie, że nowym targetem do którego ma trafić muzyka H.E.A.T to gimnazjalistki?

Otwarcie, czyli "Breaking The Silence" daje przedsmak tego, co czeka słuchacza przez najbliższe 42 minuty z hakiem czyli melodyjnie, słodko, miło, ckliwie i radośnie. No i na dokładkę te chóralnie wyśpiewywane "oujee", "ooo"  pojawiające się tu i ówdzie. Fatalnie to znoszę, chociaż jest to zabieg często stosowany przez innych wykonawców tego nurtu. Kolejny "Living On The Run" zaczyna się archaicznymi klawiszami brzmiącymi niestety jak z disco polo. Nie mogło się oczywiście obejść bez "pościelówy", za taki z pewnością uchodzi "The One And Only". Nie jest tak zupełnie kiepsko, bo "In And Out Of Trouble" nawet mi się spodobał. Prawie klasyczny, amerykański AOR coś jak Styx albo Foreigner z przyjemną partią saksofonu i miłymi harmoniami wokalnymi. Sympatyczne i stylowe nawiązanie do lat '70 no i przy okazji do poprzedniego albumu formacji. Nieźle wypada też "It’s All About Tonight". Słodki jak wszystkie pozostałe, ale akurat całkiem miło się go słucha, no i otwarcie ma coś w sobie z Aerosmith.

H.E.A.T występuje w sześcioosobowym składzie (na dwie gitary) i prezentuje całkiem dobre rzemiosło. Chociaż wysypki dostaję, kiedy słyszę tak nagraną perkusję. Werbel brzmi jakby się ktoś po brzuchu klepał. Bleee. Wyłazi ze mnie inżynierska dociekliwość - zapis nazwy zespołu wygląda na skrót ale dlaczego po końcowym "T" brak jest kropki (po "H", "E", "A" akurat jest)? Żeby było symetrycznie?

Dla miłośników melodyjnego, słodziutkiego, milusiego, wypolerowanego na wysoki połysk hard rocka z wyraźnie pobrzmiewającymi wspomnieniami lat '80 z pewnością będzie to ciekawa propozycja. Może gdybym nie znał poprzednich płyt H.E.A.T łaskawszym okiem spojrzałbym na "Address The Nation". A tak uważam, że kapela wykonała spory krok do tyłu, a może raczej w bok. Niestety.

Robert Trusiak