Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Electric Age

The Electric Age - Overkill

The Electric Age

Wykonawca:

Overkill

8 /10

"The Electric Age", najnowszy album weteranów z Overkill, nie przynosi niespodzianek. Ale przecież chyba nikt się tego po Amerykanach nie spodziewał.

To szesnasty album kapeli, która na scenie funkcjonuje nieprzerwanie od przeszło trzech dekad, konsekwentnie obrabiając swe thrashowe pole. Fani doskonale wiedzą, czego mogą od Overkill oczekiwać i dokładnie to otrzymują. Zwolennicy tezy o zjadaniu przez ekipę Bobby'ego Ellswortha własnego ogona dostali argumenty na jej prawdziwość wiele lat temu, i prawdopodobnie po muzykę formacji i tak już nie sięgają. Ta polaryzacja utrzymuje się od lat i nie zmieni jej również skrajnie wręcz overkillowy "The Electric Age".

Najnowsza płyta równie dobrze mogłaby nosić tytuł "Ironbound 2", zespół wciąż bowiem trzyma się recepty wykorzystanej dwa lata temu. Wydawać by się mogło, że to ta sama recepta co zawsze, jednak to właśnie tamten, zresztą faktycznie bardzo udany, album na nowo zwrócił na ekipę weteranów z New Jersey uwagę szerszego grona słuchaczy. Za jego sprawą, po kilku(nastu) chudych latach coś w obozie Overkill w końcu drgnęło, nic więc dziwnego, że "The Electric Age" brzmi, jak kontynuacja "Ironbound", korzystająca z dokładnie tych samych patentów. A da się je sprowadzić do trzech słów - klasyczny thrash metal. Wydaje się, że w czasie, gdy popularność zyskują takie retro składy jak Toxic Holocaust, jawnie i bez żenady sięgające do dokonań prekursorów thrashu, Overkill świetnie odnalazł się w roli nestorów gatunku. Większość kawałków z "The Electric Age" brzmi, jak oczyszczone z kurzu i odpicowane dzięki nowoczesnej produkcji rehy z lat '80.

I to wcale nie jest zarzut. Overkill złapał kolejny głęboki oddech i znów zasuwa niczym rozpędzona  lokomotywa, tak jakby fakt, że liderzy i twórcy materiału - Ellsworth oraz basista D.D. Verni przekroczyli już '50', nie miał żadnego znaczenia. Zresztą, dowodzą tego również niesamowite koncerty formacji. Naspidowany "The Electric Age" oparty jest przede wszystkim na galopujących tempach, co podkręca charakterystyczna dla Overkill produkcja, wysuwająca do przodu sekcję rytmiczną, z wyraźnie słyszalnym, często klangującym basem i mocarną perkusją. Do tego świetne i naprawdę zróżnicowane solówki oraz jedyny w swoim rodzaju wokal Blitza.  

Overkill jest w formie, nie słodzi i nie wdzięczy się do "nowoczesnego" słuchacza, za to pracuje jak dobrze naoliwiona thrashmetalowa maszyna. Przymykam więc oko na dziwaczne fragmenty z chóralnym "oooo", bez sensu doklejone w środku "Come and Get It", które pasują do całości jak przysłowiowy kwiat do kożucha. To kilkusekundowe potknięcie nie wpływa bowiem na całość tego, ogólnie rzecz biorąc, bardzo solidnego i równego albumu, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Brawo!

Szymon Kubicki