Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Beauty Of Chaos

The Beauty Of Chaos - Eternal Deformity

The Beauty Of Chaos

Wykonawca:

Eternal Deformity

9 /10

Behemoth, Vader, Decapitated… wielka trójca polskiego metalu, która odniosła sukces poza granicami naszego kraju, może nawet większy niż na rodzimej scenie. Czy niebawem dołączy do nich Eternal Deformity?

Nie wiem czy tak się stanie, ale szanse są spore. Już teraz zespół ma wielu fanów na różnych kontynentach, a spytajcie pierwszego napotkanego znajomego czy w ogóle kojarzy taką nazwę… Niech Was jednak nie zmyli grono kapel, które wymieniłam na początku. Eternal Deformity pod względem muzycznym nie ma z nimi wiele wspólnego. Eternal Deformity to zupełnie nowa jakość.

Jaką muzykę gra zespół z Żor? Można uznać ich twórczość za mieszankę wielu gatunków. Dla mnie, może dlatego że nie jest to moje pierwsze spotkanie z muzyką Eternal Deformity, jest to jednak ich własny rozpoznawalny i charakterystyczny styl. Nawet włoski wydawca formacji określa gatunek muzyki, który znalazł się na "The Beauty of Chaos" jako deformed metal - co wydaje się być określeniem nie tylko inspirowanym twórczością formacji, ale także wskazującym na oryginalność jej muzyki.

Przepis na dobry, zdeformowany album? Szczypta melodii, garść mocnych riffów, wokalista o wielu obliczach, dynamiczna perkusja i… wszystko co wbrew pozorom do siebie nie pasuje. Muzyczny chaos potęguje jeszcze wokal Kofiego. Wciąż nie pojmuję jak jeden głos może mieć aż tak różne brzmienia i barwy. Z jednej strony tak delikatny, z drugiej strony agresywny i mocny, przy czym mam wrażenie, że wokal naprawdę wiele zyskał - jest jeszcze bardziej zróżnicowany niż dotąd. Tytułowe piękno chaosu idealnie określa nowy krążek Eternal Deformity. Ta muzyka jest bardzo zakręcona, progresywna, często gwałtownie zmienia tempo, jednocześnie jednak przez cały czas jest doprawiana pięknymi melodiami. Teoretycznie chaos i piękno to dwie odległe rzeczy, a mimo to zespół udowadnia, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda i można dostrzec piękno w czymś nie mającym ram ani porządku. W tym pełnym braku prawidłowości i zasad nieładzie nie sposób jednak właśnie dostrzec tego piękna… Awangarda. Bohema. To terminy, które same przychodzą na myśl podczas słuchania "The Beauty of Chaos". Mimo nie brakuje melodyjności czy nawet zapadających w pamięć refrenów. Tu wszystko przeplata się nawzajem i jednocześnie sprawia, że muzyki formacji z Żor nie tak się zaszufladkować.

Album pewnym względem nie leży tak daleko od poprzedniego - już okładka i styl graficzny utrzymany jest w podobnym stylu, a wszystko to zasługa autorki Iwony Drozdy-Sibeijn. Technicznie znajdziemy też kilka schematów znanych z poprzedniej płyty. Przygodę z "The Beauty of Chaos" rozpoczyna intro. I tutaj też po delikatnym wstępie też czeka nas mocne uderzenie. Muszę jednak powiedzieć, że i bez tego nowe intro powala już samo w sobie. O ile to z "Frozen Circus" idealnie wprowadzało słuchaczy w klimat tytułowego cyrku, nowe jest Pięknem przygotowującym nas na spotkanie z Chaosem. Delikatna elektronika i klawisze świetnie wprowadzają w inny klimat, w świat muzyki, odseparowując nas od reszty rzeczywistości.

"The Beauty of Chaos" to siedem premierowych utworów (+ intro). Mam jednak wrażenie, że pomimo, iż dźwięki są tu bardziej progresywne niż dotychczas, to całość jest bardziej spójna i przemyślana niż na arenie lodowego cyrku. Już w pierwszym utworze "Thy Kingdom Gone" słychać esencję materiału - ten mroczniejszy wokal Kofiego (a chwilami nawet dwa), mieszający się z delikatniejszym, świetne gitarowe riffy i solówki, charakterystyczne klawisze i wciąż obecna gdzieś w tle perkusja. Niektóre elementy doskonale znamy z poprzednich albumów i to właśnie one sprawiają, że płyta wciąż ma Eternalowy charakter, ale oprócz tego widać, że muzycy szukają też nowych brzmień klawiszy, nowych gitar i nowego stylu wokalu (od nakładających się na siebie growli po delikatny wokal z pogłosem).

Usłyszeć to już da się w następnym "Lifeless", czy też w początku "Pestilence Claims No Higher Purpose", który rozpoczyna fortepianowy wstęp - ta kompozycja przywodzi mi na myśl Opeth. I myślę, że w sumie ogólnie rzec ujmując to może Eternalom wcale nie jest tak daleko to twórczości Szwedów? Wszak to właśnie zespół Mikaela Akerfeldta po mistrzowsku łączył zawsze piękne melodie z growlem i agresywnymi riffami. Z kolei "The Beauty of the Ultimate End" to utwór muzycznie najbardziej zbliżony jeszcze do "Frozen Circus". Myślę, że jest swego rodzaju pomostem między frozenowym, cyrkowym zdeformowaniem, a nowym chaosem. Album kończą "The Sun" oraz nieco spokojniejsza kompozycja "The Holy Decay", która go promuje.

"The Beauty of Chaos" to wydawnictwo na światowym poziomie. Tak naprawdę nie wiedząc nic na temat Eternali można by nie zgadnąć, że to Polacy (chociaż nie wiem dlaczego my nigdy nie doceniamy naszych rodaków i światowy jest najczęściej synonimem lepszego). Ocena? Ode mnie dzisiaj dziewięć. Ktoś zdziwiony zapyta "tylko"? Dokładnie, tylko. Bo wciąż w nich wierzę i obawiam się, że przy następnych płytach mogłoby mi bardzo szybko zabraknąć skali… a właściwie to przyznam Wam się, że po cichu żywię nadzieję, iż tak właśnie będzie.

Katarzyna Pochowska