Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Storm Corrosion

Storm Corrosion - Storm Corrosion

Storm Corrosion

Wykonawca:

Storm Corrosion

7 /10

Dwaj przyjaciele z progresywnego boiska romansowali ze sobą od ponad dziesięciu lat; aż dziw bierze, że dopiero teraz otrzymujemy ich wspólny album. "Storm Corrosion" jest osobliwe.

O tym, że mogą strzelać do jednej bramki, przekonali się w 2001 roku przy okazji przygotowywania "Blackwater Park" Opeth, grupy Mikaela Akerfeldta (która to płyta do dziś uważana jest za najlepszą w dorobku Szwedów) - produkował ją Steven Wilson. Później jeszcze kilkakrotnie siadał za konsoletą, by pracować z Michałem i jego załogą, za co ten odwdzięczał się wizytami na albumach Porcupine Tree.

14 września 2011 ukazało się "Heritage", nowe wydawnictwo grupy Opeth, które podzieliło fanów grupy tak, jak katastrofa Smoleńska Polaków. Akerfeldt i koledzy odeszli od death metalowych naleciałości i skupili się li tylko na progresywnym rocku rodem z przełomu lat '60 i '70. W dodatku kompozycje na nim zebrane sprawiały wrażenie niedokończonych (Michaś zarzeka się, że zostały dopracowane co do centymetra). 12 dni później na światło dzienne głowę wystawia "Grace For Drowning" - drugi solowy album Stevena Wilsona, jedno z jego największych osiągnięć jako muzyka. Piękne melodie, podniosłe aranżacje z chórem i orkiestrą.

Piszę o tych wszystkich, pewnie znanych Wam kwestiach, bo chcę powiedzieć, że "Storm Corrosion"… nie jest podobne do niczego, co panowie do tej pory robili razem. To niby coś na kształt dopełnienia trylogii, którą rozpoczęły dwa wspomniane w poprzednim akapicie albumy, a jednak zupełnie inne od tych płyt. "Spodziewajcie się niespodziewanego" - tak rekomendował tę płytę Wilson. I się ani trochę nie minął z prawdą.

No, mnie przynajmniej zaskoczyli. Owszem, spodziewałem się psychodelicznych jazd, ale że duet zdecyduje się pójść w stronę tak minimalistycznej muzyki, zalatującej ambientem, z rozmytymi, nieśmiało zarysowanymi melodiami? Never! Cały materiał debiutanckiego krążka Storm Corrosion (czuję w kościach, że to nie koniec wspólnej przygody tej dwójki) brzmi jak epopeja na cześć utworów pokroju "Moonchild" King Crimson. Oszczędna w aranżach, ale zarazem bogata instrumentalnie, z bardzo ograniczoną liczbą wokali (w tym materiale, o dziwo, lepiej sprawdza się głos Akerfeldta - jego wokaliza w "Ljudet Innan" jest perfekcyjna!), za to z długimi mantrycznymi partiami melotronu, gitar, smyków i instrumentów dętych. Nie, nie solówkami - to po prosu rozrysowane na kilka minut pojedyncze motywy, z których panowie wyciskają ile tylko się da.

"Storm Corrosion" niesie ze sobą muzykę trudną, niby minimalistyczną, ale niespokojną, testującą cierpliwość słuchacza, wyciskającą zeń krwawy pot. Ale z drugiej strony, tu ukłon dla prawdomówności Michaela, jest w tych dźwiękach jakaś magia, jest coś, co każe do tej płyty wrócić. Nie jutro, nawet nie za tydzień, ale za jakiś czas. Ona będzie tam sobie grzecznie stać na półce i czekać na swoją chwilę. Takie płyty też są na tym świecie potrzebne.

Jurek Gibadło