Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Plains of Oblivion

Plains of Oblivion - Jeff Loomis

Plains of Oblivion

Wykonawca:

Jeff Loomis

9 /10

Zeszłoroczna decyzja o odejściu Jeffa Loomisa z Nevermore była pokłosiem trwającego od jakiegoś czasu konfliktu z Warrelem Dane'em i w związku z tym nie wywołała dużego zdziwienia.

Niemniej było to bardzo odważne posunięcie ze strony amerykańskiego muzyka, bo postawiło pod znakiem zapytania jego dalszą karierę.

O ile poprzedni solowy album Jeffa Loomisa został nagrany i wydany gdy ten należał jeszcze do Nevermore, o tyle "Plains Of Oblivion" jest pierwszym, jakkolwiek by to nie brzmiało, w pełni suwerennym materiałem uzdolnionego gitarzysty. Dlatego jest to być może najważniejszy krążek w jego karierze. I słychać od pierwszych sekund, że Loomis włożył w tę płytę całe mnóstwo energii. Nie ma tu nic przypadkowego czy zbędnego. Zachwyca kapitalne brzmienie instrumentów, w tym przede wszystkim perfekcyjne wyeksponowanych riffów i solówek głównego bohatera płyty. Zatem nie ma w tym nic dziwnego, że na "Plains Of Oblivion" dominuje przede wszystkim heavy n' thrash metalowy klimat. Dosadny, szybki i precyzyjny.

Niemniej drugi solowy album Loomisa to również doskonałe partie groove metalu w "Escape Velocity" i "Sibylline Origin", black metalowa wściekłość w "Surrender", wpływy charakterystycznej orientalnej przyprawy instrumentalnej w "Requiem For The Living", akustycznych zejść w "Rapture" i wręcz hard rocka w "Continuum Drift". To i tak zaledwie skromna próba zwięzłego opisania bogatej zawartości krążka. Nawet jeśli najdłuższe utwory na "Plains Of Oblivion" trwają mniej więcej pięć i pół minuty to sam album jest tak skonstruowany, że posiada sporo przestrzeni doskonale zagospodarowanej pomysłami ex-gitarzysty Nevermore. Można odnieść wrażenie, że album od pierwszego do ostatniego utworu jest prowadzony wyznaczoną drogą, sprawia wrażenie przemyślanego konceptu o ogromnej sile rażenia. Przygniata i zachwyca.

W warstwie instrumentalnej Loomisa wsparli perkusista Dirk Verbeuren (...ten sam, który zagrał na "Praises to the War Machine" Warella Dane'a z 2008 roku) oraz basista Shane Lentz. Niezwykle imponująco prezentuje się lista zaproszonych gości. Już w otwierającym krążek heavy metalowym sztandarze znakomitą solówkę zarejestrował Marty Friedman. Wcale nie mniejszą dawkę gitarowej wirtuozerii, również w formie solówki, dorzucił w "The Ulimatum" Tony MacAlpine. O kolejne wymiary gitarowego kunsztu postarali się również Attila Vörös oraz Chris Poland we wspominanych już utworach pt. "Requiem For The Living" i "Continuum Drift".

Pomimo, że na krążku eksplodowały gitary to nie brakuje mu ważnych słów. Wszak "Surrender" nie brzmiałby tak dobrze gdyby nie fenomenalne partie śpiewu Ihsahna, a trochę subtelnego odcieniu, pod postacią czystego i mocnego wokalu, dołożyła w dwóch utworach niejaka Christine Rhoades. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że ta jeszcze nieodkryta w muzycznym świecie wokalistka zaśpiewała również pod gitary Loomisa w dwóch dodatkowych utworach z edycji limitowanej: ostrym jak brzytwa "Collide" oraz niemalże bajkowym "Reverie For Eternity". Zresztą ten ostatni pewnie dlatego nie wszedł do podstawowego programu płyty, bo odniosłem wrażenie, że Rhoades ukradła go Loomisowi.

Mógłbym jeszcze o "Plains Of Oblivion" napisać wiele, bo też wielki jest ten krążek. Jeff Loomis po odejściu z Nevermore wdrapał się na wyżyny swoich możliwości i zarejestrował dzieło życia, które wystawia mu (utwierdza?) wizytówkę znakomitego kompozytora i gitarzysty heavymetalowego. Album wspaniale uatrakcyjnili nieprzypadkowo zaproszeni goście, którzy przemycili do niego wiele ze swoich muzycznych rzeczywistości. Otwartą kwestią pozostaje pytanie, jaki poziom wobec tego krążka zaprezentuje Warrel Dane, który jest w trakcie nagrań do również solowego materiału zatytułowanego "Storm Of Last November". Póki co korona należy dla Loomisa.

Konrad Sebastian Morawski