Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Revenge For The Ruthless

Revenge For The Ruthless - Revoker

Revenge For The Ruthless

Wykonawca:

Revoker

5 /10

Revoker to walijski kwartet, który albumem "Revenge For The Ruthless" wkracza na metalową scenę. I to od razu z wielkim hukiem, głównie za sprawą pozamuzycznych czynników.

Przede wszystkim, jest to pierwszy brytyjski band w barwach Roadrunner Records. Monte Conner chyba pożałował, że zgapił się, kiedy Bullet For My Valentine było do wzięcia, tylko czy dobrze wybrał, stawiając na chłopców z Revoker? Czas pokaże, czy zwróci mu się ta inwestycja. Pieniędzy na ich promocję nie skąpi. Już dawno nauczyłem się z dużą rezerwą traktować wszelkiego rodzaju hasła reklamowe. Przecież żadna wytwórnia nie zamieści naklejki "oto totalny gniot, w którym utopiliśmy mnóstwo kasy".

Amerykańska stajnia próbuje nam sprzedać Revoker jako skrzyżowanie Machine Head i Lamb Of God. Zasadniczo, inspiracje zespołu (należałoby dodać Panterę) są dobre. Źle, jeśli nie ma się nic własnego do zaproponowania, a jeszcze gorzej, jeśli muzyce brakuje charakteru. "Revenge For The Ruthless" to dobrze opakowany produkt, ale niestety nic więcej.

Sami Walijczycy piszą, że ich muzyka powstała z gniewu i frustracji. Małe miasto, nuda, niewielkie możliwości życiowe. Gitara jako przepustka do "wielkiego świata". Hollywoodzki scenariusz. Porównując frustrację i gniew, jakimi charakteryzuje się muzyka np. The Carrier czy Bleeding Through, czy choćby nawet Pantery z tym, co słyszę na "Revenge For The Ruthless", to jak porównać bunt ulicznego chuligana pooranego bliznami do buntu dziewczyny z "dobrego domu", która na złość rodzicom zapaliła papierosa, ale ze strachu nie zaciągnęła się zbyt mocno i szybko go zgasiła.

Revoker reprodukują riffy bardziej znanych, wymienionych wcześniej kolegów z branży, ale ich muzyka nie ma charakteru. Nie można nic zarzucić produkcji, kompozycje, choć wtórne, dają się słuchać, ale wszystko jest jakieś... za miękkie. Jamie Mathias stara się pozować na twardziela, ale niestety niezbyt przekonująco mu to wychodzi. Chciałby być drugim Philem Anselmo, a nie jest. I te zaśpiewy "łooooo" albo "nananana"; płyta spokojnie by się bez nich obeszła. Album jest tak zły, jak drugie wydawnictwo ich rodaków z Bullet For My Valentine. Nudna, przewidywalna, mało oryginalna. To jest tego rodzaju metal, jaki docenić może co najwyżej małoosłuchany amerykański kierowca ciężarówki. Niby ostre riffy, melodyjne refreny bardziej w duchu pudel metalu niż Machine Head czy Pantery, chyba że wyznacznikiem będzie Pantera z czasów przed pojawieniem się Anselmo.

"Revenge For The Ruthless" brzmi, jakby glam metalowcy stwierdzili, że czas nagrać coś "z uderzeniem", coś mocniejszego. I efekt jest dokładnie taki. Łoooo Yeah! Oh no!

Sebastian Urbańczyk