Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The X Tour

The X Tour - Spock’s Beard

The X Tour

Wykonawca:

Spock’s Beard

7 /10

Płyta o tajemniczym na pierwszy rzut oka tytule "X" (wiele wskazuje, że to rzymska dziesiątka chociaż niektórzy uważają, że to wielka litera "x") została wydana w 2010 roku i przeszła raczej niezauważona i jakiegoś wielkiego poruszenia w progresywnym światku nie wywołała.

A szkoda, bo moim zdaniem to bardzo dobry album, z pewnością najlepszy, jaki nagrali po odejściu Neala Morse'a z zespołu (oczywiście moim zdaniem). Po niespełna dwóch latach słuchacze dostają do ręki wersję live tego metariału. Jest to rejestracja koncertu, jaki się odbył we wrześniu 2010 roku w kalifornijskim mieście Downey. Na pierwszym krążku tego dwupłytowego wydawnictwa umieszczono w całości materiał z "X" (z nieco zmienioną kolejnością - "Kamikaze" spadło z drugiego miejsca). "Dwójka" zawiera pozostałą część koncertu, czyli kilka starszych utworów, solo na instrumentach klawiszowych w wykonaniu Rio Okumoto  i perkusyjny "pojedynek" pomiędzy Nickiem D’Virgilio a Jimmy Keeganem.

Miałem spore obawy, czy na żywo zespołowi uda się oddać wszystkie brzmieniowe smaczki, jakie znalazły się w wersji studyjnej. Co prawda nie oczekiwałem, że na scenie pojawi się kwartet smyczkowy ani, że zabrzmią instrumenty dęte czy "beatlesowskie" harmonie wokalne ale miałem nadzieję, że cała reszta, która mnie tak zachwycała, również i na żywo zostanie zaprezentowana. Niestety moje obawy potwierdziły się, bo wersja live to zdecydowanie inna bajka. Największe zastrzeżenia mam do brzmienia zespołu. Jest naprawdę mocno, głośno, dynamicznie i mocarnie. Dla kogoś, kto nie zna oryginału nie jest to pewnie ani nic złego ani tym bardziej zdrożnego - tak się tu i ówdzie gra. Muszę jednak przyznać, że koncertowa iinterpretacja "X" nie wywołuje mojego szczególnego zachwytu.

Spock’s Beard na scenie zgubił gdzieś subtelność, bogactwo klawiszowych akordów (zwłaszcza fortepianu), klarowność brzmienia basu, różnorodność gitarowego grania i ten szczególny klimat całości. Żeby być sprawiedliwym dodam, że część z tego co wymieniłem wyżej da się usłyszeć, ale jest najzwyczajniej w świecie przywalone potęgą brzmienia innych instrumentów. To, że harmonie wokalne nie wypadną idealnie można się było spodziewać w końcu Nick D’Virgilio podczas koncertu musi się sporo "nabiegać" pomiędzy zestawem perkusyjnym, mikrofonem wokalnym po drodze zatrzymując się przy instrumentach klawiszowych lub gitarze. Ze szczególnie dużym smutkiem słuchałem "Jaws Of Heaven". W wersji studyjnej ta kompozycja powala bogactwem i klarownością brzmienia (mellotron, fortepian, wiolonczela, "moogowe" klawisze) a podniosły finał z kwartetem smyczkowym w roli głównej po prostu urywa łeb. Wykonanie na żywo znacznie odbiega od pierwowzoru, chociaż muzycy robią co mogą aby sprostać niełatwemu zadaniu.

Chciałbym być dobrze zrozumiany, nie oczekuję, że zespół na koncercie wykona nuta w nutę materiał z płyty studyjnej, ale akurat w tym konkretnym przypadku brakuje mi efektu, jaki udało się uzyskać w studio. To jest tak jak z dobrą książką, na podstawie której nakręcony jest film. Niby wszystko jest jak trzeba, bohaterowie ci sami, wątek też, ale to co widać na ekranie nie pasuje do wyobrażenie jakie podczas lektury czytelnik buduje we własnej głowie. Paradoks "The X Tour" polega na tym, że im dłużej go słucham i im skuteczniej zapominam o oryginale, tym bardziej mi się podoba. Chociaż to jest złe słowo, akceptacja lepiej oddaje moje aktualne odczucia. A może to wszystko dlatego, że po prostu lubię Spock’s Beard a przy okazji nie należę do grona rozkapryszonych malkontentów? Co dziwne utwory zamieszczone na drugim krążku zestawu (w tym szczególnie "On a Perfect Day") zawierają wszystko to czego tak bardzo brakło mi na "jedynce".

Płyta stanowi swego rodzaju zamknięcie kolejnego etapu w działalności kapeli. W 2011 roku jeden z założycieli, Nick D’Virgilio, postanowił opuścić szeregi Spock’s Beard. Na jego miejsce przyjęto dwóch muzyków, wokalistę i gitarzystę Teda Leonarda  i znanego od lat z koncertowego wcielenia formacji perkusistę Jimmyego Keegana. To już kolejne "bolesne" rozstanie. Kiedy w 2002 roku odchodził Neal Morse wielu wieszczyło rychły koniec Spock’s Beard. Nic takiego się nie stało bo Nick D’Virgilio całkiem dobrze przejął wszystkie jego obowiązki jako wokalisty, kompozytora i frontmana. Teraz mam spore wątpliwości, czy pozostali członkowie zespołu będą w stanie zapewnić Spock’s Beard godziwe przetrwanie. No cóż, pożyjemy zobaczymy.

Album "X" w mojej prywatnej opinii zasłużył na mocną "ósemką" (w porywach nawet "dziewiątkę") natomiast jego koncertową wersję oceniam nieco niżej.

Robert Trusiak