Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / As All Torn Asunder

As All Torn Asunder - When Nothing Remains

As All Torn Asunder

Wykonawca:

When Nothing Remains

Gatunek:

Doom metal

8 /10

Album jak film bez obrazu. Przygnębiający, mroczny i utrzymany w grobowym klimacie. Taki jest "As All Torn Asunder" - debiutancki krążek szwedzkiego When Nothing Remains.

Odpowiedzialny za oprawę graficzną płyty Zoltan Horvath narysował nocne rozstanie u progu cmentarza, gdzie dystyngowany jegomość uchwycił za dłoń spowitą mgłą niewiastę, przypominającą mu jego największą miłość. Nie rozmawiali. Pośpiech nakazywał im oślepiony księżycowym blaskiem trupi woźnica. Całej sytuacji złowrogim spojrzeniem przygląda się jeszcze sowa, której obecność przywołuje znaczenie ludowych wierzeń. Alegoria nieuniknionego rozstania? A może kreacja własnych demonów pisana obłędem po utracie kogoś ważnego? Niezależnie od odpowiedzi autorzy płyty zarejestrowali album opowiadający o bólach rozstania. Historia Danieli Svensson utrzymana w podobnej skali pesymizmu, co w nagraniach Type O Negative, tutaj została opowiedziana przez doom metalowych muzyków gustujących w melodiach, death metalu, gotyku i wielowątkowych strukturach.

W siedemdziesięciu minutach "As All Torn Asunder" usłyszeć można wiele inspiracji, chyba najwyraźniej Fields Of The Nephilim w nomen omen "Mourning Of The Sun" i "Her Lost Life", ale wielowymiarowość ich wykorzystania świadczy o autentycznym potencjale twórczym Szwedów. W ich debiutanckim albumie nie ma zbędnego pośpiechu, ani też odgórnych ograniczeń. Nie ma happy endu, ani też duchowego katharsis. Historia zaczyna się na zgliszczach i tam też się kończy. Złowrogo brzmiące gitary w połączeniu z przygnębiającymi melodiami stanowią wizytówkę stylu Petera Laustsena, Jana Sallandera i Jonasa Toxena, choć akurat ten ostatni usiadł za perkusją, która w debiucie When Nothing Remains spełnia drugorzędną rolę. Zresztą odniosłem także wrażenie, że i obfita ilość riffów gitarowych ustępuje nieco w sile przekazu klawiszom, których praca uzasadnia moje skojarzenia z filmem pozbawionym obrazu. Zabrakło tu wyrazistych gitarowych solówek, za to ich funkcję przejęły właśnie solówki klawiszowe. Nie zabrakło również innych dźwięków, takich jak bezlitośnie tykający zegar, szeleszczące od silnego wiatru liście czy pojękujące upiory.

Przyznam, że podoba mi się również sama struktura płyty, ponieważ po czterech wielowątkowych utworach następuje klimatyczny melodyjny przerywnik pod postacią "Solaris", który niejako oddziela dwie części tego pozbawionego wizji filmu. W drugiej wszystko wraca na właściwe, wielowątkowe tory. Jednakże mam pewne niewielkie zastrzeżenia, co do intro, które nie zostało wydzielone z "Embrace Her Pain", a moim zdaniem powinno dostać tyle autonomii, ile dostało outro w "Tears".  Za to nie mam zastrzeżeń w odniesieniu do samej narracji krążka. Świetnie, że obok growlującego Sallandera słyszymy również czyste partia Ericsona, który zresztą też dokonał miksu i masteringu płyty. A może Sallander jest tym zdruzgotanym jegomościem z okładki? A jego rozpacz kontrastuje z bezwzględnością woźnicy? Na pewno nie ma tu tej niewiasty, bo i nie może jej być. Ona przecież nie żyje…

W ten sposób został wyreżyserowany film pt. "As All Torn Asunder". Niby to i prosta historia, ale ilość emocji wlanych do niej przez szwedzkich reżyserów jest w stanie zapaść na długo w pamięć. Album niezwykle rozbudowany, posiadający wiele walorów, ale też niełatwy w odbiorze. Rzecz o dużym ciężarze gatunkowym. Warto poznać.

Konrad Sebastian Morawski