Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Journey Through The Shadows

Journey Through The Shadows - The Parlotones

Journey Through The Shadows

Wykonawca:

The Parlotones

Gatunek:

Pop rock

7 /10

W indie pop rockowym światku nie dzieje się nic szczególnie zajmującego (bo ciężko za wydarzenie uznać kiczowaty teledysk Coldplay z Rihanną). Może czas na jakąś "nową" nazwę? Na swój czas liczą kolesie z The Parlotones.

Słówko "nowa" bierzemy w cudzysłów, bo jacyż to Parlotones są nowi. To band, który wystartował w 1998 roku w RPA (konkretnie w Johannesburgu), osiągnął status mega gwiazdy na miejscowym rynku, co spowodowało, że i na świecie zaczęto o nich mówić. U nas niby też pojawili się parę razy w mediach, ale mam wrażenie, że generalnie są ignorowani.

Ich piąta płyta, "Journey Through The Shadows", jest dokładnie taka, jak powinna być. Cytując klasyka: panowie wiedzą, że po wolnej piosence musi być szybka, gdyż takie są zasady muzykowania. Zdają sobie sprawę, że bez dobrej ballady (ale nie nadto ckliwej) rockowa płyta to crap, a nie album. Wreszcie, kumają, że warto czerpać zarówno ze wzorców brytyjskich, jak i amerykańskich.

Zaczynają folkowym "Freakshow" - nie, nie ma tu słodkich gitar, czy innych banjo, ba, numer jest zaśpiewany a capella. Ale ma taką "ludową" melodię i potraktowany jest adekwatnym "brzmieniem" strun głosowych. Plus.

Chłopakom z Parlotones, co już zauważyłem wcześniej, zdarza się sięgać do tradycji amerykańskiej, ale i brytyjskiej. "Soul and body" cechuje stadionowość americany, jęcząca gitara i fajnie pracujący bas. Kończący album "Suitcase for a Home", z wiodącą rolą pedal steel, to miód na uszy fanów, powiedzmy, Boba Dylana czy Neila Younga. Wiadomo - jest on odpowiednio "indie", ale stanowi kolejny: Plus.

Brytyjskość. Ot, choćby w takim "Honey Spiders" - tu ziomale z RPA puszczają oko do fanów takich składów, jak np. Biffy Clyro. Ale robią to oryginalnie - zawdzięczają to ciekawym harmoniom wokalnym. Londynem pachnie też "dobra ballada" - "Sing You to Sleep" to coś jakby numer Coldplay, z założeniem, że skomponował go dla nich Matt Bellamy. Plus.

Minusy? Nie ma tu, Mili Państwo, nic szczególnie porywającego, totalnie oryginalnego, niszczącego konkurentów w wyścigu o tytuł najlepszej piosenki w eterze. Trochę za miękkie jest tu brzmienie, przez co człon "rock" w nazwie gatunku ("pop rock") jakby nieco cierpiał. The Parlotones nie spinają się, by zrobić album dekady, roku czy nawet miesiąca. Grają chwytliwie, przyjemnie, rzekłbym - z braku lepszego słowa - "akuratnie". W sam raz, aby zabić czas słuchaczy czekających na kolejną "nową rockową rewolucję".

Jurek Gibadło