Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Strange Case Of…

The Strange Case Of… - Halestorm

The Strange Case Of…

Wykonawca:

Halestorm

Gatunek:

Hard rock

6 /10

Laska na wokalu zmaskulinizowanego bandu to nic odkrywczego - vide wszystkie symfoniczne twory, czy inne alternatywne The Cranberries oraz Skunk Anansie. Ale w formacji zdrowo łojącej hard rocka? Ze świecą szukać! Tym razem jej płomień wskazał na Halestorm i sympatyczną Lzzy Hale.

Elżbietka ze swoim bratem Arejayem grała od najmłodszych lat, a ich wspólny band, nazwany Halestorm, zaczął kiełkować już w 1998. Na poważnie wystartowali w 2004 roku po skompletowaniu czteroosobowego składu, a w 2009 roku doczekali się debiutanckiej płyty zatytułowanej - a to Ci pomysłowość! - "Halestorm". Teraz powracają z albumem numer dwa - "The Strange Case of…". To byłby rewelacyjny krążek, a jest tylko dobry. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie poniżej.

Zacznijmy od rewelacji. Fantastyczna jest Lzzy! Ma głos klasy Sandry Nasic - w niższych, spokojniejszy partiach brzmi bardzo kobieco, a miejscami nawet dziewczęco. Aż dziw bierze, gdy nagle ta mała osóbka dorzuca do pieca i wchodzi na partie wyższe, doprawione kapitalną chrypką, pełną rock’n’rolla płynącego z niepozornych trzewi. Jeśli dodamy do tego fakt, iż panna Hale zasuwa przy okazji na gitarze rytmicznej, wtedy "ochów" i "achów" nie ma końca - ta koleżanka będzie kiedyś na wokalnym szczycie (taką mam nadzieję)!

Album rozpoczynają czterej rock’n’rollowi zabójcy, numery, których nie powstydziłby się żaden ze starszych zespołów po fachu. Najpierw z punkową energią atakuje nas "Love Bites (So Do I)", poprawia utrzymany w średnim tempie, acz skoczny z rytmu "Mz. Hyde", gdzie w refrenie siostra Hale osiąga mistrzostwo świata ostrego wokalu, szaleje tu także sekcja, a i w ciekawie wprowadzonym zwolnieniu, podanym w jakiejś celtyckiej skali, popisuje się - ze smakiem - pan gitarzysta solowy. Trochę oklepaną melodykę ma "I Miss the Misery", ale wrzaski mojej ulubienicy sprawiają, że nie mam ochoty się tego czepiać. Efektowny kwartet kończy ciężki, wolno toczący się "Freak Like Me".

I gdy wydaje się, że kolejne kawałki będą następnymi odkryciami zachwyconego recenzenta, następuje załamanie. Pop rockowa balladka "Beautiful with You" może i jest ładna, ale nijak nie pasuje do poprzedniczek. Po delikatnej piosence numer jeden dostajemy… balladę numer dwa, "In Your Room", jeszcze bardziej pop rockową - takie rzeczy niech sobie Avril Lavigne tworzy! Po balladce numer dwa na płycie znajdziemy balladę numer trzy - "Break In". No kurna, kto Wam układał kolejność na albumie?! W ten oto popisowy sposób zamordowana została energia, misternie kumulowana we mnie przez pierwsze cztery numery. Jakby takich misiowych kawałków było mało, to krążek kończy kolejny - "Here’s to Us". Dobrze, że choć tekst nie jest grzeczny, a dźwięki maskują jedynie jego agresję (nalepka Parental Advisory skądś się tu musiała wziąć). Reasumując - 12 piosenek, w tym cztery ballady. Tak hard rockowcy nie robią!

Po tej nudnej serii Halestorm wraca jeszcze z kilkoma dobrymi numerami, z czego na największe wyróżnienie zasługują "You Call Me a Bitch like It’s a Bad Thing" - z fajnym, ostro przesterowanym riffem i najkonkretniejszą solówką na płycie oraz "American Boys", kto wie, czy nie najlepszy kawałek na "The Strange Case of…" - wiedzie go świetny southernowy riff, a i Lzzy przechodzi samą siebie, wyciągając niebotycznie wysokie partie.

Mam problem z jednoznaczną oceną tego krążka; z jednej strony dostajemy od Halestorm jasny przekaz, iż są gotowi pisać tony hitów, z drugiej - chyba nie za bardzo potrafią wybrać to, co najlepsze w swojej twórczości i to wyeksponować. Koniec końców, komisja kontroli gier i zakładów w osobie mnie samego postanawia przyznać "The Strange Case of…" ocenę 6, aby zmobilizować kwartet ze Stanów do wytężonej pracy.

Jurek Gibadło