Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Welcome to My DNA

Welcome to My DNA - Blackfield

Welcome to My DNA

Wykonawca:

Blackfield

Gatunek:

Art Rock

7 /10

Steven Wilson jest artystą, który wciąż wzbudza we mnie mieszane uczucia.

Z jednej strony należy mu się ogromny szacunek za to co robi jako producent (płyty Opeth, fantastyczny remastering albumów King Crimson, a i miał niebagatelny wpływ na brzmienie rewelacyjnego "We're Here Because We're Here" Anathemy), w podziw wprawiły mnie również eksperymenty dźwiękowe w No-Man oraz dokonania jego macierzystej formacji aż do "Voyage 34: The Complete Trip".

Z drugiej strony nie jestem w stanie zrozumieć tego co Wilson tworzy w Bass Communion i na stricte solowych projektach, oraz - o ile jeszcze "In Absentia" to album całkiem przyzwoity - mam wrażenie, że od płyty "Deadwing" Porcupie Tree nieustannie zapędza się w muzyczny kozi róg i odchodzi od swojego głównego nurtu (rocka progresywnego) w stronę snobistycznego metalu progresywnego z naleciałościami industrialnymi.

Wilsona wszędzie pełno, ale nie zawsze w dobrym wydaniu. Nie można mu jednak odmówić niebagatelnego wpływu w popularyzację rocka progresywnego - to głównie zasługa Porcupine Tree i samej stylistyki w jakiej obraca się muzyk, a która zyskała sobie dzięki niemu młode pokolenie fanów.

Blackfield, czyli duet Wilsona i izraelskiego muzyka Aviva Geffena, to bodaj najprzystępniejszy wycinek twórczości Stevena. Inspirowane melodyką popu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych piosenki rockowe, dodatkowo wzbogacone gęstym tłem symfonicznym, prezentowane zarówno na "Blackfield" jak i "Blackfield II" zaskarbiły sobie sympatię słuchaczy, którzy niejako z tęsknoty za takim graniem, zaakceptowali projekt Wilsona otaczając go nawet swoistym kultem. Zresztą nostalgia za "dawnym" odczuwalna jest na wszystkich dotychczasowych albumach duetu.

Pierwszym co rzuca się w oczy przy okazji obcowania z "Welcome to My DNA" to okładka znacząco inna od poprzedniczek. Jest w niej coś z burkeowskiego pojęcia wzniosłości - strach wobec niezrozumiałej potęgi i wynikający z tego smutek niemożności poznania niepoznawalnego. Jej autorem jest Carl Glover, a sam projekt to w rzeczywistości odrzucona wersja okładki do albumu "Somewhere Else" zespołu Marillion - dlaczego neoprogresywna legenda nie zaakceptowała tak wyśmienitej (i w mojej opinii bardziej interesującej) grafiki to już chyba na zawsze pozostanie tajemnicą.

Na samej blaszce Wilson i Geffen grają to co zwykle pod szyldem Blackfield. Proste, niezwykle melodyjne, ale zarazem przesiąknięte nostalgią krótkie piosenki osadzone w estetyce art-rocka. Są to utwory ciepłe, leniwe, ale przede wszystkim - mimo swej prostoty - genialnie zaaranżowane. Ta aranżacyjna wirtuozeria sprawia, że pozornie łatwe w odbiorze kawałki nabierają głębszego wymiaru. "Welcome to My DNA" głównie wypełniona jest snującymi się leniwie melodiami, płyta przyspiesza tylko przy okazji singlowego "Waving" (czuć w tym trochę R.E.M.), "Blood" i pod koniec "Zigota" (tu pojawiają się cięższe riffy przesterowanej gitary). Zgrabne piosenki wpadają w ucho i czarują, nawet mimo oczywistych nawiązań melodyjnych jak choćby w "Far Away" przypominającej momentami "Behind Blue Eye" z repertuaru The Who. Wilson i Geffe korzystają z różnorakich instrumentów, ale na pierwszym planie zazwyczaj przygrywa gitara i fortepian - na tło składają się zaś syntezatory (brzmieniem przypominające koniec lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych w progresywnym rocku). Wszystko to w szeroko pojętej estetyce art-rocka - gdzieś w rejonach klimatów RPWL czy Pink Floyd, tyle, że bez takiego rozmachu.

Najważniejsze jednak, że Wilsonowi i Geffe udało się stworzyć na "Welcome to My DNA" klimat odosobnienia. Jest w muzyce duetu ukojenie spokojem skrywane pod płaszczem nostalgii. Ten album to trochę jak zawarte w dźwięku wspomnienia - oddalać się wraz z nimi od rzeczywistości to ulga, chwila wytchnienia od świata wrzeszczących ludzi, rozkrzyczanych samochodów i przytłaczających natłokiem obowiązków. "Welcome to My DNA" to moim zdaniem najlepsza płyta Blackfield, swoim klimatem totalnego osamotnienia (w sensie pozytywnym) przypomina nieco "Curtains" Johna Frusciante. Oba wspomniane albumy pozwalają oddać się słodkiemu uczuciu odosobnienia, pozwalają dokonywać emocjonalnego samopoznania i przede wszystkim uspokajają zszargane nerwy - koją i dają odpoczynek. Szkoda, że tylko przez niecałe czterdzieści minut. Polecam na trawione wspomnieniami bezsenne noce - ta płytka na pewno pomoże wyciągnąć z was to czego czasem szukacie nie mogąc spać.

Grzegorz Bryk