Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Grounding In Numbers

A Grounding In Numbers - Van Der Graaf Generator

A Grounding In Numbers

Wykonawca:

Van Der Graaf Generator

4 /10

Wielkim sentymentem darzę Van Der Graaf Generator. Jest to jeden z tych zespołów, które bezwzględnie plewiły moją wrażliwość muzyczną z wszelakich nazbyt banalnych form dźwiękowych.

Człowiek błądził wtedy pośród tych wszystkich poplątanych linii melodycznych i ametrycznej sekcji rytmicznej - czuł się jak we śnie schizofrenika, który akurat ma potężny napad lęku. Wiadomo, są zespoły legendarne, a Van Der Graaf Generator niewątpliwie w poczet legend należy zaliczyć.

Pod dyskusję należałoby jednak poddać kwestie czy legendy należy pielęgnować gdzieś tam w odmętach pamięci czy też dać im się nadal rozwijać. Niewiele WIELKICH zespołów takimi pozostało, a sama dawniejsza pierwsza liga, w której i VDGG mieli swoje miejsce, prezentuje się współcześnie raczej mizernie (może jeszcze tylko King Crimson trzyma fason - tyle, że i Karmazynowy Król czai się w uśpieniu już od przeszło dziewięciu lat). Poprzedni album Petera Hammilla i spółki można nazwać doznaniem bolesnym dla słuchacza wciąż przebywającego w świecie płyt z końca lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. "Trisector" (2008) było wszystkim tym, czym Van Der Graaf Generator nigdy nie powinni się stać: żałosną i nudną próbą choćby muśnięcia dawnej twórczości.

Dziś dźwięki komponowane przez Hammilla, Bantona i Evansa nie mają w sobie nic z dawnego obłędu i połamanej formy. Nie są wysublimowaną próbą odwrócenia świata do góry nogami i dania prztyczka w nos współczesnej muzyce. Nawet Hammill nie śpiewa już jak kiedyś - choć sam nigdy nie lubiłem określać tego "śpiewem", a raczej amelodycznym fałszem (połączonym z wyciem) kontrolowanym. Oczywiście stara się wokalista robić to z czego słyną, ale znikła gdzieś dawna moc, jakby był już zmęczony tworzeniem muzyki. Zresztą zespół ogólnie jakby stracił werwę, "A Grounding In Numbers" jest bowiem przeraźliwie nudne. Słuchając nowego VDGG czułem się jak na imprezie w domu starców, gdzie ci sami starcy postanowili sobie podgrywać muzykę idealną jako tło dla tych wszystkich zwariowanych starczych zabaw. Nawet okładka albumu jakoś nijak ma się do poprzedniczek - zdecydowanie bliżej jej do szat graficznych King Crimson z lat osiemdziesiątych niż kosmiczno-surrealistycznych malunków zdobiących poprzedniczki "A Grounding In Numbers".

Oczywiście Van Der Graaf Generator dalej obracają się w swojej stylistyce psychodelicznego rocka progresywnego z dużą domieszką awangardy i jazzowych odjazdów - ale w wersji stetryczałej. Bez pomysłu i polotu. Zupełnie jakby nagrywali bo musieli, a nie mieli już żadnych pomysłów i to ich męczyło jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A szkoda, bo nadal wierzyłem, że akurat oni będą jeszcze potrafili dać czadu, bo VDGG tworzą coś w czym nie mieli sobie równych i nadal nie mają, ponieważ nikt nie prócz nich nie potrafi tak grać. Tyle, że VDGG chyba są już za bardzo zmęczeni by wciąż i wciąż próbować przeskakiwać samych siebie, czego dowodem niech będzie ta płyta. Bo czy artystyczną niemocą należy nazwać album, w którego spisie utworów widnieją choćby dwuminutowe miniaturki, mając na uwadze, że swego czasu twory VDGG składały się z maksimum pięciu piosenek (a to i tak już dużo)? Teraz jest ich trzynaście, a niektóre zdają się być wrzucone z braku lepszego pomysłu - coś jakby wersje beta fragmentów utworów. No i w tej całej paplaninie dźwięków potwornie brakuje Davida Jacksona, który mógłby nadać popelinie kolorytu solówkami na saksofonie albo flecie tak jak to robił dawniej.

Należałoby więc zapomnieć o współczesnym Van Der Graaf Generator i sięgnąć ponownie po "Pawn Heart" (1971), "Still Life" (1976) albo cokolwiek innego wydanego w tamtych latach kiedy schizofrenia i pozorny chaos rządziły muzyką tria pod dowództwem Petera Hammilla. To co wydają teraz można puścić sobie jako tło do codziennej krzątaniny - nie ma w tym nowego, chorego świata stworzonego na gruncie dźwięku. Jest tylko spokój i przeczucie końca kolejnego wielkiego zespołu.

Grzegorz Bryk