Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lidocaine

Lidocaine - Dianoya

Lidocaine

Wykonawca:

Dianoya

7 /10

To nie jest płyta lekka, łatwa i przyjemna. To album wymagający skupienia i bazujący na robiącej wrażenie technice muzyków.

Ale nie eksponowanej niczym popisy Johna Petrucciego, raczej mającej w sobie coś z jazzowej lekkości. Tak w wielkim skrócie można opisać "Lidocaine" - drugi krążek zespołu Dianoya.

W skrócie nieco mnie ogólnym zacznijmy od przedstawienia samego zespołu, który części słuchaczy z pewnością jest znany. Dianoya to kwartet powstały w 2008 roku w Warszawie - stolica to nas najsilniejszy zakątek jeśli chodzi o muzykę progresywną, więc wyklucie się kolejnego zespołu z tego kręgu właśnie w tym miejscu, nie może dziwić. Mózgami kapeli są koledzy Filip Zieliński (wokal i klawisze) oraz Jan Niedzielski (gitarzysta). Ale to liderzy nie tylko na papierze - ich przodownictwo słychać też w piosenkach zespołu. Główną rolę gra gitara, wokale z licznymi harmoniami też są tu ważnym elementem. Nie znaczy to, że sekcja (Łukasz Chmieliński i Artur Radkiewicz) nie ma tu nic do powiedzenia. Ale po kolei.

"Lidocaine", nazwa od środka znieczulającego, to jako się rzekło płyta trudna, wielowymiarowa, zdecydowanie nie do połknięcia na raz, czy dwa. Mnóstwo tu psychodelii, dużo zabawy rytmem, ciętych riffów, ale i jazd zdecydowanie spokojniejszych. Dobry progresywny metal.

Dianoya czerpie z wielu źródeł z kręgów prog rocka i metalu, ale stara się (raczej z sukcesem) wykuć z nich swój własny, oryginalny styl. I co dobrego z tego wynika dla słuchacza? Ano chociażby bardzo dobry, mocny riff a la Dream Theater w "Far Cry" albo ciekawe łączenie partii gitary akustycznej i elektrycznej w "Cold Genious" - słynął z tego Opeth (aż do poprzedniego roku). Bardzo podoba mi się praca sześciu strun w ambientowych miniaturkach "Figaro Song" i "Venid" - od dawna mam zajawkę na tego typu dźwięki, więc kupuję te numery bez żadnych wątpliwości! Wyróżnić chcę jeszcze numer "Best wishes", który klimatem wędruje w stronę Porcupine Tree (".3"), a już partia basowa to na pewno wynik fazy na grę Colina Edwina.

Jest tu też kilka numerów, które mnie znudziły - schizofreniczne "One - sided" w swym klimacie ma potencjał, ale jest dla mnie trochę takim riffowaniem bez sensu. Kawałkami bez historii są dla mnie "Good News Comes After a While" i "Endgame" - przeleciały kilkakrotnie przez mój odtwarzacz, nie zwracając na siebie większej uwagi. Zwróciły za to uwagę partie wokalne, skądinąd bardzo sprawnego śpiewaka Zielińskiego, które w pewnym momencie - takie jest moje wrażenie - zaczynają się powtarzać, chłopak jakby wypalał się z oryginalnych pomysłów.

To jednak w żaden sposób nie zakłóci pozytywnego odbioru "Lidocaine", która jest albumem udanym, dobrze pomyślanym i świetnie nagranym. Dianoya podąża w zacnym, oryginalnym kierunku, co w dzisiejszej muzyce progresywnej nie jest łatwe - tym większa chwała dla nich. Czekam z niecierpliwością na rozwój ich kariery.

Jurek Gibadło