Kup Magazyn Gitarzysta

44 - Hedfirst

44

Wykonawca:

Hedfirst

Gatunek:

Hardcore

7 /10

Czwarty album warszawskiej formacji Hedfirst z mickiewiczowską liczbą w tytule od razu przykuwa oko i ucho prawdziwego Polaka. Pierwszym impulsem może być oczywiście tytuł, choć nawiązań do Dziadów się nie doszukałem.

Ważne jest jednak to, że po dwunastu latach działalności panowie, z tej dosyć już popularnej grupy, w końcu zaczęli tworzyć po polsku. Teksty w dodatku dość niejednoznaczne i, choć nie wiem czy owocnie, można by doszukiwać się w nich jakiegoś drugiego dna. Ich wykonanie również nie jest zawsze tak perfekcyjne jakby się tego chciało, ale podobnie jak słowa, jakoś tak dobrze wkomponowuje się w całość. Wokal nadaje umiarkowanego nieładu naprawdę poukładanej muzyce. Da się to zaobserwować chociażby na przykładzie pierwszej zaśpiewanej na płycie zwrotki. W utworze "Wierny swoim demonom" słowa Bayera wraz ze zmianą perkusyjnego rytmu początkowo nieco wybijają z całości, ale w konsekwencji uzyskany zostaje dość ciekawy efekt zapewniający słuchacza, że muzyka zarejestrowana na krążku nie jest tak prościutka, jakby wskazywał na to pierwszy riff utworu.

Dosyć chwytliwe riffy dokładnie obudowane są nienaganną sekcją rytmiczną. Słuchając pierwszy raz albumu "44" to właśnie perkusja najbardziej przykuła moją uwagę zarówno swym brzmieniem, jak i bardzo ciekawymi rytmami. Z reguły nie są one, podobnie jak riffy, przesadnie pokomplikowane. Całkiem sporo porządnie wykorzystanej podwójnej stopy zdecydowanie dobrze robi dynamice utworów a niebanalne przejścia wzbogacają kompozycje. Dużo jest też momentów z miękkimi i przyjemnymi dla ucha kociołkami. Trochę miejsca znalazło się oczywiście dla gitarowych solówek. Ogólnie kawałki są rozbudowane w granicach zdrowego rozsądku.

Moim faworytem na "44" jest numer "Jestem diabłem". Tytuł, jak i tekst, na pewno przykuwa uwagę. Tekst zaś wrzucony został w bardzo rytmiczny kawałek, dość prosty, wzbogacony krótkim bridgem i oczywiście solówką. W przypadku tej kompozycji dużo robi  prostota. Nieskomplikowana budowa z prostym, ale bardzo wpadającym w ucho riffem pojawiającym się na samym wstępie i powtarzanym w refrenach. Takie utwory coś w sobie mają. Nieco bardziej złożoną kompozycją są "Ulice kłamstw". Podobnie jak "44", czyli swoiste intro, utwór ten zaskakuje czystą gitarą we wstępie. Za chwilę dochodzi marszowy werbelek bujając nas jeszcze przez kilka taktów. Zanim rozkręci się na dobre, czeka nas jeszcze ociężały rytm z długo wyczekiwanymi przesterowanymi gitarami w tle. Po kilku zwrotkach  powraca znów motyw z nieprzesterowaną gitarą, dając tym samym chwilę oddechu.

Na całym albumie zdecydowanie wyróżniają się ponad siedmiominutowe "Ulice kłamstw", co samo w sobie wróży już pewne ewolucje na płaszczyźnie muzycznej. Ze względu na przeciętną długość i znaczną szybkość kompozycji, na zbytnie kombinowanie w tej kwestii żaden z kawałków nie może sobie pozwolić. Nie oznacza to oczywiście, że są one nazbyt do siebie podobne. Kiedy braknie pomysłów na przykład na oryginalne wejście, z pomocą przychodzi perkusja. Tak jest chociażby w "Armii żywych trupów". Otwiera go bardzo miły dla ucha bas wraz z rytmem zagranym z pomocą kotłów. Motyw od czasu do czasu pojawia się w przejściach, a dodatkowo gdzieś tam momentami ucieka kawałek taktu. Wszystko ze zmieniającymi się rytmami i oczywiście coraz to nowymi riffami. Jak na niecałe pięć minut, utwór naprawdę nie daje się nudzie. Za to "Zabić w imię..." zaczyna się od razu. Raz, dwa, trzy i... Jakoś ten kawałek najmniej przypadł mi do gustu. Nic specjalnie w nim nie chwyta. Co prawda pojawia się dość długie solo, ale towarzyszy mu niezbyt szybkie tempo i mało zagęszczona gitara prowadząca. Cała moc jest w bardzo bezpośrednim wejściu i niestety gdzieś tam po drodze stopniowo się ulatnia.

Tak już po prostu jest, każda płyta musi mieć swój najsłabszy utwór. Nawet płyta naprawdę niezła, co najmniej trzymająca poziom swych poprzedniczek, jak nie stawiająca pewnego kroku w przód. Taki jest oczywiście czwarty album Hedfirst, którą z czystym sercem mogę polecić zarówno fanom zespołu, jak osobom, którym nazwa ta zbyt wiele nie mówi.

Łukasz Haciuk