Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Stones Grow Her Name

Stones Grow Her Name - Sonata Arctica

Stones Grow Her Name

Wykonawca:

Sonata Arctica

Gatunek:

Heavy metal

8 /10

"Stones Grow Her Name" to już siódmy, pełnowymiarowy album dzielnych heavy/power metalowców z Finlandii; ja natomiast do tej pory nie miałem okazji posłuchać choćby jednego.

Z tego względu podchodziłem do tego wydawnictwa z pewną dozą nieśmiałości. Słyszałem tu i ówdzie pojedyncze numery, ale nigdy nie brzmiały wystarczająco zachęcająco, bym sięgnął po więcej. Nie moja bajka, najkrócej rzecz ujmując.

Pierwszy odsłuch najnowszego dziecka Tony'ego Kakko potwierdził, że "Stones Grow Her Name" ma wszystko to, co sprawia, że mam ochotę rzucić tym krążkiem przez otwarte okno. Lukrowane melodie, wokalistę bez jaj i tę irytującą przebojowość. A gdyby tak podejść bez uprzedzeń, przekonywałem sam siebie. W końcu taka stylistyka. I tak, ponownie zmierzyłem się z zawartością "Stones Grow Her Name". Piszę to wszystko, by każdy czytający to miał świadomość, że nie jestem ekspertem od power metalu. Nie wiem, jak ten album wypada na tle konkurencji Finów. O tym, jak ma się on do wcześniejszych ich wydawnictw, pojęcie mam blade.

Cóż, nie taki diabeł straszny... Z każdym kolejnym odsłuchem, odkrywałem pewne zalety gry Finów. Przede wszystkim, jak na któreś tam w karierze zespołu wydawnictwo, całość brzmi bardzo świeżo, niewymuszenie. Spodziewałbym się jakiegoś zmęczenia materiału, co może się zdarzyć przecież każdemu, ale nic takiego nie ma tu miejsca. Może miało wcześniej, nie wiem. "Stones Grow Her Name" jednak zagrane zostało z dużą swobodą. Bałem się power metalowej galopady, popisów i wezwania do broni. Nowy album w pewnym sensie reprezentuje tradycyjne heavy metalowe granie. Zwłaszcza, jeśli spojrzeć na same partie gitar. Proste, ale nie siermiężne riffy mają charakterystyczną heavy metalową nośność. Do tego stopnia, że słuchając ich człowiek poddaje się swoistej przebojowości, która na początku tak drażniła.  Album wypełniony jest zwartymi, niedługimi kompozycjami. Oczywiście, cały entourage już tak tradycyjnie heavy metalowy nie jest. Klawisze, banjo, trąbka, saksofon, skrzypce, użyte są jednak z rozmysłem. Wzbogacają brzmienie, nie dominując nad utworami. Nie mamy tu rozbuchanych orkiestracji w nadmiarze (właściwie tylko w zamykającym "Wildfire p.II i III"), czego w końcu można by się spodziewać więcej. Nie, klawisze tworzą zgrabnie komponujące się z resztą instrumentów tła. Słodzizna, tu i ówdzie? Tak (irytująco optymistycznie brzmiący "The Day"). Na szczęście, tej też nie jest zbyt dużo.

Tak naprawdę "Stones Grow Her Name" zawiera moc fajnych melodii, które szybko wkręcają się w pamięć. To w gruncie rzeczy nie dziwi, skoro mamy do czynienia z Finami. Każdy numer ma jakiś charakterystyczny riff, który czyni go wyjątkowym. Utwory mają zmieniający się charakter, raz są spokojniejsze, to znów bardziej przebojowe. Mamy tu wycieczki w stronę hard rocka ("Shitload Of Money"), czy nawet elementy country (to nie żart, posłuchajcie "Cinderblox"). Jest ballada ("Don't Be Mean) czy rytmiczny "I Have A Right" z zapadającym w pamięć refrenem, a miejscami można posłuchać mocniejszych partii (chwilami kojarzący się z Amorphis "Somewhere Close To You" czy otwarcie "Wildfire p. III"). To zróżnicowana płyta, którą spaja warstwa brzmieniowa. Nie ma się poczucia, że oto słucham zlepku przypadkowo wybranych piosenek.

"Stones Grow Her Name" przedstawia się jako przemyślane wydawnictwo, nie ma na nim przypadkowych dźwięków. Całość wydaje się bardzo dopracowana, zarówno od strony kompozycyjnej, jak i aranżacyjnej, a jednocześnie zagrana na luzie. Słychać, że granie sprawia Finom sporą radość. W mojej ocenie, dla fanów takiej muzy to pozycja obowiązkowa, o rozczarowaniu nie powinno być mowy.

Sebastian Urbańczyk